shadowhunters
Wszystko skończyło się szczęśliwie. Demoniczny kielich został zniszczony, Mroczni Nocni Łowcy pokonani, a nowe porozumienia zawarte. Na świecie zapanował pokój, a wszyscy uradowani opuścili Idrys wracając do swoich Instytutów. Głos w Twojej głowie zaśmiał się. Najlepiej by było, gdyby Demony nie ruszały się ze swojego wymiaru i nie atakowały, biednych, głupich Przyziemnych. My, Nocni Łowcy, stworzeni przez Anioła Razjela, mamy brać na swoje barki ciężar tego świata, zapobiegając wszelkim konfliktom i wojnom. Ulepszeni runami i nafaszerowani treningami, walczymy z demonami i Podziemnymi.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gabriel Lacroix. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gabriel Lacroix. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 maja 2015

This war is mine.


I can wait. Until stars burn out if you don't make up your mind.


gabriel lacroix

3/9/1484
Paryż
syn Lucyfera
˶... albo zaakceptujesz ciemność, albo cię pochłonę.˝
przeklęta krew
opuszczone serce
˶...ostatnia, wątła nić utrzymuje go przed popadnięciem w proste szaleństwo, przed oddaniem się woli swojej krwi. ˝





charakter † historia † powiązania † zainteresowania †





~*~
 drobne zmiany od czasu do czasu nie zaszkodzą.
Heath Ledger i dużo filmów.
5478468.
linki się uzupełnią, może same.

sobota, 16 maja 2015

                Niebo było zachmurzone, ale nie zbierało się na deszcz. Nie wiedział co go podkusiło, aby w taką pogodę wyjść z domu. Niedawno wprowadził się do własnego mieszkania i nie zdążył jeszcze się nim nacieszyć. Dostał nawet od swojego znajomego dywan z Peru, jako prezent powitalny, który stał się jego oczkiem w głowie. Właściwie to nie było aż tak niedawno. Jakieś 67 lat temu. Dla niego czas stanął. Denerwowało go to, że nie mógł zbytnio namieszać w historii. Musiał chować się w tłumie jako normalny obywatel. Nie wychylać się, nie pozwolić, aby zwykli ludzie zobaczyli magię. Bez sensu. Takie życie w niewiedzy musiało być nudne, chociaż jeśli Przyziemni mieliby prawdę na wyciągnięcie ręki, wątpił, aby w nią uwierzyli. Podziemni natomiast musieli ukrywać się w klubach, w ich cieniu.  Pokręcił głową z dezaprobatą. Wiatr znowu zsunął mu cylinder na oczy. Westchnął i poprawił go wolną ręką, bo w drugiej trzymał laskę. Teraz chował się w przebraniu jakiegoś młodego arystokraty. Polubił Paryż, a ludzie zdecydowanie za szybko orientowali się, że coś z nim jest nie tak. Dobre tyle, że jego znamieniem były lekko przydługie kły, co traktowali jako zwykłą wadę genetyczną, a Kai nie kłopotał się z ukrywaniem ich. Powolnym krokiem przechadzał się po Nowym Moście i kopał drobne kamienie, które nawinęły mu się pod nogi. Nie wiedział czego szukał. Po prostu szedł przed siebie. Usłyszał jak dorożka przejechała środkiem mostu. Podniósł wzrok, łapiąc się na tym, że ciągle patrzył pod nogi. Zauważył jakąś postać wpatrzoną w rzekę. Zmarszczył brwi. Mężczyzna wyglądał jak podróżnik. Płaszcz, torba i długie, ciemne włosy. Kaylock kontynuował spacer, ale co chwilę zerkał w jego stronę. Coś wyczuł. Coś słabego, jakby starał się to coś ukryć. Gdy już miał go minąć, gwałtownie skręcił, poprawiając przy tym cylinder, który znowu zakrył mu pole widzenia. Jeśli jeszcze raz spadnie mu na oczy, wrzuci go do Sekwany. - Duża moc wymaga większych i bardziej profesjonalnych zaklęć ochronnych. - powiedział, opierając się o laskę i lustrując go spojrzeniem. Jego zaklęcie było dość mocne i uchroniłoby go oczu innych czarowników, którzy zbytnio by się na nim nie skoncentrowali i po prostu przeszli przez most. Ale Kaiowi nigdzie się nie spieszyło i był dość skupiony. Na dodatek Magnus Bane uczył go przez okrągłe sto lat, więc potrafił przebić się przez większość iluzji i zabezpieczeń. Jednak ciągle uczył się na błędach oraz studiował stare księgi. Zmarszczył brwi, patrząc na stojącą przed nim osobę. Nie zauważył u niego znamienia, które zdradzałoby jego rasę.
                Powrót do Paryża był rzeczą co najmniej ryzykowną. Przynajmniej, tak było w jego mniemaniu. Nie pojawiał się tam za często, bo zawsze widywał tam wielu takich, od których aż uderzało tą dziwną aurą. Unikanie ich było zwyczajnie trudniejsze, niż gdziekolwiek indziej. Niemniej jednak, nie potrafił zupełnie tego miejsca ignorować. Tam się wychował i przynajmniej raz na dwadzieścia, trzydzieści lat starał się zjawić, by odwiedzić groby - by nie mówić, że jeden, postawiony dla wszystkich nieznanych ludzi ulicy. Z bliskich mu osób tylko jego przybrany ojciec miał własny grób, dzięki znajomości z biskupem katedry Marii Panny. Matkę pochowano wśród wielu innych kobiet, zmarłych podczas porodu, i nawet nie próbował nigdzie szukać jej imienia. Znał je i to mu wystarczało. Szczególnie, że zdarzało mu się wierzyć, że to całe jego życie to jej wina. Że go przeklęła, za to, że sprowadził na nią śmierć swoimi narodzinami. Ale jeśli by tak było, dlaczego dałaby mu ten wisiorek, pod którym ukrywał skrzydła? Dlaczego w ogóle by go miała? Za każdym razem, gdy trafiał na jakiś konkretny trop w tej dziedzinie, pojawiało się znienacka więcej takich osób i musiał uciekać. Nie wiedział, że w nim samym siedzi coś takiego, ale zawsze był pełen myśli o tym, by ukrywać się przed nimi - być może dlatego, intuicyjnie, udawało mu się znikać im z oczu, blokować wszelką magiczną aurę. Co było również o tyle dobre, że - choć nie mógł tego nikt wiedzieć - moc miał naprawdę potężną. Gdyby przypadkiem zawiodły jego bariery i nikt by na to nie zareagował, odczułby to cały Paryż, a nawet spory okrąg wokół niego, i to nie tylko Podziemni, a również zwykli ludzie. On sam zaś nie rozumiał zbyt wielu rzeczy. Dlaczego tak wiele istot, które spotykał, a których ludzie nie widzieli, dawało mu biżuterię w podziękowaniach? I to emanującą różnego rodzaju mocą? To było jednak małym problemem przy tym, jak go nazywali. “Synu demona”, “synu demona o anielskim imieniu”, jeśli je poznali. Anielskie imię jeszcze rozumiał, ale syn demona? Nie potrafił nic znaleźć na ten temat. Wpatrywał się w Sekwanę, jakby miała mu dać jakąś odpowiedź. Wrócił już z grobów i zamierzał lada dzień opuścić to miasto. Cudza moc przeszywała go niczym lodowaty wiatr na mrozie, wbijając zimne szpilki w całe ciało, co tylko go popędzało. Wiatr szalał z jego warkoczem, idealnie pasującym do wizerunku podróżnika. I tylko zamyślenie sprawiło, że nie wyczuł zbliżającej się osoby, a nagły głos z boku sprawił, że prawie podskoczył i spojrzał na mężczyznę ze szczerym zaskoczeniem w czarnych oczach. I chociaż powinien odwrócić się i uciec, zaskoczenie wzięło nad nim górę. Zresztą, co mu szkodzi? Skoro już ten zaczął, to może chociaż się czegoś dowie?- Moc? Zaklęć? - spytał, niedwuznacznie pokazując, że zwyczajnie nie ma zielonego pojęcia, o czym mężczyzna może mówić.
                Uniósł brwi. Czyżby ciemnowłosy nie wiedział o czym mówi? Możliwe, że jeszcze nikt mu nie uświadomił kim jest i jak wygląda prawdziwy świat, który nie jest schowany za iluzją, albo po prostu kłamał, nie chcąc zostać zdemaskowanym. Zaintrygował go. Teraz podróżnik mógł być pewny, że Kai od tak mu nie opuści i zbyt szybko się nie zniechęci. Drugi raz spotkał kogoś ze swojej rasy właśnie w Paryżu. Co za miasto. Zdecydowanie przyciągało za dużo Podziemnych istot. Skinął głową na jego słowa, a cylinder znowu spadł mu na oczy. Zaklął pod nosem. Był zdecydowanie za duży. Ściągnął go i chwycił za rondo, posyłając prosto do rzeki. Ludzie nie zwrócili na to uwagi. Magnus uznałby to za brak poszanowania do prezentów i mody, ale Kai nie miał zamiaru się przed nim tłumaczyć. Nie od niego dostał kapelusz. Przeczesał ręką blond włosy, uśmiechając się do czarownika w stylu "nic nie widziałeś" . - Moc, zaklęcia, Świat Cieni, Dzieci Lilith... - wymieniał mu na palcach, przewracając przy tym brązowymi oczami. - Nie udawaj głupka. Zdajesz sobie sprawę, że masz moc, a nawet znalazłeś sposób, aby ją ukryć. - zamyślił się przez chwilę, wlepiając w niego wzrok. Zauważył medalion spoczywający na jego szyi. Spotkał samouka. Interesujące. Ciemnowłosy długo by nie pociągnął bez praktykowania magii, a takie ukrywanie się było... męczące? Prędzej czy później mógł spotkać jakiegoś źle nastawionego czarownika, a stare księgi z zaklęciami nie były zbyt łatwo dostępne i  zostałby przy tym wzięty za heretyka, a następnie spalony na stosie. Woach. Kazał myślom zwolnić. Nie wiedział czemu tak nagle zaczął go obchodzić czyjś los. W końcu mógł po prostu zostawić go samemu sobie, nie zważając na to co się z nim stanie. Czyżby w Kaylocku obudziła się empatia i chęć wyciągnięcia pomocnej dłoni? Nad tym jeszcze pomyśli. Przez chwilę miał uczucie déjà vu. Był w podobnej sytuacji 167 lat temu.
                Oh, wbrew pozorom, podróżnik mógł pociągnąć tak całkiem długo. Licząc, że uciekł z Paryża, mając niespełna trzydziestkę na karku, ukrywał się już od ponad półtorej wieku, wciąż nie wiedząc nic. I wciąż nie będąc przez nikogo atakowanym. Nie mógł wiedzieć, że w najbardziej dramatycznych momentach, gdy był na granicy wykrycia i wiedział o tym, budziła się jego krew, dodatkowo go osłaniając. Nie potrafił tego wyczuć. To była rzecz zbyt subtelna, jak na jego niewyćwiczoną osobę. Niemniej jednak, jest w stanie stwierdzić, że przed sobą definitywnie ma kogoś z nich, i to doświadczonego. Pewnie i silnego. I traktującego go z niejaką pobłażliwością, to na pewno. Ale czy miał się tutaj o co denerwować? - Bardzo chętnie bym poudawał, ale niestety, nie mam pojęcia o czym mówisz - stwierdził zdecydowanie, przyglądając mu się na tyle uważnie, by próbować wybadać jego motywy. Nie wyglądał, jakby chciał go skrzywdzić. Inaczej - gdyby chciał, już by to zrobił, chociażby wrzucając do rzeki tak, jak ten cylinder. Widywał takich jak on, używających rzeczy, za które normalnie powinni byli być spaleni na stosie. Wiedział o istotach z lasów, widywał i takie, które potajemnie pomagały (albo i przeszkadzały) w domach. Słuchał ich historii, ale żadna z nich nie chciała mu wytłumaczyć jego własnej, podsumowując, że gdy przyjdzie czas, dowie się wszystkiego. Widywał w końcu i demony - bo ciężko było nazwać te stworzenia inaczej - klękające na jego widok albo uciekające mu z drogi. Z całej jego postawy łatwo było wyczytać, że nie jest pewien, co powinien zrobić. Chociaż doskonale maskował moc i uczucia, w takich chwilach bywało, że nie do końca panował nad mową ciała. I nie wiedział, czy ten mężczyzna jest zagrożeniem, czy wręcz przeciwnie; był za bardzo przyzwyczajony do uciekania, zanim tacy w ogóle go zauważyli, by wiedzieć, jak mogą się zachowywać.
                Możliwe, że zaliczał się do tych potężnych czarowników, ale zdecydowanie nie przewyższał mocą i doświadczeniem Malcolma Starka, który był wręcz postrachem Paryża, a Kai zdążył już na niego wpaść i z niejakim trudem ujść cało, bo nie darzyli siebie wielką sympatią. Wszyscy Podziemni ciągle walczyli, aby zostać na swoim terenie i wygonić tych drugich z miasta. Kai z ochotą się w to pchał, chcąc sprawdzić swoje umiejętności. Jak widać, żył, czyli szło mu całkiem nieźle. Dysponował dość dużą mocą, ale jego ojciec był tylko porucznikiem Piekła, znanym fałszerzem broni, skazanym na wieczne cierpienia na górze Duduael. Miał nieprzyjemność spotkania go jakieś 50 lat temu, gdy przesłuchiwał wszystkie demony, aby dowiedzieć się kto jest jego rodzicem. O mały włos się nie pozabijali. Na odpowiedź podróżnika uśmiechnął się tylko kręcąc głową z dezaprobatą. - A szkoda. - odparł krótko i oparł się o barierkę mostu, cały czas obserwując czarownika. Nie miał zamiaru mu nic mówić, dopóki on nie przestanie utrzymywać, że kompletnie nic nie wie. Nie było takiej opcji. Jak większość ludzi z pewnością znał legendy czy ludowe opowieści, w które nikt nie wierzył, a miały w sobie ziarno prawdy. Musiał widzieć wampiry żerujące w nocy czy psocące faerie. Stali przez chwilę w ciszy obserwując się wzajemnie. - Gdzie moje maniery? Kaylock Foster. - Wyciągnął rękę w jego stronę. Za tym gestem, poza zwykłym aktem kultury, kryło się też sprawdzenie jaką mocą mężczyzna może dysponować. Kai prawdopodobnie byłby w stanie rozbić jego bariery ochronne. Jednocześnie podając mu swoją godność, liczył się z tym, że czarownik mógłby szepnąć biskupowi, że widział jak uprawia magię, a Kai musiałby opuścić ukochany Paryż. Jednak mu zaufał. Nie wyglądał na takiego, który by to zrobił, a przynajmniej nie od razu. Czekał aż uściśnie mu dłoń, patrząc na niego wyczekująco. Zdawało mu się, że gdzieś już widział te czarne oczy.
                Przez całe swoje życie, Gabriel zaufał tylko jednemu biskupowi - katedry Marii Panny, który nauczył go czytać i pisać, z sentymentu do nieco nieudolnego poety, jakim był jego przybrany ojciec. Zresztą, nie był on tak znowu nieudolny, po prostu nie zapisał się na kartach historii. Gabryś wciąż nosił ręcznie zapisany tomik, w którym miał większą część tego, co kiedykolwiek napisał. Dlatego szanse, że wygadałby komukolwiek coś o kimś z nich były równe zero. Albo i ujemne, biorąc pod uwagę, że nawet by mu to do głowy nie wpadło. Spojrzał krótko na jego rękę, a potem znienacka podjął decyzję. Co mu innego pozostaje? Ma okazję. Przez całe lata przed tym uciekał, bo prawdopodobnie słusznie podejrzewał, że nic dobrego by nie wyszło ze spotkań z innymi o tej aurze. Ale teraz? Nie miał już nic do stracenia. Najwyżej go zabije. Bogowie, jak wiele razy marzył o śmierci! Nie miał jednak dość siły, by z własnej woli pchać się w jej ramiona, dlatego tylko czekał. Potrafił głodzić się tygodniami, by w końcu łamać się i jakoś wracać do życia. Nie było w tym nic chlubnego. Wysunął w jego stronę rękę z pierścieniem, który dostał od gromady leśnych wróżek w zamian za drobną pomoc kilkadziesiąt lat temu i uścisnął jego dłoń. Wiedział, że przedmiot ma aurę, że w bliskim kontakcie ogranicza niekontrolowany przepływ mocy - nie znaczyło to, że przy jego braku magicznej edukacji ukrywało to i jego potencjał. Przynajmniej, tak mu powiedziały. I dalej nie wiedział, o jakiej dokładnie mocy mówiły, bo częściowo zwyczajnie odsuwał to od siebie. - Gabriel, po prostu Gabriel. Obawiam się, że naprawdę wiem mniej, niż mógłbyś oczekiwać, ale chętnie rozwinąłbym swoją wiedzę. Trochę trudno zdobyć jakiekolwiek informacje i przy tym nie wylądować w rękach Kościoła… - … albo takich, którzy chcieliby z niewiadomego powodu moją głowę, ale tego już nie powiedział na głos. Tak, również mu zaufał. Tak po prostu. Skoro ten już się zdradził z nazwiskiem i nie kłamał przy tym (a akurat to Gabriel potrafił rozpoznać doskonale), to nic innego mu nie pozostało.
                Podróżnik podał mu rękę. Kai przymknął na chwilę oczy, wyczuwając jakie dokładnie zaklęcie zastosował. Proste, ale skuteczne. Mimo że było parę niedociągnięć i przydałaby mu się mocniejsza obrona, to poradził sobie całkiem nieźle, jako że prawie w ogóle nie miał pojęcia kim jest i z czym ma do czynienia. Podniósł powieki i delikatnie przekręcił rękę, zerkając na jego pierścień, a potem puścił jego dłoń. Widział kiedyś podobne przedmioty na jakiejś aukcji w Podziemnym świecie. - Niektórzy duchowni z pewnością wiedzą o istnieniu Świata Cieni, bo współpracują z wielbionymi przez wszystkich Nefilim, potomkami Anioła Razjela, którzy w niektórych ołtarzach mają magazynek z bronią, aby zabijać demony. - przerwał, czekając aż jakiś przechodzeń przeszedł obok nich. Widać było, że nie darzył Nocnych Łowców wielką sympatią. - Po prostu nas tępią i palą na stosach. Pomiot Lilith, matki demonów. - Prychnął i schował ręce do kieszeni. Zaczął mu powoli wszystko wyjaśniać, uważając, aby jego słowa nie były za głośne i czy przez przypadek nikt ich nie podsłuchiwał. W tym wieku lepiej było nie mieć opinii szaleńca. - Widzisz, Gabryś... - pozwolił sobie na to zdrobnienie. Nie zdziwił go fakt, że nie posiada nazwiska. Spotkał już parę takich osób. - Twoim ojcem jest demon i to dość potężny, sądząc po twojej mocy. Stawiam na jednego z Książąt Piekieł. - po swoich słowach utworzył wokół nich coś na kształt koła, aby być stu procentowo pewnym, że żaden człowiek nic nie usłyszy. Bariera blokowała dźwięk i podsuwała fałszywy obraz. W tym momencie Przyziemni widzieli by po prostu dwa psy lub jakieś inne rzeczy. - Powiedz mi co wiesz. - Łatwiej i szybciej było naprostować jego wiedzę i dodać nowe informacje, niż od nowa wpajać mu rzeczy, które najprawdopodobniej już znał.
                Gdy Kaylock przymknął oczy, poczuł, jakby między ich palcami przeskoczyła iskra. Dziwne uczucie bycia wybadanym, przejrzanym, coś takiego. Nie był pewien, jak to odebrać, ale już za późno. Być może gdyby nie jego słowa chwilę później, próbowałby jeszcze uciec i nie wracać już nigdy do tego miasta, ale faktyczne informacje na moment go niemalże ogłuszyły. Czyli jednak. Czyli może się czegoś dowiedzieć, w końcu! Jego oczy błysnęły, a on sam od razu się wsłuchał, starając sobie uzupełnić tymi informacjami to, co wiedział. A wbrew pozorom, to były niczym słowa-klucze. Wszędzie pomijane, wychodzące z założenia, że czytający już to wie, podczas gdy właśnie tego szukał. Mimowolnie coś nim wzdrygnęło, gdy usłyszał o zabijaniu demonów. Z niewiadomego powodu miał jakiś sentyment do tych istot, chociaż wiedział, że są zwyczajnie złe, niszczące, koszmarne i w ogóle niebezpieczne. Nie dla niego. Zupełnie zignorował to zdrobnienie, a potem nawet jego sentyment wskoczył na właściwe miejsce. Zastanowił się, ignorując barierę, którą doskonale wyczuwał. Jak miałby ułożyć to, co wiedział? Oparł się łokciem o barierkę mostu, wciąż się zastanawiając. - Gdy tak to przedstawiasz, to prawie, jakbym wiedział całkiem sporo. Od lat widuję najróżniejsze stworzenia, gadają do mnie wróżki, demony na polnych drogach albo się kłaniają, albo uciekają. Wiem, że coś we mnie jest i wiem, gdy ktoś o podobnej aurze znajduje się w pobliżu, ale się ukrywam, bo nigdy nie zamierzałem nikomu z nich ufać, w żadnym stopniu. Nie kontroluję tego, to tylko instynkt, przynajmniej tak mi się wydaje. Przez całe lata byłem przekonany, że to klątwa, a wszystkie te istoty uparcie twierdziły, że nic mi o tym nie powiedzą, bo pewnego dnia ktoś mi to wytłumaczy. Więc nie pozostawało mi już nic innego, niż podróże i szukanie odpowiedzi. Ile to już będzie? Uciekłem z Paryża w tym samym roku, w którym Michał Anioł wyrzeźbił Umierającego… To będzie już sto pięćdziesiąt lat. Niewiele wiem o tych, których ty nazywasz Nefilim, i nie wiem prawie nic o dzieciach demonów, chociaż wiele razy mnie tak nazywano - wyrzucił z siebie spokojnym głosem, spoglądając na Kaylocka poważnie. Naprawdę nie pozostało mu nic innego, jak powiedzieć prawdę. Chwilowo postanowił przemilczeć skrzydła. Niech to zostanie na razie jego tajemnicą.
                Zauważył jego błysk w oku i mimowolnie się uśmiechnął. Widywał różne przypadki. Raz trafił na czarownicę, która słysząc prawdę starała się popełnić samobójstwo, ale w końcu do tego nie doszło. Właściwie to nie wiedział co się z nią potem stało, gdy opuścili Lyon. Nie interesowała go zbytnio i od początku spisał ją na straty. Obserwował Gabriela. Wyglądał jakby Kai właśnie rozwiązał jego życiowy problem albo uwolnił go od jakiejś klątwy. Przytaknął głową, przyswajając usłyszane informacje. - Sto pięćdziesiąt lat zdany na samego siebie i jak dotąd nikt cię nie odkrył? - uniósł brwi ze zdziwienia. To zdecydowanie stanowiło rekord i było wręcz nierealne. Gdyby nie ukrywał swoich mocy ciągnęli by do niego nie tylko Podziemni, ale i normalni ludzie. Na dodatek to z kłaniającymi się przed nim demonami... Kai miał pewność, że Gabryś jest synem jednego z Książąt Piekieł. Odchrząknął, przywracając sie do rzeczywistości, bo ostatnimi czasy za bardzo pogłębiał się w swoich rozmyślaniach. - Zacznijmy od początku. - oparł się o swoją laskę. - Czarownicy, Dzieci Lilith, nieśmiertelni, bezpłodni , obdarzeni mocą. Każdy z nas posiada jakieś znamię, które odróżnia nas od zwykłych ludzi. - zawiesił głos, nie będąc pewnym czy to wszystko. Jakby coś mu się przypomniało, zawsze mógł do tego wrócić. - Są Przyziemni, Podziemni i Nefilim. Przyziemni są zwykłymi ludźmi, ale zdarzają się tacy, który mają Wzrok i potrafią zobaczyć przez iluzję. Podziemi to Wilkołaki, Wampiry, Faerie i Czarownicy. - Nie rozwijał informacji o tych rasach, na razie uznając je za zbędne. - Nefilim, potomkowie Anioła Razjela, chronią Przyziemnych przed demonami i Podziemnymi. Kreślą runy na swojej skórze, które wyostrzają albo dają im jakieś nowe umiejętności. Walczą od urodzenia, dowodzi nimi Calve. Mamy z nimi Porozumienia i parę wojen za sobą. - uniósł brew w niemym pytaniu, czy to nie za duża dawka wiedzy jak na jeden raz. Aby mu wszystko wyjaśnić z należytą dokładnością i pokazać parę prostych zaklęć musiałby spędzić z nim więcej czasu, może nawet parę lat, w zależności od jego kompetencji.
                - Umiem się ukrywać - podsumował to krótko. Był w końcu dzieckiem ulicy, czego innego można się było po nim spodziewać? W każdym mieście niemalże automatycznie i podświadomie potrafił znaleźć ciemne uliczki, zakręty, skrytki i miejsca, gdzie zwyczajnie będzie bezpieczny. Nie mówił już nawet o Paryżu, gdzie znał każdy możliwy zakątek, a w razie czego, był gotów uciekać przez katakumby. Co zresztą już nie raz robił, gdy czuł konkretne zagrożenie - czy to ze strony ludzi z aurą, czy Kościoła. Drgnął lekko, gdy Kaylock wspomniał o znamieniu. Czyżby skrzydła…? Nieco obawiał się kontynuować tę myśl, ale to miałoby sens, sporo sensu. Ostatnimi laty powoli zaczynał się uczyć na nich latać, ale że nie mógł ukrywać się w powietrzu, nie ryzykował. Wiedział na razie, że jest w stanie unieść samego siebie, a to było już bardzo dużo. I sprawiało, że skrzydła stawiały się całkiem użyteczne. Ale nie robił sobie większych nadziei. Wcale by się nie zdziwił, gdyby to, co się teraz dowiedział, było wszystkim, a resztę musiałby odkrywać sam. - Wiesz, po tylu przeczytanych książkach i latach obserwowania wszystkiego, dowiedzieć się w końcu fundamentalnych informacji to jak odzyskać życie. Co prawda, zdaję sobie sprawę, że to dopiero początek, ale i tak… Lepiej tak, niż dalej żyć w przekonaniu, że to wynik jakiejś klątwy - powiedział w końcu powoli, zastanawiając się, jak to wyrazić. Wszystko wskakiwało na właściwe miejsca, ale nie miał pojęcia, jak pytać o więcej, ani czy w ogóle dostałby odpowiedzi na te pytania. A potem nagle się uśmiechnął, tak po prostu. - Dziękuję.
                - Zauważyłem. - prawy kącik jego ust uniósł się ku górze. Nie miał wątpliwości, że Gabriel potrafił się ukryć. Sam też nie był najgorszy w odnajdywaniu jakiejś drogi ucieczki czy tajemnych przejść, ale zwykle stawał twarzą w twarz z niebezpieczeństwem. Lubi ten stan, gdy jego umysł zaczynał jeszcze szybciej pracować pod wpływem napięcia sytuacji albo adrenaliny. Przesunął językiem po wydłużonych kłach, jego demonicznym znamieniu, od tak. Ostatnio jakoś wpoił sobie ten nawyk. - Chyba każdy na początku myślał, że został przeklęty. - A na pewno on. Włóczył się po świecie, z trudem dostosowując się do nowych stylów i kultury. Ludzie umierali, a on patrzył na to, nie mogąc nic na to poradzić. Tracił bliskich i po pewnym czasie przestał ich też szukać. Starczał mu on sam i jego głębokie rozważania. Uniósł brwi z zaskoczenia, a po chwili na jego twarzy zawitał uśmiech. Pierwszy raz szczery od paru lat. - Musisz się jeszcze wiele nauczyć, Gabryś. - powiedział, likwidując otaczającą ich barierę. Znowu stali się widoczni dla ludzkich oczu. Chwycił laskę i odszedł od barierki mostu, zerkając przez ramię na czarownika. - Idziesz ze mną? - zapytał, co było równoznaczne z zostaniem jego uczniem czy towarzyszem. Polubił go. Miał nadzieję, że się zgodzi.
                On z kolei doskonale zdawał sobie sprawę, że stanięcia twarzą w twarz z takim niebezpieczeństwem zwyczajnie by nie przeżył. Nie robił sobie nadziei. Po prostu był za słaby, nie miał doświadczenia, ba! do teraz nie miał pojęcia, że ma w ogóle jakąś moc, a nie jest po prostu przypadkowym, przeklętym podróżnikiem. Czy jakkolwiek by go nie nazywano. Zauważył ten gest u Kaylocka, ale nawet nie drgnął. Ile to razy chowając się w lasach czy jaskiniach zakrywał się skrzydłami, stając się, o dziwo, wyjątkowo mało widocznym? Ile to razy gładził je, przejeżdżając dłonią po miękkich piórach? To było zdumiewająco wręcz uspokajające, jakby na to nie patrzeć. Ale nie miał okazji robić tego zbyt często, niestety. Niewiele było miejsc, w których czuł się na tyle bezpiecznie. A jeśli geneza skrzydeł była taka sama, jak tych kłów, to tym bardziej nie miał się co dziwić. Drgnął za to, gdy zniknęła bariera, i po ciele przeszły go ciarki. Interesujące uczucie, ale nie mógł powiedzieć, że był jego fanem. Ale widząc ten uśmiech, słysząc te słowa i widząc ten gest, jakim było zerknięcie przez ramię, poczuł, że zwyczajnie został kupiony. Że w tym momencie mu zaufał, bo nic innego mu nie pozostało. I, co ciekawe, już był pewien, że tego nie pożałuje. Również się uśmiechnął. - Trudno byłoby odmówić - powiedział, zupełnie szczerze, a potem ruszył za nim.

wtorek, 12 maja 2015

Everybody wants eternal life


      Nie wie właściwie, dlaczego zdecydowali się wracać z Aaronem na piechotę. Impreza u Delsina, na którą Kai go zaciągnął, dłużyła się coraz bardziej, dlatego mimo spotkania starego znajomego zdecydował się wyrwać, zostawiając przyjaciela w rękach Nico, zaś jego obecny towarzysz niemalże sam się przypałętał, gdy był już przy wyjściu. Wbrew ogólnym pozorom, nie ma specjalnie nic przeciwko temu - już od dłuższego czasu nie może zrozumieć, dlaczego, ale zwyczajnie akceptuje go jako osobę w swoim towarzystwie. Niewątpliwie, jest w tym coś chłodnego, ale po tylu latach i przeżyciach ciężko jest mieć inne podejście do kontaktów międzyludzkich. Droga, mimo iż dość długa, ani trochę im się nie dłuży. A jednak, decydują się nieco ją skrócić, wchodząc między dość podejrzane uliczki. W końcu to nie tak, że mają się czegokolwiek obawiać - za dużo mocy i doświadczenia, nawet jeśli Gabriel ostatnimi czasy nie czuje się do końca pewnie ze swoimi zdolnościami - bardziej, niż zwykle.
      Nagły impuls sprawia, że zatrzymuje się i spogląda w uliczkę idącą w bok. To coś, co poruszyło nie tyle jego duszę, co krew; obca świadomość, zbyt podobna do jego własnej, by był to zwykły przypadek. Zresztą, ile to już lat, odkąd czuł coś takiego? Ba, lat - wieków. Tylko raz, gdy widział swojego ojca, chociaż jego duszę wtedy poruszyły ledwie runy, składające się na jego imię. I w chwili, gdy już zaczyna widzieć kryjącą się w ciemności sylwetkę dziecka, kątem oka zauważa błysk. Natychmiast odwraca głowę, ale jest już za późno.
      Czyjaś ręka znika w portalu, porzucając na ziemi zakrwawiony sztylet; ledwo widoczny już cień twarzy zdecydowanie należy do jednego ze starszych Mrocznych - nawet on sam potrafi to rozpoznać. Ciało Aarona bezgłośnie opiera się o ścianę budynku, chociaż tak naprawdę Gabe nie jest w stanie stwierdzić, czy faktycznie stało się to w ciszy. W tym momencie cały świat na moment zakrył się nią niczym całunem, odcinając to, co się tutaj właśnie wydarzyło, od rzeczywistości. Nawet, gdyby ruszył się wcześniej, nie byłby w stanie nic zrobić; rana jest zbyt głęboka, wymierzona celnie w serce, przecinająca je niemalże na całej jego długości. A jednak, gdy jest w stanie wykonać powolny krok w tę stronę, jedyne, co mu pozostaje, to zamknąć oczy, patrzące się w pustkę. Zaciska dłonie w pięści, czując, że jest na granicy - ostatnia, wątła nić utrzymuje go przed popadnięciem w proste szaleństwo, przed oddaniem się woli swojej krwi.
      Sięga do kieszeni, wyciągając stamtąd prosty wisiorek. Ręce mu drążą, ale jest w stanie powoli wypowiedzieć półgłosem zaklęcie. Nie może go tutaj zostawić. Ciało Aarona znika, wciągnięte do medalionu, który zaraz potem Gabriel narzuca na szyję. Podnosi się, jednocześnie podnosząc też i sztylet, cały w jego krwi. Zaciska zęby, ale zmniejsza go i chowa do kieszeni. Gdyby nie chłopiec, którego obecność wciąż wyczuwa ledwie za rogiem, z tej ulicy już nie pozostałoby nic.
     Kieruje się tam od razu, póki jeszcze jest w stanie panować nad sobą. Bez wahania wchodzi w tamtejszą ciemność, własną sylwetką zasłaniając jedyne wpadające światło. Chłopiec nie śpi - stoi, wpatrując się w niego, jakby sam też wyczuwał tą dziwną więź. Zmusza się do ekstremalnego spokoju, chociaż jego dusza krzyczy, szalejąc, i obija się o jego ciało od wewnątrz. Kuca przed chłopcem. Te same włosy, to zauważa. Ale głębokie, wpatrujące się w niego, niebieskie oczy, są zupełnie różne. Nie widać też śladu po jakimkolwiek znamieniu, przynajmniej nie na pierwszy rzut oka.
   - Jak masz na imię? - pyta Gabriel, starając się, by dzieciak wyczuł tylko ciepłą intencję pomocy, a nie szalejącą wolę zemsty. Nawet jeśli mu się udało, nie dostaje odpowiedzi - jedynie spojrzenie staje się dużo bardziej intensywne. Wyciąga ku niemu rękę. - Ja jestem Gabriel. Nie zrobię ci krzywdy, chcę ci pomóc - mówi, a potem zdobywa się na lekki uśmiech. - Jestem dokładnie taki, jak ty. Pójdziesz ze mną? - zapewnia go znienacka, i wydaje się, że właśnie to, z zawartą w tym szczerością, przełamuje barierę. Chłopiec wyciąga rękę i chwyta Gabrielową dłoń.
   - Ged - odpowiada, a Gabe prostuje się, by zaraz potem wziąć go na ręce.
   - W takim razie, Ged, chodźmy do domu - mówi. Obiega spojrzeniem okolicę, ale na pierwszy rzut oka jest w stanie stwierdzić, że chłopiec nie ma niczego, poza tym, co na sobie: a i to przeżyło już nieco za dużo. Wygląda, jakby wylądował na ulicy prosto z jakiegoś domu, w codziennych ubraniach, nawet bez butów - dziurawe skarpetki odsłaniają poranione stopy, podobnie ze zniszczonymi spodniami i koszulką z jakimś dziecięcym bohaterem, wiszącą na nim niczym na wieszaku, podobnie jak dużo za duża, męska koszula, wyraźnie gdzieś znaleziona.
   - … domu. - Spogląda ponownie na chłopca, powtarzającego jego ostatnie słowo, i kiwa głową, odgarniając mu włosy z twarzy. Nawet mimo tego, jak bardzo są brudne, jest w stanie stwierdzić, że są takie same jak jego własne.
      Nie wydając żadnego więcej dźwięku, znikają z uliczki.
      Jak bardzo by Gabriel nie próbował tego ukryć, zdaje sobie sprawę, że ledwo przekroczy bramę rezydencji, Kai wyczuje to, co szaleje w jego środku. Mimo to, nie zamierza się bawić w tłumaczenia. Otwiera drzwi tak energicznie, że Młody wzdryga się, ale nie próbuje uciekać z jego rąk. Rusza prosto do gabinetu, gdzie wyczuwa znajomą obecność. W tej chwili nawet nie próbuje się już skupiać na niczym innym, potrzebuje znaleźć tylko tę jedną osobę.
      Tych drzwi już nie musi otwierać - uprzedziła go Nico, ledwo przed chwilą wchodząc do gabinetu z herbatą. W normalnej sytuacji zapewne nie odpuściłby sobie, nie robiąc na ten temat żadnego komentarza, ale teraz nie jest normalna sytuacja. Kai zresztą wygląda, jakby tylko na niego czekał, cały spięty. Cóż, po takiej aurze, jaką Gabriel roztacza wokół siebie, można spodziewać się wszystkiego. Wbija wzrok w przyjaciela, sięgając do kieszeni, po czym rzuca na jego biurko nóż, zdejmując w locie zaklęcie. Nie przejmuje się, czy poplami przy tym krwią jakiekolwiek papiery, które Foster czytał - nie jest byle dzieciakiem w sztuce magicznej, poradzi sobie.
   - Aaron nie żyje. - Nie słyszy siebie, wypowiadającego te słowa, jedynie poszerzające się w szoku źrenice Kaylocka są potwierdzeniem, że faktycznie to zdanie opuściło jego umysł. Nie wie, jak zabrzmiał jego własny głos - suchy, pozbawiony jakiejkolwiek emocji, i przy tym tak zimny, że nawet Nico musiała to odczuć. Widzi, jak Kai podnosi się, gotów zadać jakieś pytania, ale jego samego powoli opuszczają resztki opanowania i wie, że nie może tutaj zostać. Podchodzi do niego i podaje mu Geda.
   - Ged, to przyjaciel. Zajmie się tobą przez chwilę. Niedługo wrócę - mówi, zdobywając się jeszcze na resztkę uspokajającego uśmiechu; sam zaraz potem odwraca się, tak po prostu, i znika. W końcu wie, że kto jak kto, ale Kai będzie w stanie rozpoznać, że Młody jest dokładnie taki, jak Gabriel. Że jest synem Lucyfera.
      Pojawia się na tyłach ogrodu. Furia, która go wypełnia, jak na ironię, pozwala mu działać zupełnie spokojnie. Staje pod dużym, starym drzewem. Jest idealne. Nie ma sensu bawić się w trumny, czarownikom to nie jest potrzebne, wręcz przeciwnie. Krótkim ruchem ręki odsłania odpowiedni kawałek ziemi, a potem zdejmuje z szyi medalion. W następnej chwili łapie się na tym, że już zmierza z nim w stronę własnych ust. Potrząsa głową, a potem przywołuje zaklęcie, umieszczając ciało w dole. Ten widok, pozornie tak spokojny, zupełnie wywiewa z niego wszystkie uczucia. Na moment staje się zupełnie pusty. Gardło mu zasycha, a on sam jest niezdolny do jakiegokolwiek ruchu. Ostatnim wysiłkiem odwraca głowę, a potem zmusza siebie do wypowiedzenia zaklęcia, zakopując tym samym ciało i przywołując prosty nagrobek. Łapie się na tym, że za mało wie, by móc cokolwiek na nim napisać, i żal wypełnia całą pustkę, szalejącą wewnątrz. Zaciska dłoń w pięść, a na kamieniu pojawiają się pojedyncze litery.

A A R O N   D Y E R

      Zarzuca na szyję medalion, chociaż nie ma w nim już żadnej magicznej mocy. Opuszcza wzrok, zamykając oczy piekące tak, jakby ktoś sypnął mu w nie garścią piachu. Są zupełnie suche. To nie pomaga - jak żywe stają mu przed oczyma obrazy z tamtej alejki. Powoli opadające ciało, niemy krzyk, zamarły na jego ustach. Niemal nieświadomie rozkłada skrzydła i zrywa się ku niebiosom, na których jeszcze nie zaczęły gasnąć zasłonięte chmurami gwiazdy. Leci, chociaż nie patrzy przed siebie, a jedynie drży na całym ciele, obejmując się ramionami. Byle dalej od ludzi, byle dalej od wszystkich obcych świadomości, które znienacka zaczynają wypełniać jego umysł, którego nie potrafi w tej chwili przed tym ochronić.
      Krew ponownie zaczyna szaleć, a on sam czuje, jakby jego dusza była zwyczajnie pożerana przez ciemność. W głowie echem odbijają się słowa ojca, które usłyszał podczas ich spotkania. Pewnego dnia i tak staniesz się taki jak ja. W końcu nie wytrzymuje, a jego krzyk roznosi się po całym niebie, niosąc się z całą jego mocą, rozpędzając chmury i odsłaniając zachodzący księżyc. Mimo jego słabego światła ma wrażenie, że cienie wokół niego tylko się zagęszczają. Czuje obcą obecność wokół siebie, ale zna ją doskonale. Przecież towarzyszy mu ona przez całe życie, rosnąc, rosnąc, rosnąc.
   - To dla ciebie nieskończenie zabawne, prawda?! - krzyczy, łapiąc się za głowę. W żyłach ma płynny ogień, każdy kolejny oddech jest wysiłkiem. - Nieskończenie długie życie, z którego raz za razem wszyscy znikają? Właśnie tego dla mnie chciałeś, czyż nie tak? Więc proszę, napatrz się, ojcze! Naciesz się! Oto ciemność, której we mnie szukałeś! - Rozkłada szeroko ręce, pozwalając demonom, które wiecznie go wypełniają, wylec na zewnątrz. Ciemność zakrywa niebo, rzucając cień na ziemię, a on sam wpatruje się z takim uporem w niebo, jakby właśnie tam widział znienawidzoną, ojcowską twarz Lucyfera. A potem znienacka, powoli, opuszcza ręce; wszystko znika, wracając do normy, a on sam uśmiecha się, chociaż jego oczy są zupełnie, świdrująco czarne, na całej swojej powierzchni. - Nie dam ci pochłonąć tego dziecka, jak zrobiłeś to ze mną - wypowiada niemalże bezgłośnie. Cała rozpacz, którą dotąd odsuwał od siebie, wraca do niego z całą siłą, wraz z ostatnim, znikającym cieniem. Oczy zapełniają mu się łzami, podczas gdy składa skrzydła i pozwala sobie runąć w dół.

Nie przypominam sobie, byśmy kogokolwiek zapraszali. ~ Włam do Rezydencji I

Nicoletta  Samantha  Kai  Scarlett  Gabryś  Aaron


pozdro dla kumatych 
#KaiZSokołemNaRamieniu #SWAGKai

                Nicoletta jak zwykle wstała późno. Chodzenie z Dnia wcale nie oznaczało, że ma rezygnować z wampirzego stylu życia. Tak więc, kiedy wyszła z łóżka, było koło godziny 13. Wzięła prysznic, załatwiając przy tym wszelkie sprawy łazienkowe. Odświeżona, ubrała się w czarne legginsy oraz fioletowo-bordową tunikę. Następnie ruszyła do kuchni, sprawdzając przy okazji, że wszyscy wybyli. Normalnie by tego nie robiła, ale przeważnie domownicy nie lubili, a przynajmniej takie było jej wrażenie, gdy piła krew ze szklanki. Z mniejszej lodówki w pomieszczeniu, którą Kai wstawił tu specjalnie dla Nicoletty, zgarnęła paczkę z krwią. Przelała ją do szkła, a na koniec wsadziła słomkę. Nie dziwne więc, że nie wszyscy pragnęli to oglądać. Ale ona przyzwyczaiła się do tego. Każdy wampir musiał się odżywiać. Z prawie-drinkiem, przeszła do salonu, stwierdzając, że skoro nikogo nie ma, może rozłożyć pergaminy tutaj. Ułożyła wszystko na podłodze, studiując, raz po raz pociągając łyka ze słomki.
                Nie kryła się zbytnio. Stała w cieniu rozłożystego drzewa wraz z czarownicą i bacznie obserwowała rezydencję Fostera. Kto do niej wchodził, wychodził, rozpoznawała poszczególne twarze. Wiedziała, że jak na razie, gdyż pewnie kogoś jeszcze przygarną pod swoje skrzydła, dom zamieszkiwały cztery osoby. Właśnie dwie z niej wychodziły i kierowały się w stronę miasta. Samantha zerknęła na Scarlett, która opierała się o pień drzewa. Na jej twarzy gościł ten charakterystyczny dla niej dziecięcy uśmieszek. Sam uniosła brew w niemym pytaniu. To był idealny moment, aby zacząć działaś. W końcu tamta chciała dowiedzieć się czegoś o wampirzycy. - Możesz ściągnąć zaklęcia ochronne? - Założyła ręce na piersi, wlepiając w nią neonowe spojrzenie. Nie słynęła z cierpliwości.
                Cały czas uśmiechając się, uciekła myślami do dalekich regionów. Przywołała ją Sammy. Oh, nie powinna jej tak nazywać, ale w końcu to takie słodkie imię! - Jasne, że mogę. - stwierdziła, zupełnie, jakby dziewczyna pytała o podanie ziemniaków przy wspólnym stole. Scarlett dysponowała naprawdę dużą mocą. A przy tych czarach... Zamknęła oczy, odpychając się nogą od drzewa. Wyjątkowo proste do złamania zaklęcia. Dla niej. Same tarcze były potężnie zbudowane, ale nie odczuwała ich naporu. Utrzymała ręce przy ciele, dłonie równolegle do ziemi. W jej umyśle wariowały słowa, aury, magia. Z lekko rozchylonych ust wyciekały szeptem formułki. Bach. I już po kłopocie. Odetchnęła lekko, obracając się z uśmiechem do Sam. - Mówiłaś coś? - zapytała ironicznie, przekręcając głowę; czekając i zapraszając towarzyszkę do wejścia.
                Uderzenie w tył głowy. Poczułby je w każdym miejscu na świecie, w każdym możliwym stanie. Nawet, gdyby leżał nieprzytomny, wiedziałby, że to się stało. A to nie ratowało nikogo. Brzmiało jak kpina. Cała fala magii, która utrzymywała bariery rezydencji, dotarła do niego z minimalnym opóźnieniem. Zacisnął pięści, z trudem powstrzymując szalejącą wściekłość, która sama z siebie zaczęła unosić jego włosy do góry. Co za bezczelność...! Rozwinął skrzydła, znikając iluzją ze świadomości wszystkich ludzi wokół i wzniósł się w powietrze, szybując prosto do rezydencji. Nie zamierzał pozwalać na coś takiego w milczeniu. Zawisł nad nią w powietrzu, wciąż niewidoczny, i zaczął szukać wzrokiem tego, czyja to była wina. Uprzednio obudził psy, zdejmując z nich iluzję. One również zaczęły węszyć... A potem ruszyły biegiem poprzez rezydencję, dając tylko pół minuty na reakcję, nim dotrą na miejsce.
                Przewróciła oczami w wyrazie irytacji i żwawym krokiem poszła za Scarlett prosto do rezydencji. Wiedziała, że nie będzie łatwo. Mogła wybrać inne miejsce na spotkanie z Nicolettą, ale nie miała zbyt wiele czasu. Potrzebowała również namiarów na Alastaira Raleighna, w wiadomym tylko dla Sam celu. Inni Mroczni nie wykazywali zainteresowania jej planami. Weszła do środka i od razu udała się do salonu, pamiętając rozkład pomieszczeń po halloweenowym balu i czując wyraźny zapach krwi, który rozpoznałaby dosłownie wszędzie. Jak gdyby nigdy nic, usiadła na kanapie i zilustrowała wzrokiem Nicolettę Grace. - Chodząca za Dnia. -  skinęła jej ledwo zauważanie głową. - Pozwól, że przejdę od razu do konkretów. - Uśmiechnęła się kpiąco, pochylając się do niej. - Ja pomogę tobie, ty pomożesz mi.
                Może i nie była czarownicą, ale tą dawkę magii wokół rezydencji wyczułby każdy. Aż dziw, że Przyziemni nie stali tutaj tłumami. Więc kiedy niewidzialna dla Nico bariera opadła, poczuła, jakby na chwilę znalazła się w spadającym samolocie. Zaraz potem do rezydencji wkroczyła Samantha Morgenstern. - Chodząca tam, gdzie jej nie chcą. - odpowiedziała Nicoletta i również skinęła głową, pozostając z kamienną twarzą. Za rozgoszczoną na kanapie Mroczną, stała inna blondynka. Czarownica. Niedobrze Carmen, niedobrze... Sama Mroczna Nefilim nie stanowiła aż takiej obawy, jak w obstawie dziecka Lilith. Pomimo dziecięcego wyrazu twarzy, tamta sprawiała wrażenie potężnej. Trzeba było przyznać, że Sam wiedziała gdzie szukać sprzymierzeńców. Brew wampirzycy poszybowała w górę. Konkretów? Potrafiła świetnie skrywać emocje, bo to, co w tej chwili miała ochotę zrobić tej szmacie... - Pomożesz? - prychnęła. - Nie potrzebuje twojej pomocy, ani też nie mam Ci nic do zaoferowania.
                Szedł przed siebie wraz z Gabrysiem i Aaronem. Mieli zamiar zawitać w najbliższym antykwariacie i przeglądnąć księgi, ale oczywiście 'coś', a w tym wypadku zdjęcie czarów ochronnych, musiało im przerwać.  Nie zdążyli zajść za daleko, rezydencja była dobrze widoczna z ich odległości, nie zdążyła zniknąć za wysokimi wieżowcami Los Angeles. Już miał zwrócić się do Gabysia, ale ten dosłownie dostał skrzydeł i  zaczął gnać w stronę domu. Nie zwiastowało to niczego dobrego. Kaylock zaklął pod nosem, ale najwyraźniej żaden Przyziemny nie zareagował na nagłe zniknięcie czarownika. Spojrzał porozumiewawczo na Aarona. Rozprostował palce, które zdążyły zacisnąć się w pięści i czuł jak jego energia przesmyka się pomiędzy nimi. Po chwili obaj przeteleportowali się w okolice rezydencji. Najpierw Kai chciał ustalić z kim ma poczynienia, a potem atakować. Nie pofatygował się jednak, aby się skradać czy prostym zaklęciem wyciszyć swoje kroki. W końcu wtargnęli do jego domu.
                Aaron został wyciągnięty na miasto przez Kaia. Właściwie czarownik nie musiał długo go przekonywać. Wystarczyło, że wspomniał o Gabrielu i książkach. W połowie drogi nagle coś się stało. Aaron wpatrywał się zszokowany w skrzydła czarownika. Nie miał o nich pojęcia. Oderwał wzrok, dopiero kiedy Gabriel był już daleko, a Kai przeteleportował ich obu niedaleko rezydencji. Chłopak był nieco zdezorientowany. Spojrzał pytająco na Kaia, po czym zmienił się w sokoła i czekał na jakiekolwiek słowa czasownika.
                Psy były szybsze od Gabriela. Zdołały zmienić kierunek biegu, mimo początkowego planu, i wyskoczyły ze ściany, stając po obu bokach Nico. Była mieszkańcem rezydencji, a pozostałe dwie osoby zdecydowanie były obce. Wystarczający powód, by to one były celami. Obnażyły kły, ale jeszcze nie atakowały. Taki dostały rozkaz. - Widzę, że mamy w domu bardzo ciekawe towarzystwo - lodowaty głos Gabriela nadchodził od strony drzwi, gdy ten po prostu w nich stanął, opierając się ramieniem o framugę i krzyżując ręce na piersi. Jego oczy sugerowały wieczną pustkę dla tych, kogo dorwie, ale jeszcze nie atakował. Schował tylko skrzydła i z trudem powstrzymywał emanowanie mocą. Zazwyczaj to ukrywał. Lubił udawać, że nie ma za wiele mocy. Tym razem niezbyt mu to szło. - Ale nie przypominam sobie, byśmy kogokolwiek zapraszali.
                Uniosła brew z pewnym siebie uśmiechem. - Doprawdy? - Wstała z kanapy i założyła ręce z tyłu. Podeszła do wampirzycy i pochyliła się nad nią, nogą szturchając papiery rozłożony na podłodze. Nic godnego uwagi Mrocznej, jednak wzięła jeden z nich do ręki i szybko przeczytała. - Nie planujesz przypadkiem przejąć tutejszego klanu? - zerknęła na nią. - Jeśli tak, coś marnie ci to idzie. - zmięła papier w kulkę i rzuciła ją w stronę Nicoletty. Miała nadzieję, że wampirzyca połknie przynętę i nadzieje się na jej haczyk. Przeszła przez pokój, zerkając przy tym na stojącą za kanapą Scarlett. Dała jej znak, jaki wcześniej ustaliły, aby zaklęciem unieruchomiła dziewczynę, ale zostawiła jej zdolność mówienia. Wygodnie było mieć czarownicę po swojej stronie. Te całe zaklęcia znacznie ułatwiały życie. Nagle usłyszała psie warczenie. Demoniczne psy. Jeszcze tego jej brakowało. Położyła ręce na biodrach, wlepiając wściekłe spojrzenie w mężczyznę stojącego w drzwiach. - Gabriel Lacroix, cóż za miłe powitanie. - kiwnęła głową w stronę psów. - Nowe zwierzaki? - Nie była przygotowana na demony w tej rezydencji. I to jeszcze podporządkowane komuś demony. Na twarzy Samanthy pojawił się uśmiech. - Panna Grace nic nie wspomniała? Jaka szkoda... - pokręciła głową z dezaprobatą.
                Demoniczne psy wypadły tuż za jej plecami, po obu stronach. Mimo, że pamiętała jak sprzeczali się z Gabrielem o to, że pogryzą Nico, teraz wiernie stały u jej boku, gotowe rozszarpać wszystko i wszystkich. Widok ich właściciela, z rozwiniętymi skrzydła, z emanującą aurą wściekłości... Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że przejmowała się tym co się dzieje bardziej, niż ktokolwiek widział. Rzuciła zaniepokojone spojrzenie Gab'owi, dając mu wyczytać, że Samantha już rzuciła dla niej karty. Nicoletta spróbowała się podnieść, kiedy stwierdziła, że nie jest w stanie się ruszyć, zupełnie tak, jakby jej nogi ktoś przewiercił na stałe, dokładnie w tym miejscu. Miała ochotę krzyczeć, ale już dawno oduczyła się przerażenia.
                Stała z boku, przypatrując się działaniom Sammy. Bardzo interesowała ją Chodząca za Dnia, gdyż ta umiejętność była wbrew naturze Dzieci Nocy. Co sprawiło, że Nicoletta Grace była inna? Wyglądała na wiek podobnie do Scarlett, choć pewnie było to pojęcie bardzo względne. Z uśmiechem przypatrywała się rzeczom, które rezydencja miała w środku. Pamiątki z różnych miejsc. Dobrze wiedziała, że wampirzyca nie mieszkała sama, i choć raz już tu była, to chętnie poznałaby właściciela osobiście. Z rozkazu Sammy, machnięciem ręki unieruchomiła wampira. Nadal stała w miejscu. Aż do czasu, gdy ze ściany, dosłownie ze ściany wypadły dwa demony, piekielna postać psów. Jakie słodkie, pomyślała, przekrzywiając głowę w bok i przypatrując się im. Miała ochotę przywitać się z nimi, emanując aurą, ale przeszkodził jej głos, zapewne właściciela. Ciemnowłosy, skrzydlaty. Czarownik. Ktoś jej rasy. Od dawna nie miała do czynienia z jakimkolwiek swoim pobratymcem. Przewierciła go wzrokiem oczu, które w tym samym czasie zmieniły kolor z niebieskich, na fioletowe, brązowe. Był wzburzony, ale Scarlett dałaby głowę, że nie tylko jego czary wyczuwała w powietrzu. - Niezłe znamię. - uśmiechnęła się, sprawiając tradycyjne wrażenie wariatki.
                Gabryś miał swoje skrzydła, Aaron potrafił zmieniać się w zwierzęta, a Kai nie miał żadnego pożytku ze swoich kłów. Jednymi słowy był z nich najbardziej podobny do zwykłych, bezużytecznych ludzi. Wskazał Aaronowi swoje ramię, na którym przysiadł jako sokół. Wątpił, aby Sam wiedziała, że jego przyjaciel jest zmiennokształtny. Będą mieli przynajmniej element zaskoczenia. Wszedł do środka i udał się do salonu, z którego dochodziły wszystkie dźwięki. Ze stoickim spokojem zorientował się w sytuacji. Rapha i Zillah były obok Nicoletty i warczały na Samanthę Morgenstern. Kai mógł się spodziewać, że prędzej czy później zaatakuje rezydencję, ale nie sądził, że zrobi to sama. Trzech czarowników na jedną Mroczną i pewnie wiedziała co stanie się po usunięciu zaklęć ochronnych . Zdecydowanie głupie posunięcie. Przeniósł wzrok na Gabriela. Stał w drzwiach i emanował silną mocą. Kai tylko raz widział go w takim stanie i nie skończyło się to za dobrze. - Co cię sprowadza w nasze skromne pro... - urwał, gdy zobaczył blondynkę stojącą za kanapą. Od razu rozpoznał jej rysy twarzy i dziecięcy uśmiech. Jej widok był niczym rozdrapywanie dawnej rany, tej z czasów, gdy był jeszcze normalnym człowiekiem, bodajże piętnastolatkiem. - Sam, co jej zrobiłaś? - Niezauważalnie zacisnął ręce w pięści. Spotkał ją już. Czarna Wdowa we własnej osobie. Jak mógł jej wtedy nie poznać? - Co. Jej. Zrobiłaś. - można było wyczuć ostrzegawczy ton w jego głosie. Był bliski rzucenia w Mroczną sterty zaklęć, a nawet ją zabić.Valerie stanęła po złej stronie. Nie wiedział co robiła przez te 586 lat, czemu zniknęła, gdzie była.
                To był właśnie on, właściciel. Blondyn, poznany jako Nikt, na balu. To jego czary były tak proste, tak znajome. Skromne? Uśmiechnęła się. Skromne to one na pewno nie były. Spojrzał na nią, a jej oczy zatrzymały się w tęczy barw na naturalnym brązie. W jego spojrzeniu widać było przerażenie. - Nicolettcie? Nic. Zwykłe zaklęcie unieruchamiające. - oznajmiła gładko, wciąż z uśmiechem. Co z tego, że pytał się Samanthy.
                 Miała sztylety schowane pod skórzaną kurtką, ale na nic by się jej one nie znały, gdyby zaczęto ją atakować magią. Jej przegraną pozycję przypieczętował Kaylock Foster, wchodzący do środka z sokołem na ramieniu. (#KaiTakiCool #SWAG) Samantha spojrzała porozumiewawczo w stronę Scarlett. Musiała stąd zniknąć. Albo teleportacja, albo wybicie okna, gdyby czarownica nagle zmieniła strony, co było niewykluczone. Inaczej wyobrażała sobie "rozmowę" z Nico. Obróciła się w stronę Scarlett, słysząc reakcję Kaia na jej osobę. Nie spodziewała się tego. Właściwie gdyby się dokładniej przyjrzeć, to byli całkiem podobni. Prawy kącik jej ust uniósł się ku górze. Zatem Kai miał szaloną siostrzyczkę. Tyle nowych możliwości właśnie otworzyło się przed Mroczną. - Scar, teleportuj mnie stąd. - oznajmiła krótko. Wysłała Mevowi smsa, jednak wątpiła, aby pofatygował się i dla odmiany to on uratował jej tyłek, a nie ona jemu. Puściła mimo uszu pytanie Kaia, jednak wzięła do serca jego ostrzegawczą nutę w głosie.
                Zdecydowanie nie podobała mu się cała ta sytuacja. I było bardzo wiele powodów ku temu. Mógł jednak znieść wiele, ale wszystko przesądziła reakcja Kaia na czarownicę. Przyjrzał jej się raz, krótko, i to mu wystarczyło, by zrozumieć wzburzenie przyjaciela. Nie znali się przecież od dziś i po tylu wiekach trudno byłoby mieć jakiekolwiek tajemnice. Szczególnie takiej wagi. A potem nawet nie musiał się skupiać. Nie bez powodu studiował magię przez tyle czasu. Widział wyraźnie nici wiążące zaklęcia, pływające w powietrzu; strzępki swojej i Kaia magii, tylko czasowo rozerwanej przez tę czarownicę. Nie dezaktywowała tych zaklęć, tylko zrobiła w nich dziurę, i to wyraźnie tylko dlatego, że jej moc była w jakiś sposób powiązana z mocą Fostera. To mogłoby podnieść go na duchu, gdyby nie był tak wkurzony. Ledwo ruszył palcem, nawet nie tyle przecinając, co zwyczajnie neutralizując nici zaklęcia wiążącego Nico. - Nie wydaje mi się - odezwał się do Sam głosem wypranym z emocji, po czym używając resztek tamtego zaklęcia, przywiązał jej nogi. To słowo również było niedopowiedzeniem, skądinąd. Gdyby teraz ktokolwiek spróbował ją stąd wyteleportować, skończyłaby na wózku inwalidzkim. Nie, żeby nie miał ochoty skazać jej na to samodzielnie... - Jeszcze się nawet nie przywitałem, jeśli o tym mowa. - Było coś w jego głosie, co sprawiło, że psy zjeżyły się, ukazując zęby. Demoniczna krew wibrowała, co musieli poczuć wszyscy, którzy ją mieli. Ostatnimi czasy Gabryś miewał coraz większy problem z powstrzymaniem świadomości, jak potężny jest jego ojciec... A teraz nawet się nie starał.
                Gabriel, bo tak miał na imię ów czarnowłosy czarownik, rozwiązał jej zaklęcie, wykorzystując je przeciwko Sammy. Czarownice wiązał z nią dług, a skoro weszła tu z nią, to powinna z nią wyjść. - Myślałam, że zostaniemy dłużej. - stwierdziła, nie patrząc na Sammy, lecz obracając się w stronę czarownika. Nieładnie blokować czyjeś zaklęcia. Rzuciła tarczę wokół swojej towarzyszki, chwytając równocześnie Nicolette, unosząc ją do góry. – Nieładnie wykorzystywać czyjeś zaklęcia. - jej oczy zaświeciły się czerwienią, a twarzy przybrała złośliwy wyraz.
                Przyglądał się wszystkiemu z uwagą. Nie rozumiał nic z wymiany zdań, którą właśnie usłyszał. Nie znał historii Kaia zbyt dobrze, ale musiał znać czarownice, która współpracowała z Mroczną. Wzbił się w powietrze, gdy ujrzał jeżące się psy. Demoniczne psy. Były po ich stronie, ponieważ najwyraźniej należały do Gabriela, którego się słuchały. Szybko zmienił się w identycznego psa. Dookoła posypały się iskierki. Zawarczał na nieproszonych gości, po czym spojrzał na Gabriela. Chciał mu pomóc, choć widział, że go nie potrzebuje.
                Oh, w końcu mogła się ruszyć, ale nie miała bladego pojęcia, co rozgrywa się pomiędzy resztą. Bo Kaiowi na pewno nie chodziło nią. Przecież miała wszystkie kończyny na miejscu. Wzrokiem próbowała wydobyć coś z blond czarownika, ale w tym samym coś poderwało ją do góry. Zawisła w powietrzu, zupełnie, jakby ktoś zawładnął jej ciałem. Czarownica, Scar. To ona wykorzysta ją teraz jako kartę przetargową? Co tu się do cholery dzieje?
                Westchnął poirytowany. Valerie zmieniła się i to jak. Nie dość, że stanowili swoje przeciwieństwa, to Kaiowi wydawało się, że coś się jej przydarzyło, wywróciło jej dawny punkt widzenia o 180 stopni. Niepokoił się o nią, bo nadal pamiętał ich wspólne wyprawy do lasu oraz skręcanie ptakom karków, aby zdobyć coś do jedzenia. Valerie robiła to bez jakichkolwiek skrupułów, z uśmiechem na ustach. Wolał dowiedzieć się co Sam z nią zrobiła i czy uwolniła tą jej 'nutkę' szaleństwa, bo dobrze wiedział, że na Letty ciążyło zaklęcie unieruchamiające. Nie miał zamiaru teraz ujawniać, że Scar jest jego siostrą, chociaż Sam pewnie już to zauważyła, ale to nie był odpowiedni moment na rodzinne rozmowy. Wyczuł wibrowanie demonicznej krwi Gabrysia i od razu spojrzał w jego kierunku. - Valerie, nie igraj z ogniem. - mówił lodowatym tonem i kierował te słowa do czarownicy, ale patrzył na Gabriela. - Opuść Nicolettę. Powoli. - Miał nadzieję, że czarownik wyczyta z jego oczu, że szykuje się do ataku. Musiał powalić Scarlett, nie miał wyboru, jak na razie to ona stanowiła tu największe zagrożenie. Poza tym wątpił, aby nagle zmieniła stronę. Jednak gdyby zaatakował blondynkę, nie wiadomo co w odwecie zrobiłaby Nicolettcie, a Gab mógł ją przechwycić.
                Chciała zdać się na swój plan B. Okno znajdowało się parę metrów obok niej, Nico wraz z psami była po przeciwnej stronie. Szybkim ruchem sztyletu rozbiłaby szybę i po prostu uciekłaby do najbliższej siedziby Mrocznych. Mogło się udać, gdyby nie to, że nie jej nogi przykleiły się do podłoża. Dobrze wiedziała kto przymocował ją zaklęciem. Gabriel. Również poczuła wibracje jego krwi. Zaintrygował ją. Była ciekawa jego rodowodu i przepełniającej go potędze. Korzystając na tym, że chwilowo o niej zapomnieli, gdyż wszyscy skupili się na Scarlett, która również "coś" z nią zrobiła, sięgnęła po telefon. Napisała krótkiego smsa do Vanory, licząc na posiłki. Zważając na łączącą je więź, po której nadal zostały im wspomnienia, miała nadzieję, że się zjawi.
                Wibracje demonicznej krwi. Trudno było nie widzieć potęgi bijącej od jej przeciwnika. Trudno było nie zrozumieć nie wypowiedzianych gróźb. Żywy ogień płonął w oczach dziewczyny, znajdując ujście w drgającym powietrzu. Cała atmosfera w pomieszczeniu była przesycona magią. Scarlett czuła każdy swój napięty, drżący mięsień. Valerie? Musiał ją z kimś pomylić. Valerie, Valerie, Valerie. To imię odbijało się echem w jej myślach. Poczuła niemal namacalne połączenie z chłopakiem obok. Chyba sobie żartował. Nikogo nie będzie opuszczać. Potraktował ją tak, jakby sama dla siebie była zagrożeniem. Absurd. A życie potrafiło być takie zabawne. Kątek oka zobaczyła zaniepokojony wzrok blondyna, zawieszony to na Gabrielu, to na Nicolettcie. Zależało mu na niej...? Zacisnęła więzi czarów mocniej wokół wampirzycy, atakując jej ciało magią. Równocześnie bardzo powoli, niewyczuwalnie skupiła się na uwolnieniu Samanthy. Była winna jej dokładnie taką samą wolność co ona jej. Będą kwita. Z wyczuwalny trudem w bijącym sercu puściła pnącze zaklęcia z nóg tamtej.
                Jej ciało zapadło się w sobie. Niewidzialny ciężar przygniatał klatkę piersiową, wyciskając urywany oddech. Nie musiała oddychać. To był odruch. Ale ból jaki odczuła wraz z tym, niemoc odzyskania władzy we własnych kończynach. Krzyknęła cicho, a jedna samotna łza przecięła blady policzek. Nie płakała odkąd skończyła osiem lat. Ale to... To nie był płacz. Jedna łza, nie była nawet pewna, czy należała do niej...
                Ma zmysły naprężone do granic możliwości. Wszystko w nim drży, emanując mocą, bo nie próbuje nad tym panować. To pierwszy raz od wieków, gdy się nie powstrzymuje, jakby nie patrzeć. A i wtedy był o wiele słabszy. Niby moc jest czymś, co się ma, a nie zdobywa, ale dopiero z czasem odkrywało się kolejne części tejże mocy. Zdobywało dostęp. Tymczasem nie musi nawet patrzeć na swój cel. Żaden z nich. Znów słyszy ten głos w głowie, który podpowiada mu, gdzie co się znajduje; nie wie, czym on jest, ani skąd się wziął, ale teraz nie ma czasu znów się nad tym zastanawiać. Kula z jego magnuma przestrzeliła telefon Sam, ale był niemalże pewien, że to już za późno, już wezwała pomoc. Nie chciał robić tego magią, zostawiłby za dużo jej śladów. Czuł spojrzenie Kaia i wiedział, co ten chce zrobić, ale nie mógł poświęcić temu zbyt wiele czasu i uwagi. Nie zamierzał, mimo wszystko, pozwolić jej zranić Nico... Nawet jeśli wiedział, kim była. "Kai" odezwał się w jego umyśle, starając się ukryć jak najlepiej mógł to połączenie. "Nie mamy czasu. Fałszywy ruch i wszystko się posypie." Jak na swoją wściekłość, zachowywał niezłą trzeźwość umysłu, gdy to mówił. - Goście nie powinni wystawać na życie mieszkańców domu - zauważył, wystawiając ręce przed sobą, a potem przesunął dłońmi obok siebie - tak, jakby chciał klasnąć, ale rozminęły mu się ręce. Zaklęcie, rzucone na Nico, teraz zaczęło działać na czarownicę, a wampirzyca opadła na ziemię. "Jak mamy szczęście, to masz dziesięć sekund. To jej własne zaklęcie, potem się uwolni."
                Puszczona i uwolniona od przytłaczającego bólu Nicoletta nie wiedziała co się stało. Upadła na podłogę, obijając sobie kości. Zwinęła się do pozycji embrionalnej, chwytając dłonie w pasie. Zaszlochała bez łez, czując się jak dziecko. Żaden z tych czarowników tutaj jej nie zaatakował. Nigdy nie potrafiła sobie wyobrazić jakby to było, ale nie przewidywała tego. A tymczasem kuliła się na podłodze. To było poniżające, ale nie miała sił nic z tym zrobić. Czuła, że czarownica dotknęła jej duszy, której nie do końca wierzyła, że ma.
                Kai dopiero teraz wytężył zmysły. Spowolnił swoje bicie serca, nie pozwalając, aby gniew czy żądza mordu na Sam, za to co zrobiła Valerie, go opanowała. Potrafił wyczuć niemalże każde rzucone zaklęcie w tym pomieszczeniu, czuł energię emanującą od Gabriela i usłyszał jego głos w głowie. "Wiem" odpowiedział krótko, uważnie rozglądając się po pomieszczeniu. Aaron stał i warczał na Sam, która miała uwolnione nogi. Mogła rzucić się w stronę okna, ale psy pobiegłyby za nią od razu, a Mroczna nie była aż taka nierozważna. Spojrzał na Nico, która wylądowała na ziemi. Chciał do niej podbiec, widząc jak szlocha, i sprawdzić czy wszystko w porządku. Z ciężkim sercem odwrócił spojrzenie. Nie miał na to czasu. Skupił się na słowach Gabrysia. 10 sekund. Za mało, aby ją uspokoić i powiedzieć prawdę. Westchnął, przypominając sobie skuteczne zaklęcie, którego dość dawno nie używał. Wyciągnął ręce przed siebie, formując coś na kształt prostopadłościanu. Niewidzialne ściany przepuszczały słowa, ale odbijały magię z zewnątrz i wewnątrz. Jednym słowem Scarlett była zamknięta w klatce dopóki czarownik rzucający zaklęcie jej nie zlikwiduje. Kai kiwnął głową w stronę Gabrysia. Została jeszcze kwestia Sam.
                Jej telefon właśnie dostał kulkę. Rzuciła samsunga na ziemię i zacisnęła ręce w pięści. Będzie musiała postarać się o nowy, co nie jest takie proste czwarty raz w miesiącu. Poczuła jak zaklęcie pętające jej nogi znika. Jak na razie nie ruszała się ze swojego miejsca, czekając na jakikolwiek znak od Vanory. Obserwowała te całe ich czarowanie, ale najbardziej zainteresowała ją szlochająca na podłodze Nico. Nie sądziła, że będzie w takim stanie po jakimś zaklęciu wiążącym? Lewitującym?  Nie znała się na magii, ale to zaklęcie nie wyglądało na mocne. Sam miała do dyspozycji jeszcze sztylety, ale były niczym w porównaniu do magii.
                Zaskoczył ją. Użył jej własnego zaklęcia, jej własnej magii. Wampirzyca upadła, a Scarlett została oszołomiona tak samo jak tamta przedtem. Wygięła ciało w łuk, co miało być następnym krokiem. Krzyknęła, a następnie przedarła barierę, uwalniając się. Teraz leżała jak wampirzyca, na podłodze, dysząc. Sama sobie sprawiła ból. I to Gabriel sprowadził to na nią. Uniosła dłoń, chcą rzucić jakikolwiek urok. Nie była w stanie. Czar odbił się od klatki, w której została uwięziona. Zawarczała z wściekłości, dysząc z wycieńczenia, zadanego magią. Miała dość sił, wystarczająco. Ale nie miała jak walczyć.
                To nie tak, że życzył komukolwiek, by wylądował w tym zaklęciu. Znał je aż za dobrze, sam oberwał nim zdecydowanie zbyt wiele razy. Teraz nie miał jednak zwyczajnie innego wyjścia. Tyle dobrze, że Kai zrozumiał i zareagował odpowiednio szybko. Inaczej wszystko poszłoby na marne. Albo przynajmniej częściowo. Nawet, gdyby czarownica próbowała puścić na niego jakiś urok, zdołałby się bez problemu obronić. To nie byłaby w żaden sposób równa walka. Teleportacja w obrębie domu była czymś bajecznie prostym, przynajmniej dla Kaia i Gabrysia. W końcu sami dostosowywali zaklęcia. Gdy o tym myślał, to prawie za tym tęsknił. Za ich współpracą z wtedy. Dawno nie budowali tak silnych zaklęć, co wtedy. W mgnieniu oka znalazł się przy oknie. - Czegokolwiek chciałaś, wygląda na to, że niezbyt ci wyszło - podsumował, zwracając się do Sam. "Aaron, pilnuj drzwi." Nie chciał mówić tego na głos, by nie wypowiadać jego imienia. Ściągnąłby tylko na niego kłopoty i związaną z imionami magię. Nic korzystnego.
                Sam stała w miejscu i grzebała po kieszeniach swojej kurtki, zapewne szukając steli czy czegoś innego. Desperacko starała się znaleźć wyjście z tej sytuacji, choć wiedziała, że była na straconej pozycji. Kai z przyjemnością pozadaje jej tortury. Za Scarlett. Rezydencja była zabezpieczona przed jakimikolwiek runami i sprzętami Nefilim, więc Mroczna nie miała jak uciec. Na dodatek Aaron z psami od razu by ją dorwali. Valerie leżała na podłodze w niewidzialnej klatce. Dla jej własnego bezpieczeństwa. Tak, z miłości. Wiedział, że dopóki nie puszczą Samanthy wolno, będzie miała wrażenie, że ona też jest ich więźniem. Kai krótko się wahając podszedł do Nicoletty. Szlochała. - Letty... - głos mu się załamał. Delikatnie podniósł ją z podłogi i umiejscowił na kanapie. Kątem oka zerknął na Gabrysia i Sam.
                Grzebała po kieszeniach swojej kurtki i spodni. Jak mogła zapomnieć o tak istotnym fakcie, że zawsze nosiła ze sobą zapałki, ze stelą bywało różnie, ale też ją miała. Wytężyła słuch. Zdawało jej się, że usłyszała znajome okrzyki zniecierpliwienia. Vanora. Przygryzła dolną wargę, kontynuując szukanie pudełka z zapałkami. Mogła rzucić w któregoś czarownika sztyletem, ale jeszcze skierowaliby to w jej stronę, a to nie był najlepszy dzień na umieranie. Nie miała jak uciec. Gdyby wybiła okno, psy od razu by za nią poleciały, a do drzwi miała za daleko. - Nie gadaj, Lacroix. - Założyła ręce na piersiach, w jednej dłoni skutecznie chowając zapałki. Nie wiedziała co ją podkusiło na tak nierozważną akcję. - Bardziej ciekawi mnie to, co ze mną zrobicie.
                Powoli podszedł do Gabrysia, nie spuszczając Sam z oka. Musieli zdecydować co z nią zrobić. W piwnicy, zdana na tortury, niechybnie by zginęła, a wraz z nią Mroczni, których utworzyła. To by znacznie ułatwiło sprawę im i Nocnym Łowcom, jednak Valerie zalegała u niej z długiem i nie wybaczyłaby mu, gdyby więził Samanthę. Westchnął i zerknął przez ramię na swoją siostrę. Nadal starała się jakoś wyjść z klatki, jaką Kai dla niej utworzył, ale nie przynosiło to żadnych efektów. Będzie musiał z nią porozmawiać. Nawet nie wiedział czy go pamięta. - Jesteś wolna. - oznajmił i spojrzał na Gabriela z uśmiechem. - Pokażesz jej wyjście?
                Powstrzymał westchnienie. Wcale nie miał na to ochoty, ale nie miał większego wyboru. Jakby nie patrzeć, mieli teraz większe priorytety, niż jego osobista wściekłość i chęć skrócenia Sam o głowę. Przynajmniej. Poza tym, to jednak mówił Kai. Był jego najbliższym przyjacielem i mimo wielu różnych rzeczy, dalej miał autorytet. Szczególnie teraz. Nie odpowiedział, ale Mroczna zniknęła, a na dywan spadły tylko zapałki, które trzymała w dłoniach. Tylko Gabryś z Kaiem mogli wiedzieć, że pojawiła się poza granicami rezydencji, lądując twarzą w dół na chodniku. Nie miał ochoty jej obracać. Oparł się plecami o ścianę, wciąż trzymając skrzyżowane ręce na piersi. - Aaron, zabierz stąd Nico i nie zaglądajcie tutaj na razie. Nic fizycznie jej się nie stało, to psychiczny ból, a Kai ma tutaj rozmowę do przeprowadzenia - powiedział w końcu, przymykając oczy. On z kolei musiał zająć się barierą. Rezydencja zdecydowanie zbyt długo stała bez niej.
                Aaron stał z boku, pilnując drzwi i nie rozumiejąc relacji, jakie panowały między zebranymi w rezydencji Kaia. Nagle Mroczna zniknęła, a Gabriel zwrócił się do młodego czarownika, który przyglądał mu się psimi oczami. Uniósł uszy, słuchając uważnie. Na jego słowa skinął głową i wrócił do swojej postaci. Podszedł do dziewczyny i powoli wyciągnął do niej rękę. - Jestem Aaron. Jeszcze się nie znamy, ale jestem starym przyjacielem Kaia. Nie musisz się mnie bać - powiedział delikatnym kojącym głosem. Wyciągnął do niej ręce i nie słuchając, czy ma zamiar protestować, wziął ją na ręce. W ostateczności mógł się zmienić w niedźwiedzia. W tym stanie nie byłaby mu stawić czoła, gdyby był tak potężnym zwierzęciem.
                Nie dotykaj mnie. - nie wiedziała, czy udało jej się wypowiedzieć te słowa. Płacz dziecka zagłuszał jej uszy. Dziecka, które straciło rodziców. Dziecka, które zbyt szybko musiało stać się dorosłym. Była dorosłą, pewną siebie kobietą, ale to właśnie złamało jej mury. Jakby to na co pracowała tyle lat zostało zburzone. Jak dziecko. Mała rzymska sierota. Nie pozwalała sobie na takie myśli, a jednak zaklęcie wydobyło z niej to wszystko. Brak nadziei. Brak rodziny; kiedyś, teraz, kiedykolwiek. "Jesteś potworem Nicoletto. Lepiej będzie, jak wyjedziesz. Dla wszystkich." I wbrew jej woli wykrzyknęła jedyne imię, które stwierdziło, że warto ją ratować. - Kaaaaai!
                Poczuła się jakby ktoś właśnie ją spoliczkował. Nie spodziewała się tego, co przed chwilą padło z ust czarownika. Wolna? Sądziła, że będą starać się odegrać za te wszystkie popełnione przez nią tortury. Wreszcie ktoś by się nad nią znęcał. Taka niemiła dla sadystycznej Sam odmiana. Nim zdążyła mruknąć, że świetnie wie gdzie znajdują się drzwi wyjściowe, już lądowała twarzą na chodnik przed rezydencją. Syknęła z bólu i obróciła się na plecy. Powinna poczuć pudełko zapałek, które zwykle trzymała w tylnej kieszeni spodni, ale najwidoczniej zostały w środku. Powoli stanęła na nogi i zobaczyła Vanorę, opierającą się o motor. Sam otrzepała skórzaną kurtkę i niespieszno podeszła do niej, tym samym sygnalizując, że ją wypuścili, a nie uciekła. - Uszczerbek na dumie, co? - mruknęła do Mrocznej. Zdana na łaskę Czarowników. Jak to idiotycznie brzmiało, nawet w jej myślach.

poniedziałek, 11 maja 2015

Gabrysiowa dezaprobata rosła z każdą chwilą

Diana  Gabriel   Jasmine  Kai   Elizabeth  Yennefer  Melissa  Set   Nathaniel   Marlene  Rebecca 

       W końcu! Znalazła ją. Dlaczego wcześniej nie mogła na to wpaść? Bo gdzie szło najszybciej znaleźć Dianę, jak nie w barze, pubie, klubie? Zbędne skreślić... Syknęła pod nosem, podchodząc do dziewczyny i wyrwała jej papierosa z pomiędzy palców, zaciągając się. — Ja jebię! — wycedziła na wstępie, w swoistej formie: "cześć". Od razu przeszła do sedna, opierając się z frustracją o ścianę klubu — Nie załatwił tego, ogarniasz? Miesiąc czasu i on tego, kurwa, nie załatwił, skurwiel... — zaciągnęła się znów i zacisnęła palce na papierosie, aż połamał się na pół, wtedy oddała go Dianie —Co się dzieje? — dopytała już mniej "entuzjastycznie" o kwestię Nocnych Łowców.
       Nie żeby była jakąś palaczką z zamiłowania, ale poczęstował ją jakiś całkiem przystojny gość zapewne, żeby im się lepiej rozmawiało, zdążyła jednak zamienić z nim może ze dwa słowa, kiedy wparowała Jaim, ze swoim "cześć". Na słowa dziewczyny brunetka zmarszczyła brwi z początku nie bardzo wiedząc o co jej chodzi, no i jeszcze zabrała jej fajkę. Mruknęła coś pod nosem, zdążyła bowiem zapomnieć o akcji, kiedy przyszło im zwiewać przed jakimś kolesiami, którzy postanowili urządzić siebie małe polowanie. - Skurwiel...? - wymruczała, bo jednak coś jej tam świtało. Mówisz o Jaredzie..? Czy jak mu tam było...? -Zgadywała jednocześnie odebrawszy od rudej papierosa, a wdząc, że juz za wiele z niego nie będzie, zgasiła go w popielniczce. Rozejrzała się po sali. - Polujemy na jakieś czarownice, czy coś w tym guście. Sama nie wiem dokładnie - westchnęła zgarniając z blatu swojego drinka i upiła łyk.
     — Wiesz, taki sukinsyn, co to go inaczej nie można nazwać niż urodzoną mendą. Gnój taki, co mu mamut na serce nadepnął. I nie dość, że je zmiażdżył to jeszcze skamieniałości zostawił. Ughhh!— była wyraźnie rozdrażniona. Opadła na kanapę na przeciwko Diany i oparła się głową o stolik mrucząc jeszcze całą wiązankę jakiś słów pod nosem, czego nie było wyraźnie słyszeć przez jej ramiona — ... zabiję! — zakończyła już wyraźniej i niechętnie uniosła wzrok mrużąc oczy — To zawsze tego nie robimy?
     Rozejrzała się po sali w poszukiwaniu Melissy, w końcu gdzieś się tu kręciła, tak samo jak i reszta. -Teoretycznie tak.. Ale pytaj Mel, ona zna szczegóły, ja piję drinka. Tobie też polecam zamówić.
     — Mel? — powtórzyła za nią, nie kojarząc nikogo o tym imieniu — eheee. Nie, dzięki. Szkoda mi kasy.
     - Melissa - powiedziała ilustrując spojrzeniem rudą. -Poznałaś ją ostatnio w Instytucie - wyjaśniła, chociaż szczerze powiedziawszy jakoś nie szczególnie jej zależało na tym czy Jaim sobie przypomni czy nie. Dopiła drinka i odepchnęła od siebie szklankę, po czym oparła się o oparcie kanapy. -W sumie jak mamy coś robić, to może lepiej, żebyś jednak była trzeźwa - mruknęła mając na uwadze skłonności rudej do ściagania na siebie wszelkiej maści kłopotów.
     Chodziła po tłocznym klubie w tę i z powrotem, sprawdzając nawet najmniejszy zakamarek sensorem. Wytropienie organizacji Czarowników, którzy bawili się czarną magią, znacznie utrudniało notoryczne wibrowanie urządzenia. Demonicznej energii było tu pełno. Na każdym kroku Eilodony zagadywały Przyziemnych, ale Melissa miała ważniejsze sprawy na głowie, aby integrować. Westchnęła teatralnie i spojrzała na sensor. Skupisko czerwonych kropek widniało w tym samym punkcie. Oparła się o ścianę i zaczęła po prostu obserwować, a nóż na coś natrafi. Tak też się stało. Podejrzane typki weszły do Klubu Requiem i zaczęły zmierzać na pierwsze piętro. Nocna Łowczyni wyciągnęła komórkę i napisała wiadomość do Nate’a. Przydadzą się posiłki. Zaczęła iść w stronę schodów, gdy jej spojrzenie przykuły dwie osoby siedzące na kanapie. – Diana. Jaimie. – Skinęła głową w geście przywitania. – Znalazłam ich. Są na piętrze. – Odruchowo wskazała na górę. – Idziecie? – Zapytała widząc szklanki.
     Wywróciła oczami na słowa Jaim, po czym przeniosła spojrzenie na Mel, która właśnie do nich podeszła. -Ich? Znaczy wiesz ilu ich jest czy idziemy w ciemno? -Zagadnęła zbierając się, żeby podnieść tyłek z kanapy.
     Zamyśliła się przez krótką chwilę. – Około dziesięciu. Prawdopodobnie przywołają demona, czy coś w tym stylu… - Założyła ręce na piersi. – Napisałam do Nate’a. Poczekajmy na posiłki, jest ich za dużo i na dodatek ta cała magia… - Wzdrygnęła się mimowolnie. Magia, tracenie nad czymś kontroli. Nie przepadała za Czarownikami. Potrafili wymazywać pamięć i podsuwać fałszywe wspomnienia. To co robili było nieludzkie.
     Jak zwykle będąc na mieście nie zabrała ze sobą broni. Schowała telefon do kieszeni i spojrzała na Mel. -Siadaj, to pewnie chwilę zajmie zanim wszyscy się ogarną, żeby tu dotrzeć - westchnęła po czym zerknęła jeszcze w kierunku baru zastanawiając się nad kolejnym drinkiem.
     Pierwsza akcja, nieźle. Właśnie dostała telefon od Diany, potrzebowali posiłków. Mówiła coś o jakimś klubie Requiem, o czarownikach. Tylko jak ona, na Anioła miała się tam dostać? Hmm, musiałaby teraz kogoś znaleźć. Wyszła na korytarz, nie za bardzo wiedząc od czego zacząć, gdy zobaczyła ciemnowłosego chłopka zmierzającego w stronę zbrojowni. - Hej, zaczekaj! - krzyknęła. - Hej! Do ciebie też pisali? - zawołała jeszcze raz. Poczuła wibracje i spojrzała na ekran smartphone'a; Diana prosiła o miecze.
       -Dziesięciu czarowników i demon? Wybornie - wymruczała nie kryjąc ironii, po czym wyciągnęła telefon i napisała smsa do Lenny. "Jeśli jesteś jeszcze w instytucie weź mi dwa miecze. "
     Przytaknęła i zajęła miejsce naprzeciwko Nocnych Łowczyń. Wyjęła swoją turkusową stelę i zaczęła kreślić runy, które mogłyby się przydać podczas konfrontacji. Zerknęła na Jaimie, gdy skończyła znak szybkości. Nie pałała do niej zbytnią sympatią. Dziewczyna miała ciężki charakter i całym swoim jestestwem odpychała ludzi. Mel mruknęła coś niezrozumiałego pod nosem i kontynuowała kreślenie run. Sama była zbyt ciekawska, więc może się jakoś z nią dogada.
     Zawiesiła spojrzenie na Mel, bo tak na dobra sprawę nawet nie znała planu działania. -Mamy ich sprzątnąć, unieszkodliwić obcinając im kilka kończyn, czy może ładnie poprosić, żeby przestali? -zagadnęła zerkając w kierunku schodów na piętro.
       Oderwała wzrok od znaku nieustraszoności. – Mamy ich unieszkodliwić, a potem stawią się przed radą i ona zadecyduje co z nimi zrobić. – Pierw oczywiście będą musieli stanąć przed Kai’em, jako, że on obejmował posadę przedstawiciela czarowników i jego głos będzie decydujący, ale uznała, że to nieistotna informacja dla misji. Nocni Łowcy zawsze dostawali najgorszą robotę.
    Miał kiepski dzień. Tak, pan Crow także je miewał. Zawalił ostatni wyścig, dojechał drugi, a za drugie miejsca niestety nie płacą. No cóż, Nate był tak uzależniony od wygranej, że ciężko mu było przełknąć ten fakt, tym ciężej, że przegrywał rzadko. Siedział w pokoju, usiłując dopasować choćby parę dźwięków do nowej kompozycji, jednak nawet gitara nie chciała z nim dziś współpracować. Kiedy dostał wiadomość od Melissy w pierwszej chwili chciał rzucić tylko jakąś kurwą i wyłączyć telefon, jednak w drugiej przez rozgoryczenie przebiła się świadomość, że Mel nie napisałaby do niego w błahej sprawie. Odchrząknął więc tę całą irytację życiem, przetarł zarośniętą mordę dłonią i opierając instrument z pokoju, wybył z pokoju by się przygotować. Tak naprawdę potrzebował tylko miecza i dwóch noży, choć nie wiedział czego powinien się spodziewać. Słysząc za sobą głos, którego nie rozpoznał, przystanął nagle w drodze do zbrojowni, by okręcić ciemny łeb w stronę nieznajomej i błysnąć rąbem kła jak złe psisko. Był to jedynie blady cień, przebłysk, bowiem już po chwili jego rysy ostygły. - Hę? - mruknął, zbyt zaintrygowany tym, że krzyczy do niego jakaś obca, by przetrawić od razu treść pytania. - Ach, tak. Też się wybierasz? - bardziej rzeczowo się chyba nie dało. Dostąpił dwa kroki, otwierając drzwi zbrojowni. - Jeśli tak to chwytaj to co potrzebne, podwiozę Cię, będzie szybciej. - no ale przedstawić się zapomniał, no cóż, jakoś nie myślał o tym, by nawiązać nową znajomość akurat teraz, kiedy trochę im się śpieszyło.
      - Ach... Pewnie jeszcze mamy obwiązać ich ładną czerwoną wstążeczką, i napisać specjalną dedykację dla rady - prychnęła pod nosem kpiąco. Powiedzmy, że jej nastawienie do "władzy" było delikatnie mówiąc trochę krytyczne. Z braku lepszego zajęcia wyciągnęła swoją granatową stelę i podciągnąwszy rękaw skórzanej kurtki zaczęła rysować sobie runę niewidzialności.
    Melissa uśmiechnęła się w jej stronę. – Najlepiej by było. –Schowała stelę do kieszeni, gdy skończyła ostatnią runę. – Mogą współpracować z Nocte Mones, których nie udało nam się namierzyć. – Mówiąc ‘nam’, miała na myśli Clave, do którego jeszcze nie należała. – Może uda się coś z nich wycisnąć. – Powiedziała i zaczęła związywać włosy, aby zbytnio nie przeszkadzały jej w walce.
      Noc wypluła motocykl razem z kierowcą aż pod klub, nie spotkawszy się z protestem. Trudno mu było opisać własne samopoczucie. Najchętniej wylazłby sobie na dach katedry i tam przesiedział tę noc. Taka wizja kreowała się w jego głowie, dopóki nie sięgnął po telefon i nie odczytał wieści od Melissy, którą zaraz skwitował cichym jękiem. Chyba się odrobinę ostatnio rozleniwił, grunt, że trzeba było się ruszyć z miejsca. Zaparkował więc maszynę w dogodnym miejscu i powlókł się do środka. I znów te przeklęte tłumy, naprawdę miał z tym problem. Wzrokiem wyłapał znajome sylwetki, więc nieprędkim krokiem ruszył w ich stronę, rozmasowując lewe ramię, które nosiło jeszcze ślady po prywatnych porachunkach. Przejechał pytającym spojrzeniem po dziewczynach, nie siląc się na powitania. Ależ z niego dusza towarzystwa.
      Chwyciła dwa noże dla Diany, sensor i parę sztyletów. No i jeszcze zapas strzał oraz czarodziejski pył. Spojrzała kątem oka na swojego towarzysza, który również wybierał broń. - Runy? - spytała szybko. Nie było nawet czasu by się przedstawić, ale znaki to podstawowa rzecz, a i tak musieli się śpieszyć. Lepiej, żeby zrobili to teraz.
      Spojrzała na podchodzącego do nich Seta, a widząc jego pytające spojrzenie, kiwnęła głową wskazując na Mel. -Jej pytaj, ja tu tylko sprzątam - wymruczała obciągając rękaw kurtki o podciągnęła teraz prawy, przełożyła stele w lewą rękę. Jak się postara to może nawet nie wyjdzie koślawo.
    Podążyła za spojrzeniem Diany. Skinęła głową w stronę Set’a. – Na pierwszym piętrze grupka czarowników bawi się czarną magią. Mamy ich powstrzymać, ale nie zabijać. Potem staną przed radą. – Wyjaśniła krótko i otaksowała chłopaka spojrzeniem.
    - Tak, dobrze by było. - przytaknął jej słowom, zapinając pas na biodrach. Do pochew doń przytroczonych wsunął dwa noże, natomiast miecz po prostu chwycił w dłoń. Stelę miał jak zwykle w kieszeni, choć nie zamierzał rysować run teraz. Głupio byłoby, gdyby naprzykład przez runę niewidzialności przyziemni na bruku pomyśleli, że jego samochód prowadzi się sam. Kiedy oboje byli gotowi, po prostu ruszył na korytarz, by chwycić po drodze swoją kurtkę i wyjść na zewnątrz, od razu kierując się na parking. Wiedział, że Lenny idzie za nim, zbytnio nie miała wyboru. Widząc, że dorównała do niego, uśmiechnął się nieznacznie, otwierając czarną bestię. Wsiadł do środka, miecz lokując za oparciem fotela. - Przed rozpoczęciem jazdy zapmnij pasy i wyposaż się w coś w co można narzygać, bowiem trasa ze mną może zagrażać Twojemu życiu lub zdrowiu. - wydeklamował, po czym spojrzał na nią. - Mówię poważnie, zapinaj pasy. - dodał ochryple, tonem jak zwykle nie znoszącym sprzeciwu, po czym odpalił silnik. Jego pomruk wypełnił wnętrze, by po chwili zamienić się w lubieżny warkot. Wycofał z parkingu, okręcił i wbił się w bramę. Na piskach włączyli się do ruchu.
    Posłała mu kpiący uśmieszek. Nie bała się szybkiej jazdy, wręcz przeciwnie, kochała adrenalinę. Pędzenie ulicami było wspaniałe, choć i tak przy takiej prędkości nie dało się raczej podziwiać widoków. W końcu zatrzymali się przed wielkim budynkiem z neonowym napisem "Klub Requiem". Wysiedli. - Dowiem się chociaż jak masz na imię? -zapytała gdy ruszyli w stronę drzwi.
    Uniósł brew, uważnie wysłuchując tłumaczeń Melissy. Jeśli miałby ustawiać, którzy Podziemni są najbardziej przez niego niepożądani, na pierwszym miejscu z pewnością znaleźliby się Czarownicy. Odnosił nieprzyjemne wrażenie, że nieustannie się puszą. Jednakże na tym się nie skończyło. Przetworzył zalecenia dziewczyny i mruknął z niezadowoleniem. "Powstrzymywanie" wiązało się z większą ilością czasu potrzebnego na ogarnięcie całej tej niesfornej hołoty. Poszarpał włosy palcami, mrużąc nieznacznie oczy.- Naprawdę, ja nie widzę nic złego w martwym Czarowniku. Dobry Podziemny, to martwy Podziemny.- Mruknął pod nosem, prędzej do siebie, niż do dziewczyn. Przesunął wzrokiem po klubie, szukając reszty. Był pewien, że zwołano jeszcze parę osób. Im więcej, tym lepiej.
      Kiedy gasił silnik, miał krótką chwilę aby zająć się osłoną. W tym celu ugryzł kluczyki od wozu i trzymając je w dziwnie zaostrzonych, białych jak mleko zębach po prostu wyciągnął stelę, by paroma wprawnymi pociągnięciami nakreślić sobie na przegubie runę niewidzialności. Wsunął stelę z powrotem do kieszeni, chwycił kluczyki dłoń i robiąc z nimi to samo po prostu chwycił miecz, wysiadając z wozu. Nawet go nie zamknął, no cóż, na to też nie było czasu. Nie przemyślał ruchu z wciśnięciem kluczyków do kieszeni. Trudno. Ktoś musiałby być szalony żeby zwijać samochód sprzed klubu przed którym kłębiło się pełno ludzi. Idąc krok w krok z Lenny, zerknął na nią, odruchowo otwierając przed nią drzwi. To siedziało tak głęboko w jego umyśle, że nawet nie zdawał sobie sprawy, że to robi. Pytała o imię. - Nathaniel. Ale wolałbym Nate. - odpowiedział, a wtem jego wzrok zagłębił się między rozgrzane, wijące się w tańcu sylwetki. Wyłapał jakimś cudem znajome twarze i przedarł się do nich.
    W tym samym momencie zobaczyli grupę Nefilim z Instytutu i czym prędzej podeszli. - Masz. - rzuciła miecze Dianie i zaczęła kreślić runy. - To jaki jest plan? - spytała.
      Dokończyła rysować runę równowagi, a słysząc słowa Seta uśmiechnęła się pod nosem. W tym przypadku w pełni podzielała jego poglądy. Dużo łatwiej było by ich po prostu zabić i nie zawracać sobie głowy duperelami takimi jak dostarczenie tych pseudo czarowników do rady. Prychnęła na samą myśl, że w tym momencie pełnią rolę sługusów Clave. Spojrzała jeszcze krytycznie na runę, wyszła trochę koślawo, ale rysowała ją lewą ręką. Cóż.. musi tak zostać. Zmarszczyła lekko nos, po czym obciągnęła rękaw kurtki i schowała stelę do kieszeni. W tym momencie usłyszała znajomy głos, uniosła wzrok, żeby zobaczyć jak lecą w jej stronę dwa miecze. Przechwyciła, po czym podnosiła się z kanapy. -Dzięki - wymruczała do Lenny, po czym przeniosła spojrzenie błyszczących oczu na Nate'a, delikatnie się uśmiechnęła. -Cześć - rzuciła w jego kierunku mimowolnie oblizując dolną wargę, po czym wróciła spojrzeniem hebanowych oczu do Lenny. -Mamy ich złapać i unieszkodliwić, ale nie zabić - odparła na pytanie dziewczyny, marszcząc lekko nos w wyrazie niejakiego niezadowolenia.
     - Eh... takie małe pytanko rozpoznawcze, to zadanie od Clave czy sami coś złapaliście?
     Mimowolnie uśmiechnęła się po słowach Set’a. – Zdecydowanie, ale Clave ma inne poglądy… - Gdyby nie wykonali dokładnie tego co nakazali, sami zostaliby ukarani. Melisse potraktowaliby łagodniej, bo nie była jeszcze pełnoletnia, ale Set’owi i Dianie mocno by się oberwało. Sama nie darzyła wielką sympatią Czarowników, nienawidziła ich. Spojrzała w stronę nowo przybyłych. – Cześć Lenny. – Rozpoznała dziewczynę. Miała nadzieję, że jej rany po walce z Mrocznymi już się zagoiły. Przerzuciła wzrok na Nate’a i skinęła mu głową. – Na górze jest banda Czarowników, którzy bawią się czarną magią. Mamy ich powstrzymać od narobienia głupstw, ale nie zabijać. – Powtórzyła jeszcze raz i westchnęła donośnie. Wyjęła sztylet i aktywowała go. – Gotowi? – Spojrzała na nich i zaczęła wchodzić na pierwsze piętro.
     Wprawnym ruchem ściągnęła z ostrzy pochwy odrzucając je na kanapę. Trzymając za rękojeści ważyła miecze, chcąc sprawdzić jak leżą w dłoniach. Nie należały do niej, były odrobinę cięższe, ale to chyba nie powinno robić aż tak wielkiej różnicy, walczyła już nie raz cięższą broną. Skinęła głową w stronę Melissy, po czym ruszyła do schodów i nimi na górę.
     Na widok Diany z mieczami błysnął zadziornie rąbem kła, rozciągając wargi w typowym dla siebie, wyuzdanym uśmiechu. Nie zamierzał zacząć się zamartwiać ani niepokoić, wręcz przeciwnie, od jakiegoś czasu chciał zobaczyć ją w akcji, a teraz będzie miał okazję. Oblizał bezczelnie wargi, odwracając ciemny łeb w stronę Melissy, która właśnie pofatygowała się z nakreśleniem mu sytuacji. Wyjątkowo nie otwierał dziś gęby, tylko skinął podbródkiem na jej słowa rzucając okiem w stronę schodów, a potem skupiając płonące dziwną agresją ślepia na Lenny. O tak, popierał ją w stu procentach. Będzie mógł wyżyć się na tych czarodziejskich ścierwach, cudownie! Ruszył z tyłu, za grupą.
     Samochód mknął przed siebie. Co chwilę dziewczyna zerkała na telefon i sprawdzała sms od Mel. Odgarnęła z twarzy kosmyk włosów.- Jim możesz szybciej?- zapytała nerwowo stukając palcami o kolano. Kierowca, którym był jej stary, dobry przyjaciel, wzruszył ramionami- to nie moja wina, nie jesteśmy sami na ulicy-uśmiechnął się. Przewróciła oczami, czemu nie mogła przejść portalem? Jedyny czarownik w mieście był zajęty i mógł dopiero przyjść za godzinę. Znów popatrzyła na wyświetlacz telefonu. Wiadomość od Mel bardzo ją zmartwiła. Spojrzała za okno - to tu- wskazała tak dobrze sobie znany klub. Jim spojrzał na nią niepewnie, ale i z troską w oczach- na pewno sobie poradzisz?- Lizz pokiwała głową- o mnie się nie martw- chłopak zaparkował auto. Pocałowała go w policzek i wyszła. Po chwili białowłosa znalazła się w budynku. Rozejrzała się, szukając znajomych twarzy.
     Wypatrzyła w tłumie specyficzny dla jednej osoby kolor włosów. – Lizzy! – Krzyknęła. Oczywiście, żaden z Przyziemnych jej nie usłyszał i nie zobaczył. Jedyna zaleta runy niewidzialności. Dziewczyna po chwili do nich dołączyła. Wszyscy weszli na górę. Melissa bezszelestnie stąpała stopniach, tym samym podrzucając sztylety w dłoni, ważąc na ile są warte. Nie mogła doczekać się walki. Chciała poczuć adrenalinę, której od dawna jej brakowało. Przystanęła i delikatnie wyjrzała zza ściany. Dziesięciu Czarowników siedziało w kręgu po turecku i mówiło jakieś zaklęcie, a pentagram jarzył się delikatną poświatą, która wzmacniała się wraz z nabywającymi słowami. Melissa dała sygnał reszcie i zaczęła się walka.
     Cóż.. Dianie nie podobał się jedynie fakt, że mieli wziąć ich żywcem. Serio. Jak się bawić to na całego, prawda? Wchodząc na górę szybko omiotła spojrzeniem pomieszczenie, kiedy Melissa wkroczyła, a za nią reszta łowców. Czarownicy przerwali podrywając się z podłogi niczym wystraszone dzieci. Diana upatrzyła sobie jednego, który zdarzył poderwać jakiś sztylet z podłogi, obróciła miecze w dłoniach tak na zachętę, tym samym dając przeciwnikowi do zrozumienia, że chyba zbyt wiele z niego nie zostanie. Ruszyła na mężczyznę doskakując do niego, ostatecznie blokując jednym z mieczy potencjalne cięcie i obrotem wymijając przeciwnika, aby móc znaleźć się krok za nim i tym samym przyrżnąć mu rękojeścią w kark, w normalnych warunkach jego głowa już turlałaby się po podłodze. Chłopak nieco ogłuszony upadł podłogę. W tym czasie kątem oka dostrzegła jak kolejny czarownik zamachnął się na nią jakąś metalowym prętem, może to był łom.. Zablokowała cios jednym z mieczy i odepchnęła go, żeby za chwilę móc sprzedać przeciwnikowi kopniaka w brzuch. Nie przewrócił się, ale cofnął się kilka kroków.
     Jak widać nie wyszła z wprawy, bo już pierwsza jej strzała pozbawiła ruchu jednego z tych najwyraźniej nie udanych dzieci Lilith. Adrenalina krążyła w jej żyłach domagając się wrażeń. - Nic z tego, cholero! - krzyknęła do najbliższego czarownika który próbował się wykraść. Postanowiła wykorzystać jeden z jej ulubionych tricków. Tym razem wyciągnęła dwie, nie jedną strzałę z kołczanu i posłała je jednocześnie pod różnym kątem tak, że przyszpiliły ręce Podziemnego do ściany. Tego chcą? Pokaże Clave na co ją stać! Wykaże się! Chwyciła i nałożyła na cięciwę kolejną strzałę, mierząc nią w serce uwięzionego czarownika.
      Właśnie, fakt że ścierwa miały być żywe wszystko komplikował. Zdecydowanie łatwiej było ich wszystkich pozabijać i wynieść w czarnych workach, niż utrzymać przy życiu. Ale Clave to Clave, oni wiedzą lepiej. Brunet aż zazgrzytał zębami w duchu, żałując że jest jednym z nielicznych, który najchętniej zrównałby Radę z ziemią. Nie pojmował sensu jej istnienia. Nienawidził zwierzchnictwa, ale będąc Nocnym Łowcą musiał nauczyć się je akceptować. Praca jak każda inna, z tym że nie płatna. Wracając. Kiedy wszyscy przyczaili się za tą nieszczęsną ścianą, westchnął zniecierpliwiony, chwytając mocniej rękojeść miecza, by dać nadgarstkowi lepsze oparcie i tym samym ustabilizować klingę. Nawet nie wiedzieli czy Czarownicy są uzbrojeni, a jeśli są, to w jakim stopniu (wykluczając tę ich zabawną magię). Trudno. Poradzą sobie bez tego. Nathaniel postanowił odciąć im ewentualną drogę ucieczki, to jest schody najbliższe schody. Uciekinierami okazali się być dwaj dość młodzi chłopcy, którzy chyba zaczynali się wdrażać, jednak Nathaniel nie miał litości dla nikogo. Występując przeciw nieuzbrojonym chłystkom, wydał dwa płaskie cięcia. Straszaki śmignęły przed brzuchami czarowników, którzy cofając się w popłochu wpadli na ścianę, oddzielając się jednocześnie od swoich towarzyszy. Brunet zachrypiał coś z rozbawieniem, a wsparty runą szybkości dostąpił do nich, chwycił w łapy ich głowy i zderzył jednego z drugim na tyle mocno, by pozbawić ich przytomności, jednak nie na tyle by rozłupać im czaszki. Gdy ciała runęły na posadzkę, Nate znów chwycił miecz i spinając grzbiet w gotowości do reakcji rozejrzał się po walczących, by rozeznać się w sytuacji. Puszczono strzały, kto do cholery wziął ze sobą łuk? Zlokalizował Lenny. Wszystko działo się tak szybko, że musiał uważać, aby ktoś przypadkiem nie zaszedł go od strony pleców, tudzież z boku. Warknął coś pod nosem. Postanowienia to postanowienia. Dostałby po dupie, gdyby okazało się, że nie zrobił nic, kiedy ktoś zabijał, choć było jasno postanowione, że ma się obyć bez ofiar śmiertelnych. Chwycił nóż, obrócił go w palcach dla lepszej kalibracji i wycelował w Lenny. Pchnął ostrze do lotu, a to gwizdnęło tuż przed nosem rozbujanej łowczyni i wbiło się w ścianę za nią. Miał nadzieję ściągnąć tym na siebie jej uwagę. - Miało być bez rozlewu krwi! - ryknął. Musiał, inaczej jego głos nie przedarłby się przez ścianę muzyki i odgłosy walki. Cholera, co za brak synchronizacji. Nie ma to jak działać przeciw własnej grupie, bo był niemal pewien, że poza nim zareagują jeszcze Lizz i Melissa. Powinni zajmować się walką, a nie upominaniem jednostki, toteż Nefilim spojrzał znów w stronę schodów. Puste, świetnie. Więc pozostało starcie. Nie musiał długo czekać, bowiem w przeciągu sekundy, może dwóch po przepłynięciu tej myśli został zaatakowany. Sparował cięcie z góry. Klinga przeciwnika oparła się o jego miecz. Podparł ostrze gołą dłonią, odpychając czarownika w tył na dobre parę kroków. Wykonał kontratak.
      Już prawie wypuściła strzałę, gdy usłyszała świst noża tuż nad swoim uchem. Opuściła łuk, patrząc niewidzącymi, zamglonymi od adrenaliny oczami na Nate'a, który na nią wrzeszczał. Co się do cholery z nią działo?! Miała wrażenie, że cała ta sytuacja została zaplanowana żeby ją sprowokować. Przecież zawsze była idealna, więc co jest nie tak?! Powinna nad sobą panować, a tu co? Ona daję się wciągnąć w te gierki. Gdyby one chociaż były fair, ale przecież tylko ona, jako jedyna ze wszystkich postąpiła o krok za daleko. Spodziewała by się tego po każdym, ale nie po sobie. No bo od kiedy ONA miała w nosie prawo? Albo odnosiła się do niego z taką rezerwą? Chyba odkąd nie było z nią Blessie... I w tym momencie zauważyła jak jeden z Podziemnych prawie unieszkodliwił Nate'a. "Prawie", bo zdążyła posłać strzałę, w jego ramię, a on bez większych obrażeń upadł na podłogę. Następnie sama osunęła się po ścianie na ziemię.
     Melissa raz po raz blokowała ciosy swoimi ostrzami. Dwójka czarowników, atakowała ją z obu stron, dając krótkie chwile do obmyślenia jakiejś strategii. W większości zdała się na swój instynkt. Adrenalina zaczęła krążyć w jej żyłach, wyostrzając każdy jej zmysł. Walka bez zabijania była ciężka. Nie wiedziała jaki jest jej limit, a chciała odebrać życie paru istnieniom i ciężko było jej się powstrzymać, gdy nadarzała się idealna okazja do zatopienia ostrza w ciało przeciwnika. Odparowała cios czarownika, który wyglądał na młodszego od niej, jednak wiedziała swoje. Musiał mieć z jakieś sto lat, ale przestał starzeć się w wieku jedenastu. Ich ostrza zetknęły się, wydając przy tym specyficzny dźwięk. Odepchnęła go kopnięciem w brzuch. Chłopiec zachwiał się, ale utrzymał równowagę i rzucił w jej stronę jakieś zaklęcie. Melissa ledwo go uniknęła, bo musiała odpowiedzieć na cios z lewej, ale kula światła rozwaliła schody. Teraz zapewne Podziemni zainteresują się wydarzeniami na pierwszym piętrze. Zerknęła na resztę. Nate świetnie dawał sobie radę, jak to zresztą on, walczył za trzech. Wytrzeszczyła oczy z niedowierzaniem, gdy zobaczyła jak Lenny celuje w serce czarownika. Czyżby zapomniała o tym istotnym punkcie, że mają ich dostarczyć żywych? Melissa już miała zareagować, ale Nate ją ubiegł. Odetchnęła z ulgą i powróciła spojrzeniem do swoich przeciwników, którzy nacierali na nią, zmuszając do wycofania się w tył, ku wielkiemu witrażowi. Nie miała zbytniego wyboru. Gdyby jakoś tego uniknęła, to natknęłaby się na kolejnych czarowników. Uderzyła głowicą sztyletu jednego chłopaka w głowę, a ten runął nieprzytomny na ziemię. Obróciła się, ale za wolno, aby odparować ostrze, które było tuż przy niej.
     Słysząc wrzaśnięcie Nate'a instynktownie obróciła się żeby sprawdzić co się dzieje. Lenny, łuk, strzały. Ta krótka chwila nieuwagi wystarczyła jednak, żeby czarownik, z którym walczyła zamachnął sie ponowne, a ona nie zdążyła przyjąć obronnej pozycji, skutkiem czego zarobiła metalowym prętem po żebrach. Syknęła z bólu, powstrzymując się jednak przed zgięciem, przy czym tym samym blokując mieczem kolejny cios. Odepchnęła przeciwnika, a oczy zabłyszczały jej gniewnie i niebezpiecznie. Zamachnęła się raz tnąc mężczyźnie policzek, drugi raz ramię, a za trzecim udo. Zaczął się cofać, więc wpadła na niego z całym impetem uderzając go w twarz rękojeścią miecza. Czarownik osunął się na ziemię. Ból zaczynał promieniować z uderzonych dwóch żeber na cały bok. Skrzywiła się. Obróciła omiatając spojrzeniem salę. Ten, którego ogłuszyła wcześniej właśnie zaczynał zbierać się z czworaka, żeby wstać. Zaklęła pod nosem. Same problemy, jakby nie można było ich po prostu zabić. Stał do niej tyłem więc doskoczyła do niego, sprzedając mu kopniaka nad łydką, tym samym ponownie powalając go na kolana. Uderzyła głowicą miecza między łopatki, przez co mężczyzna upadł twarzą do podłogi. -Leż tu - warknęła nad nim przez zęby.
    Ściągnął lekko brwi i jeszcze raz przeczytał stronę. Od paru minut siedział nad starym manuskryptem, ale nie mógł rozpoznać w jakim języku został napisany. Delikatnie dotknął opuszkami palców znaczki, starając się zapamiętać ich pisownię. Westchnął. Żałował, że nie istnieje jakieś zaklęcie na szyfry i w tym wypadku musiał udać się do specjalisty. Czas upomnieć się o spłacenie długu u pewnej Faerie. Nagle, poczuł wibracje rozchodzące się po całym stole. Niechętnie oderwał się od bogato ilustrowanych stronic i spojrzał na swój telefon. Jedna nowa wiadomość. Szybko ją przeczytał, zapamiętując tylko najważniejsze informacje, bo treść była dość rozległa. Chodziło o czarowników, na których padło podejrzenie współpracy z Nocte Mones. Zapewne, to kolejni głupcy bawiący się czarną magią, ale gdyby nie chodziło o zabicie ich, Nocni Łowcy nie kazaliby mu natychmiast przyjechać do Klubu Requiem. Zatem, czekała go jeszcze egzekucja. Zerknął na siedzącego parę metrów dalej swojego współlokatora. – Gabryś zbieraj się. – Rzucił i odłożył manuskrypt na miejsce. Wszedł do holu i zgarnął bluzę, zakładając ją w biegu.
     Spędzanie popołudni nad książkami w domowej bibliotece było całkiem przyjemnym zajęciem, szczególnie, że samo to miejsce było bardziej przyjazne niż połowa z tych, w których robił to dotychczas. Zerknął na Kaia, gdy ten czytał wiadomość, już czując, że spokój zostanie zepsuty. I nie pomylił się. Wywrócił oczyma, odsuwając książki, które studiował, i przetarł oczy, by zaraz potem pobiec do holu, zarzucając na siebie marynarkę. - Dokąd? - rzucił, wychodząc razem z nim szybkim krokiem przed dom. Rozległ się szum, gdy energicznie rozłożył skrzydła. - Zanieść cię? - dodał od razu, krytycznie podchodząc do pomysłu podróży po ziemi.
     Yen wyszła z instytutu tak jak poprzednio uzbrojona w bicz i parę sztyletów. Znowu mieli walczyć ze zbuntowanymi czarownikami. Tym razem nie wiedziała jaki skład będzie w jej "drużynie", ale czarowników na pewno będzie więcej i nie będzie łatwo. Gdy była już przed budynkiem wyjęła telefon i napisała do Kaia. Przekazała mu ogólną sytuację z dopiską, że jego obecność byłaby miłe widziana. Może by przy okazji zabrał ze sobą tego nowego czarownika który mieszkał z nim w jego rezydencji. Zanim weszła do klubu nałożyła na siebie runę niewidzialności. Przedzierała się przez tłumy ludzi śmierdzących mieszanką potu i perfum. Znalazła boczne schody ponieważ, gdy zobaczyła jak wyglądają te główne zrezygnowała z próby wejścia nimi. Na piętrze usłyszała dźwięk uderzanych o sobie mieczy i pojedyncze krzyki. Żeby przyjaciele ją widzieli starła runę i stanęła w drzwiach. Rozejrzała się i ogarnęła wzrokiem, gdzie jest Mel i reszta z instytutu. Gdy zobaczyła dziewczynę oczy wyszły jej z orbit. Umięśniony czarownik zamierzał właśnie zadać jej ostateczny cios. Wyjęła spod klapy kurtki sztylet i w biegu rzuciła nim we wroga. Podała rękę parabatai i podciągnęła ją do góry. Stały tyłem do siebie i sparowały ataki mężczyzn. Yen rzuciła dwoma sztyletami przekładając bicz do drugiej ręki. Jednym trafiła ale z kolejnym nie miała tyle szczęścia. Chybiła i czarownik zdążył ją podejść. Mimo iż przełożyła broń do prawej ręki on miał przewagę i Yen powoli cofała się do okna. Nagle poczuła na plecach kawałki szkła z okna. Głośny trzask rozległ się po pomieszczeniu i wskoczyli do niego wezwani o pomoc Kai i Gabriel.
     Rebecca biegła najszybciej jak potrafiła. Sztylet wbijał się lekko uwierał ją w nogę. Gdy dotarła na miejsce ujrzała istny chaos. Usłyszała trzask coś w sumie jak strzaskane okno. Pobiegła do miejsca skąd usłyszała dźwięk. Zauważyła Nocnych Łowców z instytutu i kilku czarowników. Oprócz tego roztrzaskane okno. Ostrze w mgnieniu oka zmieniło kierunek i drasnęło ją tylko w ramię. Mimowolnie skrzywiła się, ale chwyciła miecz pewniej i podniosła się z ziemi. Potem nakreśli sobie runę uzdrawiającą, teraz liczyła się tylko walka.
      Zostało jeszcze pięciu mężczyzn do pokonania, ale Nocni Łowcy nie tracili zapału. Nate wykonywał dobrze przemyślane sekwencje ruchowe, tak, że nie sposób było przewidzieć jego zamiarów. Po uśmiechu na jego twarzy, można by sądzić, że jest w swoim żywiole. Marlene siedziała wsparta o ścianę, a głowa zwisała jej bezwładnie. Kącik ust Melissy powędrował do góry. Nadmiar wrażeń dla nowej Nefilim. Wszystkie atrakcje spotkała poza Idrysem. Reszta radziła sobie równie dobrze. Dziewczyna przeniosła spojrzenie na swojego napastnika. Czarownik leżał pokonany na ziemi. Żył, ale najwyraźniej nie miał zamiaru wstawiać i jeszcze bardziej ryzykować swojego stanu zdrowotnego dla dobra sprawy. – Dzięki za pomoc, ale jakoś sobie radziłam. – Mruknęła w stronę Yen i Becky. – Próbują uciec, zagrodźcie im… - Urwała, gdyż witraż, za którym stała został rozbity, a odłamki kolorowego szkła wbiły się w niektórych mieszańców. Melissa spojrzała na nowo przybyłych. Kai i Gabriel, we własnej osobie oraz ich wielkie wejście. Kto ich tu zaprosił? Mimowolnie pomyślała o Yennefer.
     Oczywiście, że zgodził się na propozycję Gabriela, nie umilało mu się iść na piechotę do Klubu Requiem, który znajdował się po drugiej części miasta. Czasem Kai uważał, że jemu przyjacielowi trafił się bardziej praktyczny spadek po rodzicu. Dość szybko dotarli do celu i rozbili witraż. Kolorowe szkło pękło w drobny mak. Znaleźli się w środku i szybko ocenili sytuację. Oboje przyszli nieuzbrojeni, ale zawsze zostawała im magia. Sześciu czarowników leżało nieprzytomnych lub mocno poszkodowanych na podłodze. Zatem odbędzie się egzekucja. Kai odnalazł wzrokiem Yennefer i błyskawicznie się przy niej znalazł, widząc jak jakiś czarownik stara się wbić jej sztylet w serce. Wytrącił mu broń z ręki i po chwili już leżał na ziemi. – Znowu pakujesz się w kłopoty? – Z uśmiechem podał rękę Yen.
     Rozejrzał się krytycznie po miejscu, otrzepując ubranie z witrażowego pyłu. Kto normalny w klubie wstawiał witraże? Gabrysiowa dezaprobata rosła z każdą chwilą. - Miło byłoby wiedzieć, co w ogóle się tutaj dzieje, ale mam wrażenie, że to pytanie na potem - stwierdził krytycznie, przyzywając swój ulubiony pistolet, chociaż na razie nie miał zamiaru go używać. Zamiast tego, podążył wzrokiem za Kaiem i jego ukochaną (ten fakt nie przestawał go jeszcze zadziwiać), a potem spojrzał na drzwi, które właśnie miały komuś posłużyć za ucieczkę. - Nie ma mowy - rzucił prawie uroczo, uśmiechając się kątem ust i strzelając bogu ducha winnemu (albo i nie tylko ducha) uciekinierowi w łydkę, tym samym powalając go na ziemię. Jego krzyk rozdarł ciszę, a Gabryś z dobroci serca rzucił na całą ścianę, z drzwiami włącznie zaklęcie pieczętujące. To się robiło prawie ciekawe, więc nikt nie powinien wychodzić przed czasem.
      Hawkins zagubiła się już zaraz potem jak wraz z resztą Nocnych Łowców wspięli się na schody. Nie była zainteresowana zadaniem zleconym przez Clave. Wycofała się ukradkiem, rozglądając się po piętrze. Niezbyt długo. Już niedługo potem słychać było łupnięcie czarów, rozwalanie jedynej jej drogi taktycznego zwrotu (schodów) i strzały z pistoletu. Jas syknęła pod nosem, kierując się do żródła największego hałasu. Ledwie się ruszyła, a obcy jej mężczyzna, który (jakże po dżentelmeńsku otworzył jej drzwi z drugiej strony), zaraz padł przed nią trupem (już nie tak bardzo kulturalnie, bo warto wspomnieć, ze zabrudził jej buty). Z niemałym zniesmaczeniem zauważyła jednak, że trup nie do końca był trupem, a jedynie rannym w łydkę. — Ja pierdolę... — nawet nie pytała co tu się dzieje, bo zaraz potem dostała od jakiegoś kolejnego uciekiniera w twarz, skoro stała mu na drodze. Nie zdążyła odskoczyć, owszem, ale udało jej się zatrzymać przeciwnika, cisnąwszy w jego stronę serafickim sztyletem, który przeleciał mu obok ucha i... odbił się od ściany. Chyba nie taki był jego cel. Pomijając fakt, że rzucanie serafickimi ostrzami w ogóle od samego początku było głupim pomysłem.
      Wyprostowała się akurat w porę, żeby zobaczyć jak witraż się rozsypuje, a Kai i jakiś inny czarownik wpadają przez okno. Ona tu sprzątać nie będzie. Rozejrzała się szybko, na wszelki wypadek oglądając jeszcze za siebie czy gość od pręta nie zapragnął znów jej przywalić. Na szczęście jednak nie, leżał pod ścianą i dobrze. O i Jaim się znalazła. Przeleciało Dianie przez myśl, że trzeba na wszelki wypadek uważać na rudą. Dobra jeszcze trzech czarowników na nogach. Doskoczyła do jednego, który właśnie wybił jedno z okien i w ten oto sposób zapragnął opuścić lokal. Odrzuciła na bok jeden z trzymanych mieczy i wolną dłonią złapała delikwenta za bety odciągając go od okna, żeby za chwilę pchnąć go z całej siły na ścianę obok, tym samym rozwalając mu nos. Obróciła go, przywaliła głowicą miecza w przeponę, a gdy się zgiął w pół nie mogąc złapać oddechu przyrżnęła mu jeszcze z kolanka. Mężczyzna upadł na ziemię i zwinął się w kłębek. -Wystarczająco unieszkodliwiony - mruknęła krzywiąc się bo bok nieznośnie pulsował. Zgarnęła z podłogi swój miecz i rozejrzała się, sytuacja była prawie opanowana.
      Zilustrowała wzrokiem pomieszczenie. Okna zostały powybijane, na podłodze dało zobaczyć się ślady krwi, a zniszczone schody utrudniały ucieczkę, ale i dostanie się na pierwsze piętro. Miała nadzieję, że ubezpieczenie klubu pokrywa zniszczenia dokonane podczas walki z czarownikami bawiącymi się czarną magią. Clave jakoś ich usprawiedliwi, a zostanie jeszcze przesłuchanie świadków w Instytucie, póki ich nie zgarną. Melissa chwyciła pewniej miecz i ruszyła pomóc innym. Zostało tylko trzech przeciwników, z którymi walczyła Diana, Jasmine i Nate. Nie umknęło jej, że Set i Lenny się gdzieś zmyli. Westchnęła i schowała miecz. Nie będzie jej zbytnio potrzebny, skoro wszyscy czarownicy byli albo nieprzytomni, albo mocno poszkodowani i nieuzbrojeni. Jak oni mieli ich przenieść do Instytutu? Ciężarówką? I te miny przechodniów, gdy zobaczą, że ‘trupy’ same latają, bo przecież mieli runy niewidzialności, a gdyby się ich pozbyli, znaleźliby się na policji. Szturchnęła nogą jednego czarownika, który wydał cichy jęk.
      Chodził od jednego do drugiego czarownika zakładając im ‘magiczne’ kajdanki, które blokowały ich moc. Zostało tylko dwóch na nogach, którzy pogodzili się ze swoją porażką i z łatwością dawali wygrać Nefilim. Kai pokręcił z rezygnacją głową. Tak łatwo się poddać… Możliwe, że ktoś dał im znać, aby się wycofali. Zostawił wijących się w bólu czarowników na podłodze i podszedł bliżej pentagramu, który wyrył się w podłodze. Wyglądał na zwykły, ale biła od niego potęga. Musieli przywoływać jakiegoś silnego demona. Kucnął i dotknął okręgu. Popiół. Spojrzał na swoich towarzyszy i odnalazł wzrokiem Gabriela. – Chodź na chwilę. – Powiedział. Nie chciał zwracać się do niego po imieniu. Jeszcze pokonani rzuciliby na nich klątwę, czy coś w tym stylu. – Też to czujesz? – Zapytał, gdy jego przyjaciel podszedł bliżej. – Jakby coś chciało nagiąć twoją wolę do swojej. Przyzywali kogoś z Edomu? – Była to niezwykle trudna sztuka, wymagająca dużej liczby osób, a przywołane demony zwykle uciekały i zabijały zgromadzonych, następnie rozsiewając postrach w mieście.
     - Jakbym nie musiał, to bym do tego nie podchodził. Jestem gotów się o to założyć, że nie minęłoby wiele czasu, jakbyśmy mieli na głowie wesołą rodzinkę - stwierdził krytycznie, kucając obok. Przyjrzał się uważnie runom, przejeżdżając po nich palcami, starając się je zapamiętać kawałek po kawałku. - Ta formuła mi tutaj nie pasuje, przyjrzyj się. To chyba ona odpowiada za ten efekt, ale wolałbym to sprawdzić. Z tym, że raczej w nieco mniej... polowych warunkach - podsumował, wymownie rozglądając się po okolicy. Sięgnął do kieszeni po jakiś papier, by na spokojnie przerysować pentagram, doskonale wiedząc, co zrobić, by nic niepowołanego nie przywołało mu się w kieszeni w kontakcie z jego własną mocą. - Pomijając fakt, że jest ich tutaj za mało na coś takiego. Chyba, że ktoś z nich tamuje swoją moc inaczej, niż amuletami... Ich poziom mocy jest za mały, by nad tym zapanować - dodał, nie podnosząc wzroku. O tyle wie, co mówi, że każdy amulet wyczułby już z daleka.
      Jak się okazało, kiedy Jaimie próbowała włączyć się do walki, było już po wszystkim. Rozmasowała sobie szczękę, podchodząc do Diany. Czy to nie śmieszne, że w większych zgromadzeniach Nocnych Łowców, zawsze obrywało jej się po twarzy? Przystanęła obok swojej parabatai, patrząc na nią jakby ta mogła znać odpowiedź na jej myśli. Ostatecnie jednak splorłta ręce na piersi i przerzuciła wzrok na czarnwoników. Nie mogła się powstrzymać od otwarcie zadanego pytania: — Co do cholery? — nie bardzo rozumiała ten dziwny żargon. Zmarszczyła brwi, jakby to miało jej pomóc w interpretacji dopiero usłyszanych słów. — To nie miejsce dla mnie — westchnęła w końcu, ze zrezygnowaniem obracając się i wyminęła Dianę, masując się po dalej zbolałej szczęce i przecierając, jakże konsekwentnie, pękniętą wargę, opuszką palca. Zaraz potem przystanęła przy ścianie z dala od reszty, obserwując wszystko z dystansu. Przygryzła wargę ssąc sączącą się z niej krew w zamyśleniu.
      Diana już dawno stwierdziła, że Jaim chyba po prostu  bardzo lubi obrywać po twarzy. Nawet złożyła jej pewną propozycję, ale  skoro dziewczyna nie chciała skorzystać, to nie. Gdy Jaim do niej  podeszła brunetka zlustrowała ją spojrzeniem i zmarszczyła brwi widząc  po raz kolejny rozwaloną wargę swojej parabatai. Słysząc teraz jednak  czarowników przerzuciła na nich swoje spojrzenie, przy okazji wpatrując się w pentagram na podłodze. Nie przepadała za magią i również za bardzo nie wiedziała, co tych dwóch tam spiskuje. Skrzywiła, się po czym obróciła rozglądając po sali, no tak. Ciekawe jak oni ich pozbierają i czym gdziekolwiek dowiozą. Spróbowała się dotknąć do bolącego boku, ale zaraz się skrzywiła. Nie to nie był dobry pomysł. Słysząc Jaim podążyła za nią spojrzeniem ciemnych oczu. -Jaim marudzisz. Udało Ci się kogoś skutecznie obezwładnić, zaliczmy to do listy twoich sukcesów - rzuciła w kierunku dziewczyny, starając się jednocześnie, żeby ruda nie odebrała tego przypadkiem jako sarkazm.
      Obserwowała wszystkich bez szczególnego entuzjazmu i uśmiechnęła się kwaśno na słowa Diany. Nie skomentowała ich. Wzruszyła beznamiętnie ramionami jakby ją to obeszło. Przyłożyła dłoń ponownie do rozciętej wargi, czując pod palcem opuchliznę. Westchnęła ciężko, odpychając się od ściany zniecierpliwiona — Już? Możemy iść? — spytała bez cienia zrozumienia dla spraw Clave. Zgrabnie przeskoczyła nad kilkoma obezwładnionymi ciałami, dochodząc do pentagramu. — Jak dla mnie to wygląda na skomplikowaną sprawę — mruknęła pod nosem obracając się plecami do czarodziei — Dajmy to załatwić profesjonalistom, Di. Moje logiczne myślenie dopisz do mojej wielkiej listy sukcesów — rzuciła z przekąsem, posyłając jej bardzo drwiący uśmiech.
      Ostatni czarownik zdołał na tyle rozeźlić Nate'a, że ten w ostatnim upuście złości wytrącił mu miecz z dłoni. Klinga zadygotała na zrujnowanym trotuarze wybrzmiewając ostatnią, mało chwalebną pieśń. Nie było nic bardziej wkurwiającego od zabawy w nieuśmiercanie, a że Nathaniel nigdy cierpliwością nie grzeszył sapnął pod nosem, błyszczącym ostrzem zapędzając czarownika w kąt. Ten pochłonięty unikaniem wściekłych lecz zdystansowanych cięć nie miał nawet czasu, by rzucić zaklęcie. Kiedy brunetowi udało się zakleszczyć Podziemnego między sobą, a rogiem, rzucił miecz na ziemię i wymierzył potężny sierp prosto w splot. Zatrzymał na chwilę układ oddechowy przeciwnika, miał nadzieję że nie będzie to zbyt długa chwila, z resztą, zrobił to pod wpływem impulsu i tak na prawdę mało go to wszystko obchodziło. Był już trochę zmęczony. Gdy ciało z głuchym łoskotem runęło na podłogę, mocno wciągnął powietrze w płuca i omiótł zrujnowane pomieszczenie pociemniałym wzrokiem. Ubyło Seta, ten fakt zaapsorbował jako pierwszy. Potem zaczęła do niego docierać cała reszta. Wyszarpnął swój nóż ze ściany i wsunął go do pochwy przy pasie. Podniósł też miecz, jednak musiał nieść go w dłoni. Obyło się bez większych obrażeń, nie potrafił nawet określić czy gdzieś porządnie go boli. Gdy szedł między ciałami, upewniał się krańcem miecza, czy aby na pewno się nie ruszają. Jeden czarownik drgnął, na co Nefilim automatycznie zareagował. Zaostrzony szpic obosiecznego ostrza wbił się poniżej ostatniego kręgu szyjnego. Na tyle płytko by wywołać szok w systemie nerwowym. Ciało zrobiło się sztywne, a zatokami popłynęła wartko krew. Chwilowa utrata przytomności, a przy odrobinie szczęścia będzie nawet chodził. Podszedł do zebranych, spoglądając po ich twarzach. Wyłowił obitą buźkę Zołzy. Nie skomentował tego żadnym słowem, nie miał weny. - U mnie dwa miejsca. W tym jedno w bagażniku, w sam raz dla denata. - mruknął z wąskim, mało wybrednym uśmiechem, a dostrzegając Dianę nieco bardziej z boku, darował sobie dalszy wywód i zbliżył się do niej, ręką dzierżącą miecz po prostu zagarniając ją sobie pod nos. Uważał by nie zrobić tego zbyt mocno, choć była w tym pewna gwałtowność. Zarzewie podniesionych emocji chyba nie wygasło w nim do końca. Jeszcze stygł. Uśmiechnął się zatem pełnią swego drapieżnego uśmiechu, a jasny błysk w oku rozrzedził ciężki mrok zaległy na dnie jego źrenic. Chwilowo zapomniał, że to nie czas i miejsce by odkrywać karty, miał teraz kaprys podyktowany z woli żądzy. Schylił nieco rozwichrzony łeb, opierając ramię na jej wąskim krzyżu i wpił się na moment w jej usta, ze smakiem. Zagryzł dolną wargę Łowczyni, nie tłumiąc ani gardłowego pomruku, ani grymasu zadowolenia. Odsunął się na bardzo niewielką odległość, a widząc zalążek zdumienia w jej oczach, puścił ją bez cienia skruchy. Bo i na cóż miałby się teraz zwijać w sobie? Próżno w nim było doszukiwać się pokory. Mrugnął ulotnie, odzywając się wreszcie półgłosem. - Cześć. - nawiązał do ich lichego powitania na dole. Trzeba było się poprawić. Dopiero potem przyjrzał jej się z tym samym skupieniem, lecz większą powagą. - W porządku?
      - Nie omieszkam dodać - wywróciła oczami na słowa Hawkins. -I nie, nie możemy iść. Musimy ich jeszcze ogarnąć - mruknęła wskazując głową w kierunku leżących pod ścianą czarowników. Nie kryła przy tym swojego niezadowolenia, na co wskazywał grymas na twarzy brunetki.
Widząc jednak zbliżającego się Nate’a mimowolnie uśmiechnęła się pod nosem. Mimo wszystko, trzeba było przyznać, że zaskoczył ją, kiedy podszedł do niej i tak bezpardonowo przyciągając do siebie pocałował. Nie żeby jej się nie podobało, bo nie oszukujmy się, taka forma powitania zdecydowanie bardziej jej odpowiadała. Przynajmniej nie skradał się jak kot do jeża. I to nie był ich pierwszy pocałunek, po prostu nie sądziła, że zrobi to przy wszystkich akurat w taki sposób. Ale co tu dużo mówić, to po prostu był pocałunek na miarę Nathaniela Crowa. Nadal trzymała w dłoniach miecze, więc gdy wpił się w jej wargi nie miała zbyt dużego pola do manewru, po prostu zacisnęła smukłe palce mocniej na rękojeściach, a miecze trzymając ostrzem w dół oparła o boki chłopaka. Serce jeszcze nie do końca opanowane po walce, znów uderzyło mocniej. Cholera, jak ją pociągała ta jego gwałtowana natura i nieobliczalność. Trudno się było przyznać, ale chyba powoli ją urabiał. Chciała więcej. Przygryziona warga rozkosznie pulsowała jedynie potęgując to uczucie. Gdy się odsunął odchrząknęła, poniekąd starając się ukryć swoje skonfundowanie. Spod leniwie uchylonych powiek spojrzała jeszcze na jego usta i odruchowo oblizała swoje, wciąż czując smak jego słodkich, rozpalonych warg. -Cześć – wymruczała z zadowoleniem unosząc roziskrzone spojrzenie ku jego oczom i uśmiechnęła się filuternie. Cofnęła dłonie jednocześnie rozluźniając uścisk na rękojeściach. -Teraz tak. Już myślałam, że będę skazana na t a m t o „cześć” – odparła z błyskiem rozbawienia w oczach.
      Przewróciła oczami obserwując słodką scenkę pomiędzy Natem, a Dianą. I dziwić się, że go nie lubiła, skoro właśnie wpieprzył się między jej rozmowę z parabatai, zresztą w sposób całkiem zrozumiały dla niej, zwracając na siebie całą uwagę brunetki. Mogła ją zrozumieć, co nie znaczyło, zę nie była na nią tak samo wśćiekła. — Świetnie — skwitowała bez przekonania, splatając ręce na piersi, obserwując to wydarzenie wyraźnie sceptycznie — Też sobie znaleźliście moment. Skoro macie już na to czas, to ja myślę, że nic tu po mnie. Miłej zabawy z trupami — mruknęła w końcu się prostując i mijając zgrabnie ciała pod nogami, ruszyła do wyjścia. Przystanęła dopiero przy rozwalonych schodach, kucając na wątpliwej części podłogi, sprawdzając odległość z góry na ziemię. Zmarszczyła brwi, zastanawiając się czy inteligentnie byłoby stąd zeskoczyć. Ostatecznie zsunęła się trochę poza gruzy, opierając ciężar na rękach na krawędzi rozwalonego szczytu schodów i… jak cholera, los sobie z niej zadrwił, bo cała podstawa, na której się trzymała rozkruszyła się i już niedługo potem, jeszcze zanim zdążyła dobrze się obniżyć w dół, runęła na ziemię. Okropny prąd przeszedł jej od stóp do kolan, zaraz przed tym jak pochyliła się, masując sobie piszczele, kolano, a następnie kość aż do uda, bo miała wrażenie, ze pogruchotała sobie wszystkie te kości. Na szczęście, to było tylko wrażenie. — Kto u diabła rozwalił schody?! – rzuciła w eter rozdrażniona. Stojąc tak na ziemi, trzymając się za obolałe kolana, poczuła wibracje w kieszeni. Na chwilę zmarszczyła brwi, jeszcze przez moment nie reagując, dopiero po dłuższym momencie sięgnęła ze zrezygnowaniem po telefon, odczytując wiadomość z wyświetlacza. Schowała dłonie do kieszeni kurtki, patrząc z dołu na paradujących na piętrze Nefilim. Zawiesiła wzrok na Dianie, chwilę potem zerkając przez ramię na wyjście ewakuacyjne z klubu. Przygryzła wargę, chwile coś rozmyślając — Di, muszę lecieć. Pożycz mi pięćdziesiąt dolców.
      Kątem oka dostrzegła jak Jaim zbliża się do schodów, już miała się odezwać, ale wtedy do jej uszu dobiegł rumor, a Jam zniknęła, zamiast niej pojawiła się za to chmura pyłu. -Cholera - mruknęła pod nosem. Zostawiła Nate'a i podeszła do schodów czy raczej kupy gruzu, która z nich została. -żyjesz? -Zagadnęła spoglądając na skwaszoną minę Jaim. Ale zaraz doleciało ją pytanie rudej. Przewróciła oczami. -Czy ja wyglądam jakbym wygrała milion na loterii? -rzuciła do dziewczyny, po czym jednak sięgnęła do kieszeni wyciągając trochę zmiętolone pieniądze, bo mimo wszystko użyła słowa pożycz. Poza tym chyba raczej by nie prosiła jakby naprawdę nie były jej potrzebne. Wygrzebała z tego pięćdziesiątkę i przykucnęła nad krawędzią wyciągając banknot w stronę Hawkins. -Proszę.
        Skwasiła się, opierając ręce na biodrach, prostując się z trudem, bo łupnięcie twardo o glebę nieźle odbiło się na jej nogach, które w całości zamortyzowały upadek. Skrzywiła się, marszcząc brwi, patrząc na podawaną jej pięćdziesiątkę. Zagryzła krwawiącą wargę, instynktownie zwilżając ją językiem, pozbywając się sączącej się z pęknięcia krwi — Nie kpij — mruknęła jakby spodziewała się, że Diana specjalnie zmusza ją do podskakiwania, choć jedyne na co teraz Hawkins miałaby siły to doczłapanie się do jakiegoś względnie spokojnego, pozbawionego nefilimskiego burdelu miejsca. — Puść… nie będę po to skakać. Co ja jestem? Małpka w zoo? Karz Nate’owi aportować, jak potrzebujesz kogoś do tresury. Jestem pewna, że spełni każde Twoje życzenie — burknęła, chowając ręce do kieszeni kurtki i wyciągnęła je dopiero kiedy pięćdziesiątka spadła na dół. Podniosła ją z ziemi i machnęła krotko ręką — Dzięki. Widzimy się w instytucie. Mam nadzieję, że ogarniecie to beze mnie. W końcu i tak nie przyłożyłam do tego ręki… — no, jakby nie patrzeć wpadła na sam koniec akcji.
        Przytaknął głową zgadzając się ze słowami swojego przyjaciela. – Posiedzimy nad tym w najbliższym czasie. – Powiedział, celowo nie mówiąc słowa ‘jutro’, bo nie wiedział kiedy Clave postanowi przepytać skazańców. Westchnął i niechętnie spojrzał za siebie, gdy Gabriel przerysowywał pentagram. Czarownicy nadal leżeli na ziemi, a Nocni Łowcy, cóż… Zajmowali się rozmaitymi zajęciami, zaczynając na rysowaniu iratze, kończąc na wycofywaniu się. Typowe zachowanie Nefilim. Załatwić całą robotę, ale posprzątać to już nie łaska. – Na pewno ktoś bardziej doświadczony kierował tą grupą. Znalazł sobie młodocianych czarowników, z pewnością zaproponował pieniądze. – Zerknął na pentagram i przez krótką chwilę wyrył sobie symbole w pamięci. -  Nawet, gdyby przywołali coś tak potężnego, to demon pozabijałby ich od razu. Głupcy. – Pokręcił głową z rezygnacją. – Trzeba by ich zahipnotyzować, aby sami poszli. Nocni Łowcy najwyraźniej wypełnili swoją część i umywają ręce od transportu. – Mruknął i założył ręce na piersi.
      Zimny podmuch zawiał w pomieszczeniu w którym się znajdowali. Jakiś dwóch czarowników, których Becky nie znała. Cholera trzeba by było się z tymi wszystkimi osobami zapoznać stwierdziła siadając obok nieprzytomnego czarownika którego rąbnęła butelką -I co ci po tym przyszło koleś? -powiedziała do niego w sumie to nie miała z kim gadać i tak trochę smutno. Nagle do pomieszczenia wpadła czerwona Natali zrobiło jej się troszkę lepiej. Uśmiechnęłam się do niej szeroko, a po chwili rozległy się krzyki jej Parabatai. To było coś w tylu "Ty idiotko czemu mnie nie informujesz, że jest jakaś akcja" Rebecca udała smutną minę po czym wybuchła szaleńczym śmiechem. Zaczęła turlać się po podłodze, do czasu, gdy coś nie dźgnęło ją w rękę. Był to jej sztylet, kompletnie o nim zapomniała. Podniosła go z ziemi, wsadziła do kieszeni po czym stwierdziła że strasznie jej zimno i krzyknęła -Cholera jasna jak tu piździ naprawcie to pieprzone okno!
     Nali wpadła z krzykiem do pomieszczenia w którym wszyscy siedzieli ~ty idiotko czemu mi nie powiedziałaś że jest jakaś akcja!  wrzasnęła z ogromną złością, jednak po chwili już sobie odpuściła. Usiadła obok swojej parabatai.
     Do głowy wpadł mu pewien pomysł. Wędrówka pieszo zajęłaby zbyt dużo czasu, a prościej byłoby ich wszystkich przeteleportować. Instytut odpadał. Gdyby wybrał siedzibę Nefilim na miejsce do lądowania, prawdopodobnie zniosłoby ich do jeziora. Westchnął, godząc się z inną opcją. Nalot Clave na jego rezydencję nie był jego marzeniem, ale tak było po prostu szybciej. Zbadał wzrokiem otoczenie i zwołał resztkę Nocnych Łowców, którzy nie zmyli się z pola walki. – Odprężcie się. – Widząc nieufne spojrzenia kierowane w jego stronę, wyciągnął ręce w obronnym geście. - Nie mam zamiaru was zabić, naruszyłbym przecież Porozumienia, które sam podpisałem. – Rzekł bez większego przekonania i postarał się skupić. Wychwycił energię wszystkich w pomieszczeniu i wystarczyła dosłownie chwila, aby znaleźli się w salonie. Niektórzy boleśnie wylądowali na podłodze, inni mieli tyle szczęścia, że trafili w kanapę.– Witam u siebie. – Rozłożył ręce w powitalnym geście. Miał nadzieję, że Nefilim nie zaczną od razu węszyć i cieszył się w duchu, że razem z Gabrysiem zabezpieczyli piętro z artefaktami.
     - Nie ma mowy - poinformował go natychmiast, i nim Kai zdążył cokolwiek zrobić, Gabriel teleportował się samodzielnie, dla pewności aktywując na miejscu wszystkie możliwe zaklęcia obronne. Nikt nie będzie się rozwalał po tym domu bez ich wiedzy, nie, gdy mają na głowie taką ferajnę. Sam czekał pod ścianą i odezwał się dopiero wtedy, gdy wszyscy wylądowali, w mniej lub bardziej udany sposób. - Pozwolisz, że się nimi zajmę, prawda? Bardzo chętnie porozmawiam z nimi na osobności. Każdym po kolei - resztka uśmiechu na jego ustach dobitnie sugerowała, że nie miał ochoty być miły dla kogoś, kto zepsuł mu popołudnie i jednocześnie próbował zrobić coś bardzo, bardzo głupiego. Przy takiej potędze pentagramu nie zdziwiłby się, gdyby zobaczył na miejscu własnego ojca. A to nie nastawiało go w żaden sposób pozytywnie.