Zmrużył lekko oczy wpatrując się w oczy dziewczyny bez jakichś większych emocji. Starał się teraz nie mrugać, więc jego powieki nawet nie drgnęły o milimetr. Nie miał nic przeciwko takiej cichej walce, w końcu i tak nie miał nic lepszego do roboty, więc zamiast wpatrywania się w ścianę równie dobrze mógł robić to. Nagle do biblioteki ktoś wparował robiąc hałas, praktycznie od razu po głosie poznał, że był to oczywiście Caleb. Wciąż jeszcze starał się utrzymać kontakt wzrokowy z nieznajomą, jednak jego parabatai zmyślnie go rozpraszał. Kiedy potargał mu włosy westchnął głośno. - Mógłbyś się zachowywać cicho, chociaż przez to, że jest to biblioteka, wiesz? - mruknął i w końcu zerknął w stronę przyjaciela.- Niestety nie jestem niemy. - stwierdził i pokręcił powoli na boki głową w zamyśleniu. Ciekawe czy gdyby był niemy, to ludzie dawaliby mu więcej spokoju, bo nie wiedzieliby jak niby miałby się z nimi łatwo porozumiewać. Nie uśmiechnął się, rzadko kiedy się uśmiechał i wciąż był taki jakiś przygaszony. Podążał wzrokiem za nocną łowczynią, kiedy ta wstała z fotela. - Myślę, że jedynie krwawiąca ręka nie będzie powodem twojej śmierci. - powiedział, po czym wyjął swoją stelę z kieszeni spodni i wyciągnął rękę w stronę dziewczyny, żeby jej ją podać.
Caleb wywrócił oczami na komentarz przyjaciela. Uwielbiał bibliotekę za ciszę, ale tylko wtedy, gdy był tam sam i mógł czytać. W takich warunkach było to niemożliwe, więc nie widział sensu zachowywać się cicho, zwłaszcza jeśli nikt nie mógł mu zwrócić uwagi. - A ty mógłbyś chociaż udawać, że jest w tobie odrobina życia – stwierdził, mrucząc pod nosem, ale wystarczająco głośno, by jego przyjaciel usłyszał. Machnął ręką, wzdychając. – Gdybyś był niemy, nauczyłbym się języka migowego i chciałbyś być ślepy, więc ciesz się, że możesz mówić. – Uśmiech nie objął jego oczu, a tylko prawy kącik ust uniósł się nieznacznie. Spojrzał wtedy na dziewczynę, przyglądając się jej uważnie. Nie rozumiał, czemu siedziała sobie w bibliotece, skoro miała problem z ręką. Uniósł pytająco brew. On był cały pokaleczony, a Neal nawet nie zwrócił na to uwagi. Caleb zrobił urażoną minę, po czym uniósł koszulkę, pokazując siniaki i zadrapania. – A mną to się nie przejmujesz. Wyrodny parabatai z ciebie – stwierdził, teatralnie unosząc jedną rękę i przykładając wierzch dłoni do czoła. – Ja też cierpię, ale nikt nie musi się mną przejmować – wyszeptał, po czym rzucił się na fotel. Jego wzrok padł na pewną książkę. Chciał ją przeczytać od jakiegoś czasu, ale nie znał nawet tej dziewczyny, a nie miał zamiaru pokazywać, że interesuje się czytaniem. Na jego twarzy pojawiła się kompletna obojętność, gdy sięgnął po „Opowieść o dwóch miastach” Dickensa i zaczął przewracać kartki, jakby w życiu nie miał w ręku książki. Spojrzał katem oka na dziewczynę. – Jak masz na imię, skarbie? Ja jestem Caleb – przedstawił się, puszczając do niej oczko. To już było dla niego tak naturalne, że wyglądało to nawet tak, jakby z nią flirtował. Wskazał na przyjaciela. – A ten milczek to Neal.
Melissa przesiadywałaby całe dnie w bibliotece, nawet jeśli na zewnątrz by się paliło i waliło, a miasto zaatakowała horda demonów, ciężko byłoby ją stamtąd wyciągnąć. Ręka zatem nie była przeszkodą, zwłaszcza, że pomieszczenie było obok skrzydła szpitalnego, więc gdyby coś działo się Lenny, od razu by jej pomogła. Jeśliby oczywiście potrafiła, bo ostatnio gdy miała uchodzić za ,,pielęgniarkę”, Nate stanowczo się sprzeciwił, bo nie chciał zostać otruty. Zatem Len przejęła pałeczkę i zapewniła im profesjonalną opiekę. Melissa przyjęła stelę i lewą ręką niezdarnie nakreśliła iratze. Krwawienie prawie natychmiast ustało, a bandaż zmieni potem. Nie było co się śpieszyć. Oddała stelę i usiadła z powrotem w fotelu. Oddała się teraz swojemu ulubionemu zajęciu. Dedukcji. Wyższy chłopak miał urodzony talent aktorski. Nie sądziła, że do gustu Neala przypadnie to całe dramatyzowanie, ale przecież prawie wcale go nie znała. Słysząc pytanie, mimowolnie powędrowała spojrzeniem w stronę głosu i pokręciła głową z dezaprobatą, gdy puścił do niej oko. – Źle trafiłeś. Nie lubię jak mi ktoś nadmiernie słodzi. – Posłała mu sarkastyczny uśmiech i założyła ręce na piersi. Jak na razie lepsze wrażenie sprawił na niej cichy Neal, a Caleb… Niech się stara wpaść w jej łaski, a Melissa słynęła z tego, że mało ludzi na świecie zdobywało sobie jej sympatię.
-Kurde, czyli nie ważne czy byłbym niemy, czy nie, to i tak musiałbym cię znosić. - mruknął cicho pod nosem jakby sam do siebie z dobrze wyczuwalną nutą sarkazmu w głosie. Przesunął się bardziej na brzeg fotela i oparł łokcie o uda pochylając się nieznacznie do przodu. Spojrzał na Caleba, kiedy ten zaczął pokazywać swoje krótkie przedstawienie teatralne. - No tak, bo Caleb to taki mały chłopiec, który potrzebuje, żeby go pocałować w bolące miejsce, kiedy zrobi sobie 'kuku'. - westchnął i przesunął powoli dłonią po twarzy. Czasami nie wierzył w to, że zgodził się być jego parabatai i ciągle się zastanawiał jak właściwie do tego doszło. Wywrócił oczami widząc jak Caleb bierze książkę i przerzuca jej kartki, czasem irytowało go to jak chłopak udawał, że wcale się tym nie interesuje, jakby było to coś złego. - Przedstawiłbym się w końcu kiedyś sam. - stwierdził, odebrał od Melissy swoją stele, po czym zaczął się nią odruchowo bawić obracając ją w dłoniach. Jego kąciki ust drgnęły w delikatnym uśmiechu, kiedy usłyszał słowa Nocnej Łowczyni skierowane do jego przyjaciela, spojrzał na niego kątem oka ciekawy jak zareaguje.
Caleb posłał swojemu przyjacielowi całusa w powietrzu i puścił do niego oczko. Zachowywał się tak praktycznie do wszystkich, a wciąż ludzie źle odbierali jego zachowanie. Kiedy Neal określił go jako małego chłopca, nawet nie mrugnął, jednak po chwili zrobił smutną minę i wyglądał przez to jak zbity szczeniaczek. - Potrzebuję tylko miłości - jęknął, chowając na moment twarz w dłoniach, a już po chwili przerzucił nogi przez podłokietniki fotela. Uniósł książkę na twarzą i zaczął czytać. Zmarszczył brwi, jakby w życiu nie czytał niczego poza komiksami. Zachowanie dziewczyny go zdziwiło. Nie tyle przez to, że nie była nim zauroczona, a raczej przez to że zachowała się tak w stosunku do gości. Mimo swojej arogancji nie odezwałby się tak podczas pierwszej rozmowy. - Byłaś wychowywana przez zwierzęta? To brak taktu zachowywać się tak w stosunku do gości - stwierdził, mierząc ją swoim zielonym spojrzeniem. Mimika jego twarzy nic nie zdradzała, ale gdy usiadł prosto na fotelu, ostrożnie odłożył książkę na miejsce, jakby bojąc się, że może ją zniszczyć. Nie uśmiechał się już czarująco, tylko z powagą wymalowaną na twarzy spoglądał na dziewczynę. Oparł łokcie na podłokietnikach, a brodę położył na ręce, którą zacisnął w pięść. - Poza tym, skarbie, gdybym ci słodził, wiedziałbym o tym - dodał, po czym uniósł prawą brew do góry.
Udała zamyśloną minę. Czyżby Caleb właśnie wytknął jej brak kultury? Sądząc po tym, że byli w Instytucie już jakiś tydzień, to z gości przeszli na współmieszkańców. Normalnie to Elizabeth zajmowała się witaniem ,,nowych” i była w tym bardziej delikatna, ale musiała wziąć urlop akurat wtedy, gdy przyjeżdżało najwięcej nowych osób. – Wychowałam się z siódemką rodzeństwa. Istna dżungla i walczenie o swoje. – Wzruszyła ramionami. Była całkiem pewna, że gdyby nie jej ręka, pokonałaby Caleba z łatwością. Kochała rywalizować i wygrywać. W końcu była jedną z lepszych Nefilim w tym Instytucie. Akurat Mev musiał pokiereszować jej prawą rękę, jakby nie mógł trafić w lewą. Możliwe, że zrobił to specjalnie, a ona wkrótce odpłaci pięknym za nadobne. Pochyliła się do przodu lokując spojrzenie swoich oczu w kolorze gorzkiej czekolady na blondynie. Była niczym drapieżnik szykujący się do skoku. – Może robisz to tak często, że już stało się to dla ciebie normalne? – Uniosła brew i wstała z fotela. Powolnym krokiem podeszła do Caleba ilustrując go wzrokiem. Gdy się wyprostował, możliwe, że z zamiarem wstania, Melissa lewą ręką przycisnęła go do oparcia krzesła. – Słuchaj, może mam zły dzień, albo ty źle trafiłeś, ale – Spojrzała mu w prosto w oczy, a ich twarze znajdowały się z dwadzieścia centymetrów od siebie - przestań mnie w końcu nazywać 'skarbem'. Jestem Melissa Youngheart. – Zdradziła mu w końcu swoją tożsamość, karcąc się za to, że zrobiła to i tak wcześnie jak na nią. Miała nadzieję, że chłopak nie zacznie wymyślnie skracać jej imienia. Wolała już zwrot ,,skarbie” niż ,,Melly” czy ,,Meluś”. Puściła go i obróciła się na pięcie. Zawędrowała z zamiarem znalezienia konkretnej książki do czytania. Po to przecież poszła do biblioteki.
Odruchowo wyciągnął dłoń udając, że łapie całusa, którego posłał mu Caleb. Zdążył się już przez tyle lat przyzwyczaić do jego zachowania. - Jesteś taki biedny i bez miłości... - mruknął znów cicho nie przejmując się tym, czy przyjaciel go usłyszy czy nie. - Uważaj, bo ta książka jeszcze cię zje Cal. - powiedział obserwując jak chłopak 'czyta' książkę. - Powiedziałbym raczej, że w tym pomieszczeniu kto inny nie ma taktu, a nie ona. - stwierdził wciąż sprawnie obracając stele między palcami i na chwilę spojrzał swojemu parabatai prosto w oczy. Wyprostował się znów na fotelu i oparł o zagłówek patrząc jak dziewczyna w końcu nie wytrzymuje i podchodzi do Caleba przyciskając go do krzesła. - Melissa? Niczym roślina uspokajająca... Nie wiem jednak czy pasuje ci to imię biorąc pod uwagę jak łatwo dałaś się tak szybko zirytować takiemu nieprzeciętnemu człowiekowi jak Caleb . - przeczesał dłonią włosy kiwając przy tym lekko głową, znów na chwilę wpadł w zadumę.
Po jej następnym komentarzu, stwierdził, że chyba niezbyt dosadnie wytknął jej brak kultury. Mieszkali tam już kilka dni, ale wciąż byli tylko gośćmi. Nie mieli zamiaru zamieszkać tam i zostać już do końca. On tak naprawdę nie musiał tam jechać, jednak nie mógł zostawić swojego parabatai. Nie tylko ze względu na więź, jaka ich łączyła przez runę, ale także przez fakt, że miał tylko jego. Caleb także czuł się w obowiązku do pilnowania Neala, który miał wiele problemów. Tak naprawdę tylko jemu czasami darował pewne sarkastyczne komentarze takie jak ten o książce. Lepszą atrakcją była nowo poznana dziewczyna. - Widocznie - zaczął wymownie, przejeżdżając językiem po wargach - nie wszyscy potrafią docenić mój wrodzony urok, ponieważ sami go nie posiadają, a mój tak jest w sam raz jak na taką sytuację. - Wyprostował się, ale nie miał zamiaru wstać, więc nie rozumiał, czemu dziewczyna przycisnęła go do oparcia. Kiedy wyznała mu swoje imię, uśmiechnął się i uniósł nieznacznie brodę. - Dobrze, skarbie. A może wolisz Melly? - spytał przez śmiech. - Powinnaś chyba zażyć trochę ziółek na uspokojenie, żeby twoje imię do ciebie pasowało... - nie dodał już nic więcej przez komentarz przyjaciela. Przechylił głowę, by spojrzeć na niego z urażoną miną i udanym zdziwieniem. - Hej! Uważaj, młody Luke'u, jeszcze nie jesteś mistrzem Jedi - zażartował z jego nazwiska jak to zwykł robić. Mógł być wredniejszy. Mógł. Ale to był Neal. Nie chciał być dla niego chamski. Temperament Caleba ukazywał się wobec niego tylko wtedy, gdy był naprawdę zdenerwowany
Przewróciła oczami z nieukrywaną irytacją. Caleb zdecydowanie był zbyt pewny siebie i okazywał to na każdym kroku. Znała ludzi jego pokroju, ale zwykle ich lubiła. Pewność siebie, to pewne decyzje i szybkie dowodzenie. Chłopak jeszcze tego nie okazał, więc nie miała za co go lubić. Neal był cichy, no i czytał. Już miał u niej miejsce w osobistej hierarchii. – Zatem twierdzisz, że nie posiadam uroku osobistego i jestem nietaktowna? – Uniosła brew, gdy wróciła z Ostatnim Ukłonem Sherlocka Holmesa, ściągniętego z ostatniej półki. Może i był flirciarzem i kim Anioł wie jeszcze, ale jej wcale nie zaimponował. Może i był przystojny, ale Melissa na razie skupiła się na tym, że w pewnym sensie ją obrażał. – Powiesz jeszcze, że mam tyle uroku co zdechła dżdżownica? – Usiadła na fotelu, który był naprzeciwko krzesła Caleba. Wszystkie miejsca do siedzenia w bibliotece były ustawione w kółku, więc widziała ich obu. Otworzyła książkę, ale nadal słuchała co mają do powiedzenia. Jęknęła cicho, gdy została nazwana skarbem i Melly jednocześnie. – Dla ciebie Melissa, dla przyjaciół Mel – Uśmiechnęła się drwiąco – Nie Melly. – Pokręciła przecząco głową. Już miała zacząć czytać stronę, gdy obaj się odezwali. Westchnęła. Byli w końcu na jej terenie, to ona tu ,,dowodziła”. – Nie wybierałam sobie imion, ale to chyba znaczy, że jestem niezłym buntownikiem, skoro nie godzę się z własnym losem – powiedziała niemal teatralnie. Przewróciła stronę, szukając zagiętego rogu.
Caleb zaśmiał się krótko, unosząc wzrok, by spojrzeć na dziewczynę, która wróciła z książką. Nie mógł nie zauważyć tytułu i autora. Powstrzymywał się przed okazaniem, jak bardzo uwielbiał książki o Sherlocku Holmesie. Sam nie wiedział, czemu udawał, że książki go nie obchodzą. Było chyba po prostu łatwiej, gdy ludzie myśleli, że zależy mu tylko na zabijaniu demonów i innych Podziemnych i niczym więcej. Czasem tylko widzieli, że zrobiłby wszystko dla Neala, ale taka relacja parabatai jest typowa. Caleb nie spojrzał na swojego przyjaciela, ale to właśnie do niego pierwszego się zwrócił, szeroko uśmiechając do dziewczyny. - Ale to takie zabawne - stwierdził, po czym skomentował uwagę Melissy o dżdżownicy. - Nie. Osobiście uważam, że one mają ciutkę więcej uroku niż ty, wybacz Melly - wypowiedział jej imię niemalże śpiewająco. Wywrócił oczami na komentarz przyjaciela. - Koty są świetne! To praktycznie komplement. - Oczy Caleba zabłysły. Czy Neal się jeszcze nie nauczył, że przy nim nie zaczyna się tematu Luke'a i Anakina? - Chcesz wiedzieć skąd wiem? - odchrząknął, a jego następne słowa wypowiedziane były praktycznie identycznym głosem, jaki miał Vader. - Luke, I'm your father - ledwo skończył, a już się śmiał. Puścił mu oczko. - A poza tym nie możesz przejść na ciemną stronę mocy - zauważył, unosząc palec wskazujący i robiąc poważną minę. - Ja już na niej jestem. W końcu jestem taki wredny i chamski - jego głos był pełen sarkazmu, chociaż naprawdę ludzie tak o nim myśleli, ponieważ go nie znali. Kiedy jego przyjaciel zaczął praktycznie cytować jakiś podręcznik, odetchnął. - Chociaż może jesteś jednak jakimś robotem? C3PO jest tak bardzo w twoim stylu, młody.
Sherlock Holmes był jej ulubionym książkowym bohaterem, więc czytała całą serię po paręnaście razy i z każdą lekturą odnajdywała wcześniej miniony detal. Nie był ważny dla fabuły, ale Melissa słynęła z tego, że po prostu lubiła ,,wiedzieć". Czy to jaki kolor miał szalik głównego bohatera, czy związki ludzi z Instytutu, była bogatsza o każdą informację. Oderwała się od książki i spojrzała na Neala. - Chyba masz rację. - Wzruszyła ramionami. Bywała spokojna i cicha, ale również agresywna i niecierpliwa. Zależało od sytuacji, a teraz możliwe, że starała się pokazać miejsce Nealowi i Calebowi. W końcu Melissa była tak zwaną ,,Samicą Alfa". Westchnęła. Caleb był jakimś niepoprawnym flirciarzem, albo to ona nie znała się na sprawach miłosnych, ale kobietę zwykle się komplementuje... Nic dziwnego, że niektóre mają obsesję na punkcie swojego wyglądu, jeszcze bardziej pogłębianą przez mężczyzn pokroju blondyna. Mel na szczęście do tych osób nie należała, więc pozostała obojętna. Wolała sprawdzać umiejętności bojowe. W walce wykorzystywało się i umysł i sprawność fizyczną. Przez głupią rękę nawet nie mogła utrzymać sztyletu, bez wywoływania bólu. - Jak kot? - Podniosła głowę i zerknęła na Neala. Wielbiła te zwierzęta, ale jak każde, one z kolei jej nie lubiły. Potrafiła zagłaskać je na śmierć. - To dla mnie istny komp... - Urwała, słysząc Caleba. Lubił te czworonożne stworzenia? Właściwie to kto by ich nie lubił? Przynajmniej ma dobry gust, przemknęło jej przez myśl. Jej kąciki ust delikatnie powędrowały do góry, a wzrok skierował się ku książce, starając się odnaleźć miejsce gdzie skończyła czytać. Nim to zrobiła zerknęła jeszcze w stronę okna. Jak na słoneczne Los Angeles była okropna. Deszcz lał jak cebra, a ludzie biegali tam i z powrotem z parasolami.
Zmarszczył brwi jeszcze bardziej i nieznacznie "zjechał" z fotela bardziej się na nim kładąc. - Może lepiej jeśli nie będę się odwoływać do waszej znajomości znaczenia przysłów i powiedzeń... Moje serce krwawi - Stwierdził mając ochotę w takich uchwałach jak ta strzelić sobie po prostu facepalma. Spojrzał po chwili jeszcze na Caleba mając ochotę załamać się jeszcze bardziej. - Czasem zastanawiam się który z nas jest tak na prawdę starszy mój przyjacielu. - Mruknął i machnął lekko dłonią w jego stronę. - Jeśli byłbyś Anakinem, to musiałbyś odciąć mi właśnie w tym momencie rękę, żeby dopełnić to tak jak powinno być. - Oparł łokcie o boki fotela. Zignorował komentarz Caleba o byciu robotem, nie miał zamiaru już drążyć tego tematu, bo wiedział, że może się on źle skończyć. W rozmowę o kotach tez wołał się bardziej nie zagłębiać, nie miał nic do tych czworonożnych stworzeń... Oprócz alergii na ich sierść.
Miał taką ochotę zacząć z dziewczyną rozmowę na temat przygód sławnego detektywa. Fascynowała go jego dedukcja i często zastanawiał się, jak ktoś może być tak genialny. A przecież postać Sherlocka była wzorowana na pewnym profesorze, który uczył autora książek o Holmesie. Mimo że wolał działać, co wiedział każdy, podziwiał takie osoby. Na moment zastygł w bezruchu, powstrzymując się od uśmiechu. Spojrzał na dziewczynę, gdy ta chciała powiedzieć to samo co on i dopiero po chwili dotarło to do niego. Zauważył nikły uśmiech na jej twarzy i sam się uśmiechnął nieznacznie. Wywrócił oczami na komentarz swojego parabatai i zwrócił wzrok w jego stronę. - To, że masz alergię na sierść i zapewne wiele innych rzeczy, nie znaczy, że koty nie są świetnymi zwierzętami - stwierdził, po czym pokazał mu język. - Odciąć rękę? Już się robi - zaśmiał się, wstając i rzucił się na przyjaciela. Złapał go za rękę i przejechał palcem po jego nadgarstku, jednocześnie naśladując odgłos, jaki wydawały miecze świetlne. Następnie pociągnął rękaw jego koszulki na tyle, że zakryła całą jego rękę. Uśmiechnął się do niego szeroko i opadł na fotel, na którym siedział. - Już. Lepiej? - znowu się zaśmiał, ale pomyślał, że Neal chyba jednak wolałby być robotem.
Była nikła szansa, że kiedyś, w odległej przyszłości, polubi Caleba. Mogła się w sumie pogodzić z tym, że nie czyta, a jego flirty po prostu zbywać. Jeszcze zdąży przetestować go w walce, a wtedy oceni ile jest wart. Przewróciła stronę, całkowicie zafascynowana tym co czyta. Sama praktykowała dedukcję, ale ludzie wtedy patrzyli na nią jak na psychopatę. Nic dziwnego, że brali też za niego Sherlocka. Świat niedługo zejdzie na psy... Spojrzała na Neala. - Masz alergię na... koty? - zapytała ze współczuciem. Ciężko było jej to sobie wyobrazić. Ta cała alergia. Po co to komu? Życia nie ułatwia, wręcz przeciwnie. Neal i tak wyglądał jakby los sobie z niego zadrwił. Gdyby nie runy, pomyślała by, że jest zwykłym Przyziemnym. Nie miał atletycznej budowy ciała i wyglądał jak trup. Usadowiła się głębiej w fotelu. Po chwili czytania, jej brzuch zaczął domagać się jedzenia. Zamknęła książkę i westchnęła. Od rana nic nie jadła, bo była zbyt zabiegana. Na dodatek, gdy Samantha ją porwała, nie wykarmiła ich zbyt dobrze. - Nie wiem jak wy, ale ja jestem głodna. - wstała i wskazała na drzwi znajdujące się za nią. - Jedziemy do Taki, Mistrzowie Jedi? - Rzuciła im rozbawione spojrzenie, widząc ich poczynania. Mogłaby sama coś ugotować, ale to nie był dzień na spalenie Instytutu.
Spojrzał na swojego patabatai i zamyślił się chwilę. Domyślał się, że chłopak właśnie w tym momencie powstrzymuje się przed powiedzeniem tego jak to bardzo lubi książki, znał go już od tak dawna i wciąż nie rozumiał dlaczego tak bardzo się z tym kryje. W końcu to nie było nic złego, ale oczywiście Caleb wciąż musiał udawać tego gorszego i bardziej chamskiego. - Nie powiedziałem, że nie są świetnymi zwierzętami. - przyznał i wzruszył ramionami. - Nie tylko mam alergię na koty, ale na każde stworzenie posiadające sierść. - odpowiedział na pytanie Melissy zwracając się teraz w jej stronę, kiedy nagle podszedł do niego Caleb i 'odciął' mu rękę.- Jeju, moje palce... Gdzie są moje palce? Czy jeszcze kiedyś zagram na skrzypcach? - rzucił z sarkazmem, rozbawiła go trochę ta sytuacja, jednak się nie uśmiechnął, zdradzał to jedynie bardziej pogodny ton jego głosu. - Teraz musisz załatwić mi mechaniczną rękę... Bo jak będę jedną ręką strzelać z łuku i osłaniać ci tyłek kiedy będzie taka potrzeba? - zapytał machając na boki 'odciętą' ręką. - Mogę być głodny. - stwierdził po dłuższej chwili namysłu, kiedy nocna łowczyni zaproponowała pójście do Taki. Musiał jeść, żeby przytyć, a musiał przytyć, żeby pozbyć się niedowagi.
Caleb zamrugał zalotnie do przyjaciela, powstrzymując się przed śmiechem. - Kupie ci kota bez sierści na urodziny. Co ty na to? - krótki śmiech opuścił jego usta raz, a potem drugi kiedy Neal zacytował postać ze "Shreka". - Nie przesadzasz dzisiaj z tym rumakowaniem? - na wzmiankę o jedzeniu, zaburczało mu w brzuchu. Pogłaskał go z troską, a jego oczy zabłyszczały. Podniósł się natychmiast z fotela, klepnął przyjaciela w ramię, po czym puścił mu oczko. Sięgnął do jego rękawa i odkrył dłoń, która miała być "odcięta" - Proszę, to twoja mechaniczna ręką - oznajmił z zadowoleniem. Uniósł palca i zmarszczył brwi. - Nie przyjmuję reklamacji. A teraz - zmienił tak szybko temat, żeby ta odrobina czułości w stosunku do Neala, jaką okazywał przeszła niezauważona. - Chodźmy jeść - zarządził głośno, po czym objął przyjaciela ramieniem i szepnął mu na ucho. - Mam nadzieję, że jadłeś już coś dzisiaj.
- Oh, tak to świetny pomysł. Sfinksy są takie śliczne... no i są bardzo ciepłe przez swoją podwyższoną temperaturę ciała. Takie przenośne kaloryferki na czterech łapach. - stwierdził znowu kiwając powoli głową przy tym co mówił. - No nie wiem czy słowo 'rumakowanie' pasuje do tego co powiedziałem. - mruknął cicho pod nosem. - Wow, nowa ręka. – powiedział, kiedy Caleb 'oddal mu dłoń’. Przysunął sobie dłoń do ucha i poruszył palcami. - Myślę, ze trochę skrzypi.. ale jakoś to przeżyje. - powiedział jeszcze, po czym podniósł się mozolnie z fotela. Zmarszczył brwi, kiedy parabatai objął go ramieniem i zacisnął usta w wąska kreskę. Jakoś nie miał okazji wcześniej czegoś zjeść, wiec wołał przemilczeć ten temat i zignorować jego pytanie. - Ja mogę prowadzić. - zaproponował wychodząc z biblioteki i idąc na zewnątrz. Cały czas katem oka zerkał w stronę Caleba ciekawy co on na to powie. Caleb zaśmiał się na słowa przyjaciela o kotach, które są jak przenośnie kaloryferki. - Moje ciepło ci nie wystarczy? - spytał, udając urażonego. - Chyba jednak nie oglądałeś uważnie Shreka - stwierdził, a kąciki jego ust powędrowały do dołu. Uniósł dłoń i kciukiem wytarł wyimaginowaną łezkę. Ręka od niego skrzypi? - Mogę ci ją naoliwić - stwierdził, wystawiając wymownie język. Dobry humor szybko go opuścił. Milczenie jego parabatai mogło oznaczać tylko jedno i nie podobało mu się to. On mógł sobie nie jeść czasem któregoś posiłku, ale Neal miał niedowagę. Caleb westchnął, kręcąc głową. Przygryzł dolną wargę, ale nie skomentował tego, po prostu wpatrywał się w przyjaciela, jakby miał go udusić za to, że nie zjadł jednego z najważniejszych posiłków dnia. Widział, jak Neal zerka na niego katem oka. Schował ręce do tylnych kieszeni spodni, ale szybko wyjął je. Zabolał go prawy bark, ale nie skrzywił się. Schował dłonie zamiast tego do kieszeni kurtki. Zapomniał swojej steli, a po tym całym przedstawieniu, jakie odegrał nie chciał prosić przyjaciela, żeby dał mu swoją, choć zapewne zadrapanie na policzku i zaschnięta krew na wardze nie wyglądały korzystnie. Szedł z tyłu. Nie mówił nic także o tym, że nie uważa, by Neal za kierownicą był dobrym wyborem.
Przyspieszyła i zrównała się z nimi krokiem. - Jesteś pewien? Ja mogę poprowadzić, to niedaleko. Znasz w ogóle Los Angeles? - Zaczęła go męczyć pytaniami, bo nie była, aż taka bezpośrednia, aby powiedzieć: ,,Boję się o własne życie, jeszcze zasłabniesz." czy coś w tym stylu, ale po piątym pytaniu można było rozpoznać jej intencje. Zatrzymała się przed drzwiami, gdyż wolała pierw uzgodnić kto w końcu prowadzi, niż stać na deszczu i się kłócić. Najwyraźniej kwestia jedzenia była drażliwym tematem, ale Melissę zdziwiło, że Caleb nijak nie powstrzymuje Neala.
- Chyba już wolę ciepło kota niż twoje skarbeczku. - Mruknął cicho.- Lepiej zostawię twoje ciepło dla twojej dziewczyny... A chwila, no tak, ty nie masz dziewczyny. - Powiedział specjalnie jak najbardziej obojętnym tonem, po czym schował ręce do kieszeni spodni. - Nie, dzięki, nie skorzystam. - odsunął się nieznacznie od Caleba, kiedy ten wystawił wymownie swój język. Szedł dalej w ciszy wciąż zerkając na Caleba. - Narysować ci iratze? - Zapytał po chwili cicho, widział, że z jego parabatai jest obolały i przypomniał sobie, że w końcu mu mówił, że był pozabijać parę demonów w mieście. - Myślisz, że nie dam rady prowadzić? Nie zemdleje wam raczej przed kierownica, dzisiaj nic nie brałem, ani nic - przyznał szczerze i spojrzał pytająco na Melissę. - Jeśli powiesz mi jak jechać, to trafię. - Zmarszczył brwi, jak on bardzo nie lubił takich sytuacji.
Caleb zrobił minę zbitego psiaka, ale w jego oczach krył się sarkazm. Po czym wywrócił oczami i bardzo powoli zaśmiał się akcentując każde "ha". Szedł już za przyjacielem, gdy ten w końcu przypomniał sobie, by zaproponować mu narysowanie iratze. Machnął ręką, ale po chwili ją wyciągnął do swego parabatai. - Sam sobie poradzę - stwierdził obojętnym tonem. Caleb wytrzymałby ból. Znosił gorsze rany, ale nie był pewny, czy zniesie Neala, który miał prowadzić. W końcu spytał o pewną rzecz, która go zastanowiła. - Czyim autem tak w ogóle mamy jechać i gdzie?
Przejrzał dość szybko kartę dań i nie zauważył nic ciekawego, wiec odłożył ją na blat. Oparł się wygodniej o krzesło i skrzyżował ramiona na piersi wpatrując się to w Caleba, to w Melissę. Siedział obok chłopaka. Widząc tą cała scenę, którą odegrał jego parabatai przy kelnerce miał ochotę zapaść się pod ziemię, albo przynajmniej schować się pod stół. Usiadł trochę niżej na krześle.- Może mi jeszcze śliniaczek załatwisz? - mruknął cicho nieco zirytowany, kiedy usłyszał co Cal szepnął do Faerie, bądź co bądź, słuch miał jeszcze niezły. Zaczynał denerwować go fakt, że przyjaciel jak zwykle musiał go pilnować, nawet w sprawach jedzenia.- Dołączysz tą serwetkę do twojej "kolekcji serwetek z numerami od pierwszych lepszych dziewczyn, które spotykasz"? - zapytał jeszcze po tym, co powiedziała Mel o rycerzu. - On chyba dzięki takim chusteczkom czuje się bardziej dowartościowany. - szepnął konspiracyjnym szeptem do Nocnej Łowczyni, dla lepszego efektu pochylił się trochę bardziej w jej stronę i zakrył swoje usta od strony Caleba dłonią.
Dookoła było mnóstwo Podziemnych i zdawało się, że Nocni Łowcy już im nie przeszkadzali. W końcu minęło już trochę czasu od zawartego z nimi sojuszu. Największą uwagę przyciągał Caleb (jak zwykle z resztą) i nawet faceci na niego spoglądali. Właśnie poniekąd przez takie zainteresowanie nim zaczął zachowywać się jak cham. Taki system obronny, który miał go chronić przed otaczającym go światem. Kiedy odebrał od kelnerki serwetkę, zgiął ją na pół i schował do kieszeni spodni. Kelnerka zapisała zamówienia i z zauroczonym wyrazem twarzy odeszła do kuchni. Szept Neala skomentował jedynie spoglądając na niego wymownie. Na słowa dziewczyny uśmiechnął się, mrużąc oczy, a brodę oparł na splecionych dłoniach. - Nie musisz być zazdrosna, skarbie, w końcu mieszkamy w jednym Instytucie. Masz pierwszeństwo - stwierdził sarkastycznie. Wtedy do rozmowy znowu wtrącił się Neal. Parabatai czasem denerwował Caleba. Jego przyjaciel nie mógł się pogodzić z faktem, że on taki jest. A wszystko co robił, nie było aż tak złe. Neal sprawiał dużo większe problemy i niszczył sobie tym samym zdrowie. - Neal, nie zaczynaj znowu - mruknął, zaciskając zęby. - Pomijając wszystko co robię, nic z tego nie doprowadziłoby do tego, że musieliśmy się przenieść do innego Instytutu - stwierdził, wymownie patrząc na przyjaciela. Na jego kolejne słowa tylko uśmiechnął się krzywo. - Nie moja wina, że mam w sobie urok i większość dziewczyn od tak daje mi swoje numery. - Co z tego, że potem do wielu z nich nie dzwoni, bo jego one nie interesują?
- Ja tam jestem ciekawa jak on upchnął parę stosów chusteczek w szafie. - Szepnęła do Neala z uśmiechem, również zasłaniając ręką od strony Caleba usta. Była ciekawa jak on wydala z tymi wszystkimi randkami i jednocześnie z trenowaniem. Może i Nocny Łowca miał ładne opakowanie, ale w środku był pusty. Kelnerka po chwili wróciła i podała im zamówione jedzenie. Oczywiście nie zakodowała poprawnie zamówienia Melissy, więc dziewczyna też dostała naleśniki. Westchnęła, ale zabrała się za potrawę. Faerie zdążyła usłyszeć słowa Caleba i niezadowolona wydęła usta i odeszła. Melissa liczyła na większą akcję. W końcu kobieta mogła wymierzyć mu cios z liścia, ale Faerie chyba przywykły do odrzucenia. Z kolei nie myślała, że potoczny obserwator mógł wziąć słowa Caleba na serio. - Dzięki, o łaskawco. - Przewróciła oczami. - Chyba z twojej randki nici. - Posłała mu sarkastyczny uśmiech, a potem kontynuowała jedzenie naleśnika. - Neal, nie wiedziałam, że z ciebie taki łobuz. Cicha woda brzegi rwie. - Prawy kącik jej ust powędrował delikatnie do góry. Sama też musiała się przenieść po wojnie z wilkołakami, bo Instytut był doszczętnie zniszczony, ale nie wiedziała co nabroił Neal. Myślała, że Caleba wywalono, a jego parabatai zgodził się z nim pojechać. Zdawało jej się, że zobaczyła znajomą osobę w tym tłumie, ale miała nadzieję, że się pomyliła. - Może powinieneś umówić się na randkę z lustrem, Narcyzie? Związek idealny. - Powiedziała, patrząc gdzieś w dal, ale po chwili wróciła do nich spojrzeniem.
Caleb posłał Melissie mordercze spojrzenie. Wiedział, co o nim myślała. Każdy miał o nim mylne mniemanie. Spotkał się z niewieloma dziewczynami, od których dostał numery. Zrobiło mu się trochę przykro na reakcję kelnerki, ale co poradzić. Przynajmniej pomyliła zamówienie Melissy. Uśmiechnął się pod nosem, gdy zobaczył jej minę. Machnął ręką na słowo "randka". Spiorunował ją spojrzeniem, gdy skomentowała wybryk Neala. Nawet nie wiedziała, o co chodziło. - Moją największą miłością jestem ja sam. Nie potrzebuje lustra i nie lubię rutyny. Dlatego zrywam że sobą co jakiś czas, żeby było ciekawiej.
W takich momentach jak ten, miała ochotę zabić Kaia za to, że zabiera jej Yen. Jej towarzystwo podniosło by Melissę na duchu, bo nie miała zamiaru wtrącać się w wymianę zdań pomiędzy parabatai, zwłaszcza, że nie wiedziała dlaczego ich przerzucono do innego Instytutu. Oparła głowę na ręce i utkwiła spojrzenie swoich oczu w kolorze ciemnej czekolady w Calebie. - Jesteś pewien, że nie jesteś spokrewniony z Herondale'ami? - Rzuciła. Najwidoczniej oba rody miały wysokie mniemanie o sobie. Melissa szczerze współczuła osobie, która skończy kiedyś w związku z Calebem. Sama skończyła już swoją porcję i znowu zerknęła w tłum. Dobrze znana jej blondynka uśmiechnęła się do niej wrednie. - Nie chcę was pospieszać, ale jedzcie szybciej. - Powiedziała, nadal patrząc na Mroczną Nefilim. Melissie wystarczył sam uśmiech dziewczyny, aby wiedziała, że czegoś od niej chce.
Samantha od razu zauważyła grupkę Nefilim, która weszła do restauracji. Nie zaatakowała od razu, pierw musiała zorientować się w sytuacji. Miała przy sobie parę sztyletów, a Youngheart była nieuzbrojona, a na ręce miała bandaż. Piękna pamiątka po jej wspólniku. Wysoki blondyn mógł stanowić jedyne zagrożenie, bo ten drugi wyglądał jak trup, który przed chwilą wyszedł z trumny. Jednak Sam była szybsza i silniejsza od niejednego Nocnego Łowcy. Nie chciała ich za szybko zabijać. Brakowało jej jakiejkolwiek rozrywki, a Youngheartówna posiadała coś czego Sam chciała. Na dodatek Nefilim zdemolowali jej dom i blondyna żądała zemsty. Opróżniła swój kieliszek i wolnym krokiem podeszła do ich stolika. Wyciągnęła jeden ze swoich sztyletów i szybkim ruchem przyłożyła go do szyi Melissy. - Gdzie ci tak spieszno? - Docisnęła trochę mocniej ostrze, dziewczyna wróciła na swoje miejsce. Sam przerzuciła wzrok na chłopaków. - Smacznego. - Rzuciła przesłodzonym tonem, ale po chwili dodała poważnie. - Broń na stół. - Nie była pewna czy jakąś posiadają, ale wolała się ubezpieczyć.
Z chęcią by coś jeszcze powiedział o swoim parabatai, ale ugryzł się w język powstrzymując się od wymówienia chociaż jednego słowa. Zmarszczył brwi i wlepił spojrzenie w kolorze piwa w Melissę, kiedy ich pośpieszyła. Zdziwiła go ta jej nagła zmiana nastroju, jednak wszystko się wyjaśniło, gdy podeszła do nich blondynka i przystawiła sztylet do szyi Mel. Chłopak znów zacisnął usta w wąska kreskę. Nie znał się na zwyczajach tutejszych Nefilim, jednak był pewny, że takie powitania nie były tu raczej codziennością. Niespiesznie oblizał suche wargi.- Dziękuję, mimo to, że nie zjadłem nic, ponieważ zakłóciłaś nasz spokój. - Powiedział tonem pozbawionych jakichkolwiek emocji. Jego mimika twarzy się nie zmieniła, wciąż wyglądał na znudzonego i obojętnego trupa, który właśnie wyszedł z trumny. Nie widać było po nim, żeby jakkolwiek pojawienie się Mrocznej Nocnej Łowczyni jakoś go wielce ruszyło. Chociaż po nim można by się spodziewać wszystkiego. Kiedy dziewczyna kazała im wyjąć broń uniósł tylko na chwile ręce w obronnym geście. Nie miał nic przy sobie, oprócz kluczyków do samochodu, jego łuk został w Instytucie.
Caleb nałożył na pusty talerz Neala naleśnika i zabrał się za krojenie swojego. Włożył kawałek do ust i zaczął przeżuwać, gdy dziewczyna skomentowała jego zachowanie podejrzeniem o pokrewieństwo z Herondale'ami. Caleb nie miał pojęcia, czemu miałaby używać takiego porównania, ale nie zdążył nic powiedzieć, ponieważ pewna nieznajoma, która najwidoczniej była Nefilim przeszkodziła im. Zmarszczył brwi, przyglądając się uważnie osobie, która im przerwała, jednak postanowił jakby nigdy nic kontynuować jedzenie. Kątem oka zerknął na Neala. Powoli w jego głowie rysował się plan. Prabatai Caleba nie okazywał zbytniego poruszenie, jednak on postanowił być czarujący jak zwykle. Uśmiechnął się do dziewczyny, kiedy przełknął kolejny kęs naleśnika. Wyprostował się, łapiąc nóż pewniej w ręce i odchylając nogę, by w razie niebezpieczeństwa szybko wyjąć schowany sztylet z buta. Od nieznajomej emanowała niepokojąca aura, mimo to Caleb zachowywał się, jakby niczego nie zauważył. Nagle przyłożyła sztylet do szyi Melissy. Caleb zacmokał, po czym wsadził do ust kolejny kawałek. - Skarbie, jesteś pewna, że chcesz to tu zrobić? Dziewczyna jest nieźle wkurzająca, ale tak nie uszanować ceremonii jaką jest jedzenie? - jego głos brzmiał niemalże jak zawsze. Tylko Neal mógłby dostrzec różnicę. Kiedy zażądała od nich broni, zaśmiał się krótko i po chwili uśmiechnął się uroczo. - Myślisz, że tacy dżentelmeni jak my mają przy sobie broń podczas śniadania?
Zauważyła jak Samantha do nich zmierza. Nie była pewna czy Caleb i Neal mieli nieprzyjemność ją spotkać, ale Mel miała i skończyło się to dwutygodniowym szpitalem dla Len. Sam namieszała jej w głowie. Jej bronią były tortury słowne, zasiewanie niepewności i innych okrucieństw. Na dodatek znała jakieś sekretne korytarze w Instytucie, których Melissa do tej pory nie znalazła. Już miała wstać i po prostu wyjść, ale Samantha przyłożyła jej sztylet do szyi. Opadła z powrotem na krzesło. Po reakcji Nocnych Łowców upewniła się, że jej nie spotkali. - Jak tam mieszkanie? - Uśmiechnęła się do niej. - Poza tym, Matt dziękuje za prezent na Gwiazdkę. - Powiedziała pewnym siebie tonem. Chłopak nadal miał wyryte na twarzy inicjały Nicoletty Grace, a magia czy runy nie pomagały. - Gdybyś czegoś nie chciała, nie psułabyś nam obiadu. - Chwyciła rękojeść sztyletu chcąc ją odepchnąć, ale Sam docisnęła go jeszcze mocniej. Strużka krwi spłynęła po szyi Melissy.
Zauważyła gest Neala i usłyszała odpowiedź Caleba. Żadna z nich jej nie zadowoliła. Musieli mieć broń, w końcu to byli Nefilim, ale dała sobie z tym spokój. Była od nich lepsza. Powaliłaby Melissę jednym palcem i miałaby swoją idealną broń, gdyby nie niespodziewany atak krzesłem. Zilustrowała wzrokiem chłopaków. - Tobie nie jest potrzebne jedzenie. Niedługo i tak umrzesz. - Stwierdziła, uznając Neala za zerowe zagrożenie. Widząc dłonie dziewczyny na sztylecie Samanthy, mocniej go docisnęła. Nie zamierzała jej zabijać, a przynajmniej nie od razu. Potrzebowała od niej pewnej istotnej rzeczy. Poza tym czyste morderstwo nie było w jej stylu. Pierw skazaniec musiał cierpieć. Stracić zmysły i zdrowy rozsądek. - Zatem kontynuujcie. Melissa właśnie wychodziła. - Kiwnęła głową w stronę wyjścia i rzuciła jej porozumiewawcze spojrzenie.
Spojrzał tęsknie na naleśniki, które jego parabatai położył mu na talerzu. Wciąż jeszcze nie tknął ani kawałka. Jego wzrok wlepiony był z grobową miną w Sam, która ciągle razem ze swoim sztyletem stała obok Melissy. W tym momencie to on teraz grał, rolę tego spokojnego i zrównoważonego, a Caleb robił za uroczego i bardziej otwartego na ludzi. Blondyn był trochę podenerwowany tym co się działo, jednak nie dał tego po sobie poznać. - Ej, Cal, słyszałeś... Ta blondi powiedziała mi, że i tak niedługo umrę. - Powiedział z udawanym przejęciem, co można było świetnie wyczuć i odwrócił się do przyjaciela, żeby spojrzeć mu w oczy. Przez tą chwilę zdążył zauważyć, że Caleb coś planuje. Miał zamiar się dostosować później do tego co się stanie. Kiedy dotarły do niego słowa Mrocznej Nocnej Łowczyni, znów wlepił w nią spojrzenie piwnych oczu.- Ona nigdzie z tobą nie idzie. Nie ładnie jest zabierać damę od stołu, kiedy spożywa posiłek z dwoma chłopakami. - Stwierdził i sięgnął po widelec. Pierwszy raz nabrał na niego kawałek naleśnika i włożył sobie do ust. Zaczął powoli przeżuwać.
Caleb nie znał możliwości dziewczyny. Zastanawiał się, czy poznanie ich to dobry pomysł. Nie miała zamiaru zabijać Melissy, więc stwierdził, że może zaryzykować. Jego też nie musiała chcieć zabijać. Na słowa przyjaciela nawet nie drgnął. Nienawidził jego podejścia do własnego życia. Czasem wyglądało to tak, jakby tylko Calebowi zależało, żeby żył i nawet sam Neal się poddał. Kątem oka zerknął na niego i dosłownie na sekundę dłużej mrugnął, dając tym samym znak Nealowi, żeby grał na czas. Caleb obracał nóż w ręce, rozmyślając, pod jakim kątem powinien rzucić nóż, by nie zranić Melissy. - Właśnie - przyznał mu rację. - Nieładnie - zacmokał z rozbawieniem. W oku dostrzegalny był przez chwilę błysk. Złapał w końcu pewnie nóż i wycelował prosto w ramię dziewczyny, która trzymała Melissę.
Odczytała z tego spojrzenia więcej niż powinna. Jeśli by z nią nie poszła, najbardziej prawdopodobne było, że zabiłaby Caleba i Neala. Samantha zignorowała jej pytania, może umyślnie, może była zaślepiona zdobyciem celu. Najdziwniejsze było to, że reszta w ogóle nie reagowała. Nawet jeśli nie posiadali Wzroku, mogliby widzieć zwykłą bójkę, a Podziemni najprawdopodobniej znali Samanthę Morgenstern. Blondynka nadal trzymała nóż przy jej szyi. Melissa nie miała zamiaru się ruszać. Potem i tak byłaby torturowana, grożono by jej, już wolała czekać i ćwiczyć cierpliwość blondynki. Nagle Caleb rzucił nóż, ale Sam z łatwością go złapała wolną ręką. Spojrzała na ostrze, ale zamiast oddać cios blondynowi, rzuciła nóż w stronę Melissy. Trafiła prosto w zabandażowane przedramię. Dziewczyna jęknęła i zacisnęła lewą dłoń w pięść. Powoli, aby nie uszkodzić żadnych nerwów, wyciągnęła zakrwawiony nóż.
Sam obserwowała całą sytuację ze znudzeniem. - Damę? - Uniosła brew z rozbawienia. - Bliżej jej do pirata, jeśli nadal będzie "pożyczać" cudze samochody. - Powiedziała i przeniosła wzrok na dziewczynę. - Nie reagują, bo wiedzą kim jestem. - Odpowiedziała , rozgryzając myśli Melissy. Czasem była tak naiwna, a te jej całe "poświęcenia" niedługo ją zniszczą. Właściwie to Sam postara się ją zniszczyć na wszelki możliwy sposób. Chwyciła nóż lewą ręką i bez wahania rzuciła go w stronę Youngheart. Niech pocierpi. - Nie wiesz, że nie ładnie jest mieszać się w czyjeś sprawy? - Wzięła sztylet z szyi Melissy i przystawiła go do szyi Caleba, stając za nim. - Przestań zgrywać bohatera. - szepnęła do jego ucha i końcówkę ostrza przystawiła do jego policzka. - Będę litościwa i podaruję ci mały prezent. - uśmiechnęła się wrednie i docisnęła mocniej ostrze. Podarek podobny jaki dała Matthewowi, ale na jego policzku wyryła dwie litery 'N' i 'Ł', nim zdążył zareagować. Zerknęła ukradkiem na Neala i Melissę, aby sprawdzić czy niczego nie szykują. Prezentowali się wręcz żałośnie. - Nie dziwię się, że Elizabeth Lovelace zdecydowała się was zaradzić. Jesteście tacy słabi. - Głowa Instytutu dość niedawno wpadła w jej sidła, a Sam odpowiednio ją ugościła. Nachyliła się do Caleba i cmoknęła jego policzek z literami, które mu wyryła, a na jej ustach została krew. - A teraz chodź Youngheart, inaczej on będzie cierpieć i szybciej zaprowadzę go do grobu. - Spojrzała w stronę Neala, trzymając sztylet na szyi Caleba. Z ich trójki on był "najgroźniejszy", jeśli można tak mówić o słabych Nocnych Łowcach.
Kontynuował powoli jedzenie naleśników tak, jak gdyby nic się nie działo. Fuknął dopiero tylko cicho, kiedy Samantha poharatała policzek jego patabatai.- Teraz będzie mi marudzić, że zepsułaś mu twarz. - Powiedział znowu odwracając się w stronę Mrocznej Nocnej Łowczyni. - Możesz zacząć od szybszego sprowadzenia mnie do grobu, tylko zostaw twarz tego tam. - Mruknął z pełnymi ustami i wskazał widelcem Caleba. Kątem oka spojrzał na Melissę. Po jej wcześniejszej reakcji oraz tego co zrobiła blondynka, zdawał sobie sprawę z tego, że musiała być ona jakaś bardzo niebezpieczna. Wiec również zdawał sobie sprawę z tego, że nie miałby z nią żadnych szans ze swoja "świetną" sprawnością fizyczną. Wyglądał na tak bardzo nieszkodliwego i już stojącego jedna nogą w grobie.
Caleb zastygł, gdy Mroczna Nocna Łowczyni złapała nóż i wbiła go w ramię Melissy. Chciał odpowiedzieć coś ironicznego, ale dziewczyna jakimś cudem już stała przy nim i trzymała mu sztylet na szyi. Dawno nie był w takiej sytuacji. To było całkiem ciekawe, biorąc pod uwagę fakt, iż była to dziewczyna. Caleb zdążył zerknąć na Neala, zanim dziewczyna pocięła mu policzek. Caleb czekał na odpowiedni moment. Po tym co zobaczył, nie mógł działać tak nagle i pochopnie. Po policzku ciekła mu krew, która z brody kapała mu na koszulkę. Dla niepozoru jęknął teatralnie i zrobił zrozpaczoną minę. Ukradkiem przekręcił lewą dłoń, by wysunąć ukryte ostrze. Rzadko go używał i nosił tylko na samodzielne misje, z której wrócił akurat przed pójściem na śniadanie. Mieć takiego farta. - Dzięki, Neal - jęknął, ignorując większość wypowiedzi przyjaciela, po czym przechylił nieznacznie twarz i zwrócił się do Sam. - Zapłacisz mi za to - syknął i pociągnął nosem, jakby płakał. - Dosłownie - stwierdził po chwili, brzmiąc jak najbardziej poważnie. - Wiesz jak ciężko sprać krew z bawełny? Będę musiał oddać tą koszulkę do pralni... kobieto! - jęknął ponownie i dziewczyna chyba była nieco zdezorientowana takim zachowaniem, ponieważ zdołał unieść rękę z mieczem i wbić go w jej prawe ramię. Musiał się przy tym nieco obrócić, przez co sztylet mrocznej nacisnął mocniej na jego szyję, pozostawiając po sobie ślad. Szybko wyciągnął ostrze z jej ramienia i podskoczył, by kopnąć ją w powietrzu. Sapiąc, wylądował na jednym kolanie. Złapał za sztylety obusieczne, które schowane miał przy butach pod spodniami. Uniósł je, gotowy do walki. Miał nawet pewien plan, jednak miał wątpliwości, co do jego powodzenia.
Gdy Sam zajęła się Calebem, Melissa potajemnie wyciągnęła stelę, którą znalazła w skórzanej kurtce. Cały czas obserwując otoczenie, nakreśliła na wyczucie iratze, powstrzymując się od wydania jakiegokolwiek dźwięku. Rana bolała jak cholera, a krew plamiła jej bluzkę, bo starała się ją jakoś ucisnąć, aby zatamować krwawienie. Runa lecznicza niewiele pomogła, ale dała jej chwilowe znieczulenie. Spojrzała na Neala. Sam właściwie wpędzał się do grobu, ale na razie jedyny wpływ miał na niego Caleb. Przeniosła wzrok na Samanthę, która właśnie rzeźbiła na jego skórze inicjały. - Co za nie oryginalność. - pokręciła głową z dezaprobatą. - Ten sam prezent drugiej osobie? - Schowała nóż w rękaw kurtki, gdy Sam na nich spojrzała. Melissę zatkało. Elizabeth nie było strasznie długo, ale myślała, że odwiedza inne Instytuty. - Co zrobiłaś z Lizzy? - Zapytała poważnym tonem. Białowłosa była dla niej niczym starsza siostra i gdyby coś jej się stało... Mel by sobie tego nie wybaczyła, zwłaszcza, że Lizz pogrążała się w depresji przez pewną osobę. Po chwili blondynka przeniosła spojrzenie na Nocnego Łowcę. Melissa powoli wstała z krzesła. Nagle Caleb wyciągnął ostrza i zaatakował Mroczną. Ciemnowłosa uzbrojona jedynie w nóż zbytnio nie nadawała się do walki na dodatek z rannym przedramieniem, ale stanęła obok Caleba gotowa do boju.
Samantha z rozbawieniem spojrzała z powrotem na blondyna. Widziała w nim niezły potencjał, który marnował się w Instytucie. Poza tymi jego gierkami aktorskimi był całkiem niezły. Nadawał się na Mrocznego, a Sam dążyła do wznowienia armii godnej samego Sebastiana Morgensterna. - Dam ci pewną propozycję. - Zaczęła nie odstawiając sztyletu od jego szyi. - Zostaw jego, zabierz ją i dołącz do mnie. - Rzuciła w jego stronę sztuczny uśmiech. Melissa była jej potrzebna prawie tak samo jak Marlene. Musiała zdobyć coś, co należało do Konsula, ale do Idrisu nie weszłaby niepostrzeżenie. Znacznie sprawę ułatwiało to, że przed sobą miała jego córkę, którą wystarczyłoby trochę podręczyć i by się zgodziła. Musiała zdobyć dziennik z zapiskami Marcusa Younghearta. Spojrzała na Caleba lekko zdziwiona. Nie przywykła do takiego zachowania. Po chwili jednak chłopak jakimś cudem zabrał jej ostrze i wymierzył jej cios. Samantha poleciała do tyłu, ale szybko pozbierała się z ziemi. Zostało jej jeszcze pięć sztyletów, a zawsze miała plan awaryjny. Zerknęła na zegar. Nie sądziła, że zgarnianie Melissy zajmie jej tyle czasu. Kiedyś zapewne będzie miała jeszcze okazję zastać ją samą w Instytucie. Nie mogła teraz tracić czasu. Zmniejszyła dystans między nią, a Calebem i przystawiła końcówkę jego sztyletu do swojej szyi, szybko chowając swoją broń. - Ludzie pomocy! On chce mnie zabić! - Krzyknęła. Nikt nie wytknąłby jej braku umiejętności aktorskich. Ludzie przerwali rozmowy , a niektórzy nawet podeszli do nich. - Ładnie to tak atakować młode damy? - Zapytał jakiś starszy mężczyzna i zabrał mu broń. Skinął głową do Samanthy, a ona z uśmiechem zasalutowała Melissie, wiedząc, że niedługo się spotkają. Wyminęła Caleba i udała się do drzwi. Nie mogła się przecież spóźnić na podpisywanie sojuszu z Faerie.