shadowhunters
Wszystko skończyło się szczęśliwie. Demoniczny kielich został zniszczony, Mroczni Nocni Łowcy pokonani, a nowe porozumienia zawarte. Na świecie zapanował pokój, a wszyscy uradowani opuścili Idrys wracając do swoich Instytutów. Głos w Twojej głowie zaśmiał się. Najlepiej by było, gdyby Demony nie ruszały się ze swojego wymiaru i nie atakowały, biednych, głupich Przyziemnych. My, Nocni Łowcy, stworzeni przez Anioła Razjela, mamy brać na swoje barki ciężar tego świata, zapobiegając wszelkim konfliktom i wojnom. Ulepszeni runami i nafaszerowani treningami, walczymy z demonami i Podziemnymi.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Set Warre. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Set Warre. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 maja 2015

Oszalałaś? Chcesz nas wszystkich pozabijać? - Góry, Dzień I

Diana   Melissa   Set   Nate   Matthew   Marlene   Rebecka   Yennefer   James   Blairre

Dianie nie trzeba było dwa razy powtarzać, słysząc hasło góry i wyjazd, spakowała się w ekspresowym tempie, w końcu była w tym całkiem dobra. No niestety nie wzięła pod uwagę, że to w gruncie rzeczy wcale nie przyspieszy wyjazdu, bo teraz siedziała w salonie ze spakowaną walizką i czekała na resztę, aż łaskawie przywleką na dół swoje dupki.
Melissa ledwo upchnęła swoje rzeczy do walizki. Usiadła na niej i ostrożnie zamknęła zamek. Ku jej zadowoleniu wszystko się zmieściło. Zapakowała swetry i inne ubrania potrzebne na mróz. Nie obyło się też bez paru książek i broni. Westchnęła i wzięła bagaż. Lubiła Los Angeles. Zawsze było tu ciepło i słonecznie. A teraz miała zamiar wpakować się do busa z innymi i wyjechać prosto w zimne góry. Pierwszy raz Clave zapłaciło za zakwaterowanie, wyżywienie i inne atrakcje. Jednymi słowy wysłali ich na urlop. Czemu? Tego nie wiedziała. Zeszła po schodach i weszła do salonu. Usadowiła się na sofie i razem z Dianą pozostało im czekać na resztę.   
Yen jeszcze raz przeleciała wzrokiem po otwartej walizce, zastanawiając się czego zapomniała, bo przecież niemożliwe jest zabranie ze sobą wszystkiego co się planowało. Niemała, czarna walizka została zamknięta, a jej wnętrze miało ujrzeć światło dzienne dopiero na miejscu. Dziewczyna wpakowała do małej torebki te ważniejsze rzeczy, zawiesiła ja na rączce walizki, a płaszcz zarzuciła sobie na ramię. Obejrzała się raz jeszcze, po czym wyszła z pokoju ściągnąć za sobą bagaż. W salonie czekały już Diana i Mel.
Len przybiegła, targając za sobą, oprócz walizki, wiolonczelę. Ubrała się w czarno-biały sweterek we wzorki i czarne legginsy. Stanęła w drzwiach, widząc zdziwione spojrzenia zgromadzonych. Ze śmiechem wytłumaczyła: - No co, bez niej nie jadę! - weszła do salonu pewnym krokiem, odrzucając do tyłu rude włosy. - To co, kiedy jedziemy?
Becky siedziała na łóżku wpatrując się w szafę. Chyba wszystko zabrałam, pomyślała. Jej walizka o jaskrawych kolorach była wypełniona po brzegi. Usiadła na niej próbując ją zamknąć - Udało się! - wykrzyknęła. Wrzuciła do plecaka jeszcze kilka niezbędnych rzeczy, po czym przebrała się w krótkie spodenki, ciepłe rajstopy i szeroką bluzę z napisem: Jestem boska!. Zeszła na dół w tym samym czasie co Len. Popatrzała na nią i uśmiechnęła się, po czym położyła walizkę na ziemi i usiadła na niej.
Zerknęła na Len, na jej wiolonczelę, później przerzuciła spojrzenie na Becky, po czym podniosła tyłek z kanapy. - Dobra, chyba nic się nie stanie jak zapakujemy się do tego busa - stwierdziła zerknąwszy jeszcze na Mel. Oby tylko nie chciała prowadzić, bo może być na prawdę ciekawie. Sięgnęła po zimową kurtkę, założyła ją, ale nie miała zamiaru jeszcze jej zapinać w Los Angeles było dość ciepło, a ona nie miała zamiaru się ugotować. - No już, pakujcie się do busa, będzie szybciej - ponagliła dziewczyny, po czym sama sięgnęła po swoją walizkę i ruszyła z nią przed Instytut.
Melissa miała na sobie sweter, ale kurtkę przewiązała wokół bioder. Spojrzała na Lenny, Yen i Becky. – Zatem w drogę. – Oznajmiła z uśmiechem, chociaż nie była zbyt zadowolona pchania się tam, gdzie jest zimno. Z pewnością zaszyje się przy kominku z dobrą książka. Zerknęła na bagaż rudej. Zabierała ze sobą wiolonczelę? Westchnęła i wstała, gdy Diana je ponagliła. Wyszli przed Instytut, gdzie stał bus, który był w stanie ich wszystkich pomieścić. – Ja prowadzę. – Oznajmiła tonem, który nie znosił sprzeciwu.
Nate dołączył do nich praktycznie ostatni, jako że miał sprawę do załatwienia na mieście. Szczęśliwie spakował się już wczoraj, więc zamknął bagażnik akurat wtedy, kiedy Matt wysiadał z busa. Zaskoczył go ten widok, myślał że Nocny go poprowadzi. Słysząc słowa Mel aż cały zesztywniał, przypominając sobie jak to próbowała go gonić. - Oszalałaś? Chcesz nas pozabijać? - zwrócił się w stronę ciemnowłosej, jednak ta zajmowała miejsce kierowcy. Reakcja Nate'a była praktycznie natychmiastowa, jako że nikt nie mógł mu teraz zająć miejsca pilota. Może z Mel mieli dość chłodne relacje, jednak wydawało mu się to jedynym rozwiązaniem, które pozwoli im przeżyć tę podróż.
Zajęła miejsce za kierownicą, pomimo licznych sprzeciwów. W swoim życiu prowadziła samochód z trzy razy, ale cało z tego wyszła razem z pasażerem. Nocni Łowcy byli całkowitymi nogami z technologii i tylko nieliczni, którzy wychowali się poza Idrysem, uczyli się prowadzić. Im po prostu ta umiejętność nie była potrzebna. Nie latali samolotami i nie jeździli autami. Do wszystkiego służył portal lub komunikacja miejska. Jednak Melissa się uparła i dotrze do celu. Musiała podszkolić swoje umiejętności, a jak inaczej to zrobić, jak nie przez praktyki? Nie miała czasu na jakieś kursy czy co innego. Wszyscy weszli do busa, a bagaże zostały włożone do bagażnika. Koło dziewczyny usiadł Nate. Rzuciła mu zdziwione spojrzenie i położyła ręce na kierownicy. Doskonale pamiętała noc, gdy go ścigała wraz z Dianą oraz ich wypadek. – Dam sobie radę. – Powiedziała po chwili i przekręciła kluczyk w stacyjce, gdy upewniła się, że wszyscy wsiedli. 
Dziewczyna spiorunowała Mel wzrokiem widząc, że ona jednak na prawdę chce prowadzić. Di również przypomniała się noc kiedy to Mel postanowiła ukarać samochód, siłą wpakowała brunetkę do niego i ruszyła w szaloną pogoń za Natem. Co prawda to był zajebisty samochód, ale to nie zmienia faktu, że wydawało jej się, że ledwie uszła z życiem. A teraz tym busem mało jechać więcej Łowców, więc miejmy nadzieję, że Melissa będzie miała ten drobny fakt na uwadze. No i miejmy nadzieję, że to automat, bo inaczej może być zabawnie. Pokręciła głową z dezaprobatą zdając sobie sprawę z tego, że jakiekolwiek protesty z jej strony niczego by nie zmieniły, po prostu usadowiła się na miejscu. - Postarajcie się nas nie zabić - rzuciła ze zrezygnowaniem do dwójki na przodzie, chociaż nie było co ukrywać, że w 90% ta prośba tyczyła się Mel. Zdjęła kurtkę, zrobiła sobie z niej poduszkę i oparła głowę o szybę, wpakowała słuchawki do uszu i puściła sobie muzykę z telefonu.
Tachała się z wiolonczelą, starając ją włożyć do bagażnika. Uch, nie za dobrze to szło, ale trudno, przecież to nie demon, co? Torbę rzuciła wcześniej na jakieś miejsce na samym końcu. Mało ją obchodziło gdzie usiądzie, byle by przy oknie. Wiolonczela nadal nie chciała wejść do schowka.
- Daleko jeszcze? -Słychać z tyłu jęczenie Diany, która znów z powodzeniem trafiła groszkiem w Len. Nawet nie wystartowali.
- Di, przestań natychmiast! - ruda wyrwała paczkę z dłoni brunetki. - USPOKÓJCIE SIĘ WSZYSCY! - zdenerwowana wstała, by następnie znów usiąść. Chciała w końcu jechać.
Wbiła gniewne spojrzenie w Lenny. - Nie krzycz na mnie - burknęła i rzuciła w nią jeszcze dwoma groszkami, które zostały jej w dłoni.
- Krzyczę na wszystkich, bo nie chcą się uspokoić. - powiedziała łagodnie do Di. Za dużo rabanu tu było.
- Lenny, jak na razie to tylko ty tu krzyczysz - uniosła brew zerkając na rudą.
Prychnęła tylko, zbywając odpowiedź Diany. Chciała być już na miejscu, tylko tyle. Czy to tak wiele? Wsunęła się głębiej w fotel i zaczęła czytać grube tomisko, uciekając od świata.
Chłopak przebudził się gdy został trafiony w oko chyba groszkiem. Jego oczy zrobiły się czerwone - Kto to był?! –mruknął.
- Diana. - mruknęła do pytającego się chłopaka, wychylając się za książki. - O i cześć tak na marginesie... - rzuciła do niego. - Jestem Len.
Zanim Len się zlisiła Di jeszcze zdążyła się wychylić i zabrać jej paczkę z groszkami, po czym przeniosła spojrzenie na Matta. - Ja - odparła niczym nie speszona. - Jako mężczyzna, podobno zobowiązałeś się pomóc Lenny z wiolonczelą - rzuciła zerkając na niego znacząco.
Matt popatrzał na dziewczynę, która odpowiedziała, była ładna, ale chyba nie w jego stylu, zaśmiał się - Cześć, Matthew, ale mów mi Matt, ewentualnie Sexy Bomba
- Spokojna głowa. – Rzuciła w stronę Diany, słysząc jej prośbę, która zdecydowanie kierowała się do niej. Nie mogła prowadzić aż tak strasznie. Przecież ci, którzy z nią jechali jeszcze żyją. Z uśmiechem wyjechała z parkingu i obrała właściwą drogę, a przynajmniej tak jej się wydawało. Bacznie patrzyła na drogę, utrzymywała odpowiednią prędkość i przerzucała biegi. Szło jej całkiem nieźle. Pomijając to, że o mały włos nie wjechałaby w jakiś inny samochód, to wcisnęła hamulec w odpowiednim momencie. Słysząc krzyki co chwilę zerkała do tyłu. – Możecie się uspokoić? – Zapytała i ponownie skupiła się na drodze.
- Nie ma potrzeby. - dopowiedziała. - Sama już sobie z nią poradziłam.
Nate cieszył się teraz, że zaraz po wejściu do busa zapiął pasy mimo że zwykle tego nie robił, bo wylądowałby na desce rozdzielczej. Mruknął coś pod nosem, kiedy szarpnęła, po czym spojrzał na Mel kątem oka. - Nie próbuj tak robić kiedy będzie ślisko. W ogóle postaraj się wtedy mało hamować. - odezwał się chyba po raz pierwszy. No cóż, skoro chciała praktykować, to musiała liczyć się z krytyką ze strony bardziej doświadczonego kierowcy. Tym bardziej, że starał się brzmieć neutralnie, choć nie było łatwo, to jednak się starał. Jeszcze brakuje, żeby się oburzyła, czy coś.
Miała wzrok ganiącej nauczycielki. - Sexy... - mruknęła. - Są gusta i guściki... - życzę powodzenia z Di. - rzuciła mu z uśmiechem. Naprawdę, była ciekawa jak ten chłopak sobie z nią poradzi. Wróciła jednak do książki, by kontynuować czytanie.
- No dobrze, jak byś czegoś potrzebowała to mów - powiedział puszczając do niej oczko po czym wyjął telefon z kieszeni i wysłał SMS'a do Rebeccy: Masz bardzo ładne koleżanki, ale nie w moim guście.
- Potrzebuje ciszy. - mruknęła tak, że i tak nikt jej nie usłyszał.
- Nie Lenny. Ty chyba potrzebujesz czegoś innego - rzuciła w odwecie za jej wcześniejszy tekst na temat Matta.
Rebecca wybuchła nie kontrolowanym śmiechem gdy dostała SMS'a od Matt'a. Zaczęła turlać się po podłodze próbując złapać oddech - Pomocy! – krzyczała. - Jesteś idiotą rzuciła do niego po czym nachyliła się nad Di i ukradła jednego groszka.
Len spiorunowała Dianę spojrzeniem. - Ciszy. - powtórzyła z naciskiem. - Czyżbyś miała na myśli coś jeszcze? - dodała wyraźnie akcentując.
Uśmiechnęła się szeroko i znacząco do Lenny. - No przecież to ty lepiej wiesz, czego potrzebujesz - odparła puszczając oczko do rudej, po czym włożyła groszka do ust.
- Hmm, przed chwilą miałam wrażenie, że było inaczej... - odparła dobitnie.
- Ja tam dziś nie chce spać z tobą i Setem w jednym pokoju - mruknęła z perfidnym uśmiechem, po czym zmów wrzuciła sobie groszka do ust. W końcu Lenny będzie musiała w jakiś sposób rozładować tę całą frustrację, prawda..?
- Dobry Razjelu, trzymajcie mnie! - krzyknęła, nie mogąc się opanować. Czy Di musiała tak podsycać jej irytację?
- Nie denerwuj się Lenny, złość piękności szkodzi - mruknął Matt znad telefonu.
Podsunęła paczkę Becki. - Częstuj się - zachęciła ją po czym przeniosła spojrzenie na rudą. To była Diana, oczywiście, że musiała. Poza tym nawet nie zaczęła rzucać dwuznacznymi tekstami, a Lenny już zaczęła się denerwować, jakby na prawdę było czym. - Lenny. A może groszka?
Wyjechali z miasta i gnali ku Górom Skalistym. Drogi stały się bardziej puste, a teren mroźniejszy. W ciągu paru godzin powinni już grzać się w swoim domku i siedzieć tam przez bity tydzień. Clave z pewnością zafundowało im wiele atrakcji. Niemal zapomniała o obecności Nate’a, dopóki się nie odezwał. Przytaknęła głową, tym samym przyswajając uwagi. Z tyłu znowu rozległy się gromkie śmiechy. Melissa westchnęła. – Idź sprawdzić o co chodzi. – Powiedziała do niego, nadal patrząc na drogę. – Jest pusto. Nic się nie stanie. – Nie wiedziała czy akurat nic się nie przytrafi. Znając jej szczęście z pewnością na coś wjedzie lub coś rozbije. Hałasy z tyłu zaburzały jej koncentrację na drodze. Nie chciała przecież spowodować wypadku.
- Di, ja naprawdę jestem bardzo... - wzięła haust powietrza. -... bardzo spokojna. - Easy, Len, to tylko Diana, rzuciła sobie w duchu. - Uch, po za tym, myślę, że z Nate’m będziecie mieli dość zajętą noc. - mruknęła pod nosem, widząc zbliżającego się chłopaka.
- No wiesz Lenny. Ze mną i z Natem, to nie do końca tak jak z tobą i z Setem - odparła poruszając brwiami rozbawiona, po czym zerknęła w stronę Nate'a.
- Co mas zna myśli? – ruda uniosła brwi.
- Lepiej przyznaj się Lenny, co tobie chodzi po głowie - odparła odbijając piłeczkę.
- Yeah! - dało się słyszeć z przodu donośny, ochrypnięty baryton Nate'a. - Trzymamy czystość do ślubu, prawda Di? - wyszczerzył się rozbawiony ciesząc się w duchu, że dziewczyna nie widzi teraz jego miny.
- Mi? Co mi chodzi po głowie? - zaśmiała się. - Di, spokojnie, przecież to tylko ja! - Okay, okay Di. Żarty żartami, ale serio chcę poczytać.
James tak naprawdę nie znał tych wszystkich ludzi, jako że do Instytutu przyjechał dopiero wczoraj. Mimo to nie został w Instytucie, święcie przekonany, że to będzie wyśmienita okazja, by jakoś wkręcić się w towarzystwo. Teraz jednak siedział na samym tyle, ze słuchawkami na uszach, wpatrując się w mijający krajobraz. Nie zamierzał wcinać się w niczyją rozmowę, zatem odpłynął myślami, opierając skroń na palcu. Docierały do niego tylko szmery.
Po długich godzinach jazdy, która przebiegła dość spokojnie, zważywszy na to, że Melissa kierowała, dotarli na miejsce. Z daleka można już było zobaczyć grubą warstwę śnieżnego puchu i poczuć zimno. Ludzie ze sprzętem narciarskim kierowali się na najbliższy stok, a inni szli na pobliskie lodowisko. Ich domek znajdował się blisko centrum miasta, więc bez problemu mogli się wszędzie dostać w krótkim czasie. Mel otworzyła drzwi i założyła kurtkę. Opuścili bus w mgnieniu oka. Z pewnością każdy miał już dosyć siedzenia. Wyciągnęli swoje bagaże i udali się do domku.
A zanim weszli do domku, Di zamiast ciągnąc za sobą swoją walizkę, zostawiła ją w spokoju i zaczęła lepić śnieżne kule, żeby porzucać sobie w ludzi. Pierwsza oczywiście dostała Len, Następny był Nate, a zaraz potem Mel. A co! Niech się trochę ożywią. Już zaczęła lepić kolejną kulkę, żeby przywalić nią Becky. Taki tam mały atak z zaskoczenia.
Becky schyliła się, gdy zauważyła ataki Di. Ulepiła śnieżkę i rzuciła nią w Dianę - Co chciałaś to masz! - krzyknęła lepiąc następne kulki.
Len wstała ze swojego miejsca, zamykając książkę i chowając ją do torby. Narzuciła fioletową, narciarską kurtkę na ramiona, zbierając się do wyjścia. Teraz znów będzie musiała siłować się z wiolonczelą. Powoli zeszła ze schodków busa, dotykając stopami śniegu. Jakie to było wspaniałe uczucie znów móc deptać białe podłoże. Stając obok bagażu nie zdążyła się nawet obejrzeć, gdy dostała śnieżką od Di. - Oh, jeszcze nawet się nie rozpakowaliśmy! - krzyknęła. Otrzepała się z resztek śnieżki, a następnie nachyliła się po swoją szarą walizkę. Zaraz potem przyszła kolej na wiolonczelę. Tym razem było trudniej.
Niespodziewanie dostała śnieżką prosto w twarz i o mały włos się nie wywróciła. Zimno. Nienawidziła śniegu i nie wiedziała czemu z nimi pojechała. Jednak nie mogła dać Dianie satysfakcji. Szybko zgarnęła śnieg i ulepiła kulkę. Wcelowała prosto w kark dziewczyny.
Wyskoczył z pojazdu, przeciągając się leniwie. Większość drogi przespał, ale teraz wstąpiła w niego nowa energia. Uwielbiał zimę, śnieg, i wszystko co z tym związane. Ledwo postawił walizkę, a już musiał się uchylić przed śnieżką wcelowaną w Lenny. Pogratulował w duchu Di za rozgrzanie atmosfery i rozejrzał się z diabelskim uśmiechem. Jego oczy szybko wyłapały, znajomą, męską postać. Trafił idealnie, bo Nate właśnie oberwał śnieżnym pociskiem. Chwycił z ziemi garść śniegu i wziął rozpęd, by zaraz z dzikim wrzaskiem rzucić się na plecy swojego parabatai. Oboje upadli na ziemię, a Set, stwierdzają, że to nie wystarcza, począł śniegiem mierzwić mu włosy. Nawet, jeśli Nate go przez to zabije, to stanowczo było warto.
Nate z ulgą przyjął koniec trasy, jednak ledwo co wyjął torbę z bagażnika i skierował się w stronę domku, a właśnie wtedy ktoś przyłożył mu śnieżką prosto w kark. Może nie tyle bolało, co przyprawiło o nieprzyjemny dreszcz, gdy dostało się za kołnierz. Warknął więc zaskoczony, puszczając torbę i zaczynając się go pozbywać z kaptura. - Zabiję! - oznajmił, łypiąc już za potencjalną ofiarą.
Becky ulepiła kolejną śnieżkę po czym rzuciła nią w stronę Diany. Wszyscy na nią jedną, raczej jej się nie uda wygrać tej bitwy.
- Auć - jęknęła dostając kulką, nie chodziło o ból, bo boleć nie bolało, ale zimny śnieg wpadł jej za kołnierz. Spojrzała na Mel, do tej pory jeszcze nikt jej nie trafił. Złapała trochę śniegu i ruszyła do ataku na Mel. Nie miała zamiaru jej rzucać, a wręcz natrzeć, w tym milusim, białym puchu. Dostała jeszcze po kurtce od Becki, ale teraz się tym nie przejmowała, później się nią zajmie.
Nie była teraz w nastroju do śniegowej bitwy, jednak postanowiła nie przepuszczać okazji. Pierwsza jej kulka poleciała prosto w głowę Di, jako podziękowanie, a następnie oberwała Becky. Lenny zaśmiała się widząc ich miny. Wszyscy byli tacy beztroscy i radośni. Kolejna śnieżka miała dopaść Mel, ale w tej chwili Set i Nejt napatoczyli się na tor jej lotu. Oberwali po równo, a rudowłosa, zanim ktokolwiek się zorientował, uciekła z pola ich wzroku, szykując się do natarcia białym puchem niedoszłej ofiary.
       Uśmiechnęła się wyzywająco widząc, jak Diana obrywa od niej kulką śniegu. Od dawna nie toczyła wojny na śnieżki, bo w Los Angeles świeciło wieczne słońce. Mina jej zbrzydła, gdy zobaczyła jak Nocna Łowczyni niebezpiecznie się do niej zbliża. Już miała obrócić się i uciec, gdy poślizgnęła się na lodzie i wylądowała w zaspie. Trochę śniegu wpadło jej za kołnierz, ale szybko się podniosła. Nie chciała być łatwym celem. Uformowała parę kul i zaczęła rzucać w Dianę i Lenny, które miały do niej takie same zamiary.
Len sprawnie unikała kul Melissy, coraz bliżej się do niej zbliżając. Jeszcze chwila i brunetka będzie cała w śniegu.
Yen stała z boku, ale gdy zobaczyła jak towarzystwo świetnie się bawi, nie mogła sobie zabronić takiej rozrywki i ruszyła w wir walki. Podniosła śnieg, ulepila kilka kul i kolejno rzuciła w Mel, Len i Dianę.
Trafiło w nią kilka kulek, ale kto by się tym przejmował. Leny też się zajmie w swoim czasie. Zrobi jej zieloną noc w odwecie, albo coś. Ale na razie ćśiii. Niech sobie myśli, że może z Dianą spać spokojnie w jednym pokoju. Tymczasem brunetka całym swoim rozpędem wpadła w zaspę, w której siedziała Mel i z całkiem sporym kawałkiem ulepionej byle jak kuli zaczęła z dziecięcą radością nacierać dziewczynę.
Kurwa, a to co, jakiś nalot? Obrywa śnieżką, ładuje z ryjem w śniegu, nacierają mu łeb i znów trafiają śnieżką? Co prawda słyszał Seta nadbiegającego z tyłu, ale było za późno by się obrócić, nawet jak dla kogoś z runą szybkości. Tyle dobrze, że Set nie był kupą mięśni, bo upadek mógłby być jeszcze bardziej nieprzyjemny. Gdy tylko udało mu się poderwać łeb wydmuchnął śnieg z nosa, splunął nim. - ZABIJĘ! - powtórzył, tym razem jednak rechocząc. Nie miał się za bardzo jak bronić, oparty rękoma by móc mieć głowę w górze. - POŻEGNAJ SIĘ Z WŁOSAMI SET, OGÓLĘ CIĘ NA ŁYSO! - uniósł nogę, zahaczając się o łydkę parabatai. To dało mu odniesienie do krokodylego obrotu i wgniecenia perkusisty w śnieg.
A James ciesząc się w duchu tym, że nikt nie zwraca na niego uwagi, po prostu wartkim krokiem ruszył w stronę domku z walizką, zanim przypomną sobie o jego istnieniu i też zbombardują.
Lenny przewróciła się, gdy Diana z radością doskoczyła Mel. Wstała i otrzepała się, obserwując równocześnie jak Nate i Set tarzają się w śniegu. W oddali zauważyła jeszcze chłopaka oddalającego się już do domku. Szybko ulepiła śnieżkę i rzuciła nią w niego, trafiając w plecy. Stała uśmiechając się i ciesząc atmosferą.
Nie mógł przestać się śmiać, widząc Nate'a plującego śniegiem na wszystkie możliwe strony. Dawno już nie mieli razem tyle zabawy, to zupełnie przypominało ich wcześniejsze wybryki w Instytucie, kiedy byli jeszcze młodsi. Wiedział, że większej krzywdy mu nie zrobił, oprócz całkowitego nieładu na głowie i zimnego śniegu wpadającego we wszystkie dostępne miejsca. Znów dostał ataku śmiechu, który został przerwany wrzaskiem Nate'a. Ani się obejrzał, a już sam leżał w śniegu, przez parę sekund gapiąc się na swojego parabatai. Zaraz jednak wrzasnął, doskonale udając kobiecą rozpacz i chwycił się za włosy z przerażoną miną.- Nie! Tylko nie moje cudowne, lśniące włosy! TO MÓJ SSSSSKARB!
Ciesząc się z udanego ataku na Mel, wygrzebała się z zaspy, po czym zaczęła lepić kolejne kulki, jedną przywaliła Yen, bo chyba od niej dostała, kolejne dwie poleciały w stronę Len celnie trafiając w brzuch i w ramię. Ta na ramieniu rozprysła się i chlapnęła jej śniegiem po twarzy. Gapiła się na jakiegoś nieznajomego chłopaka, więc była łatwym celem. Rzuciła w nią jeszcze jedną kulką, tak na rozbudzenie, po czym ulepiła kolejną i poczęstowała nią nowego, który próbował cichaczem zwiać z pola walki. - Nic z tego kolego - rzuciła za nim, po czym zlepiła w rekach kulkę i wycelowała nią w Yen.
Nate krótko mówiąc wykorzystał swoją wagę do unieruchomienia przeciwnika, jedną ręką trzymając go za łeb, a drugą zagarniając śnieg. Wcisnął mu go pod koszulkę, lecz nim zdążył zrobić cokolwiek więcej, usłyszał piskliwy odgłos wydobywający się z gardła Seta. Był tak nienaturalny i arcykomiczny, że Nate parsknął śmiechem, a potem zaniósł się nim na dobre, zwalając się z bruneta na śnieg. Obrócił się na grzbiet i rechotał do rozpuku, łapiąc się za brzuch. - Kurwa, rozłożyłeś mnie!
Len upadła do tyłu z zaspę, zanosząc się śmiechem. Oberwała jeszcze kilka razy od Di, ale nie przejmując się tym, zaczęła robić aniołka w śniegu. Kilka razy rozłożyła ramiona i nogi, a następnie na dobre rozłożyła się na śniegu, patrząc w białe niebo.
James zesztywniał na chwilę, trafiony w grzbiet. Przewrócił oczyma, uśmiechając się jednak, kiedy obracał się na pięcie celem zlokalizowania ofiary. Niestety nie wiedział kto w niego rzucił, zatem ze spokojem - miał czas, był poza polem rażenia - zgarnął trochę śniegu i ulepił śnieżkę nie za mocno, bo wiedział jak może boleć cios dobrze ugniecioną kulą, a przecież nie o ból tu chodziło, tylko zabawę. Z błyskiem w oku wycelował w jedyny nieruchomy cel czyli Lenny i zaśmiał pod nosem, gdy trafił w brzuch. - Punkt! - wrzasnął, niewiadomo po co, unosząc zwycięsko pięść.
Di teraz żałowała, że nie założyła wcześniej rękawiczek, ale mówi się trudno, kurtkę też miała nie zapiętą, przez co śnieg poprzyczepiał jej się do czerwonego swetra. W sumie to miała go wszędzie, za kołnierzem, we włosach, w butach. Wygrzebała się z zaspy, na ustach królował jej radosny uśmiech, policzki mimo oliwkowej cery lekko się zarumieniły. Odetchnęła głęboko, a z ust wydostał się obłok białej pary. Otrzepała się i podeszła do swojej zostawionej pod busem walizki. Chwyciła ją i zaczęła ciągnąć za sobą, a przechodząc obok Lenny uśmiechnęła się szeroko. - Wstawaj ruda, czas na grzańca - rzuciła z rozbawieniem, po czym spojrzała w stronę chłopaków, zaśmiała się pod nosem i pokręciła głową w wyrazie dezaprobaty, następnie ruszyła w stronę domku, który trzeba było przyznać, był całkiem okazały.
- Ej! - krzyknęła, choć nie wiedziała do kogo. Chwyciła się za brzuch i teraz była w pozycji siedzącej. - To za łatwe! - rzuciła ze śmiechem. Uzbierała śniegu sprzed stóp, i lepiąc go, rzuciła do bruneta, który wcześniej ją zaatakował. Następnie, słysząc uwagę Di, wstała, otrzepując się i ruszyła wesołym krokiem w stronę swojej walizki.
Zaśmiał się w odwecie na rozbawienie dziewczyny, w ostatniej chwili unikając śnieżnego pocisku. Mrugnął do niej ulotnie, choć z odległości niekoniecznie mogła to zobaczyć. - Było się nie kłaść. - zawołał do niej wesoło, po czym pokręcił nosem do siebie i chwytając znów walizkę ruszył za nieznajomą z rozpiętą kurtką.
Nie miała zamiaru ceregielić się ze wszystkim, przeszła przez krótki hol, salon i weszła na górę po schodach. Czy raczej wciągnęła na górę walizkę, nie była jakaś strasznie ciężka w sumie były tam tylko ubrania i parę innych niezbędnych rzeczy. Wpakowała się do pokoju i wypróbowała jedno łóżko, później drugie. Oba nad wyraz wygodne, uśmiechnęła się pod nosem, po czym ściągnęła buty, w których było jeszcze trochę śniegu. Weszła do łazienki i wytrzepała śnieg nad zlewem, po czym zabierając ze sobą buty z powrotem zbiegła na dół i postawiła je w holu. Czas rozejrzeć się po domku...
Wrzasnął, czując na piersi śnieg, który szybko zamienił się w strugi zimnej wody pod wpływem gorącej skóry. Potarł klatkę przez kurtkę, nadal jednak szczerzył zęby w uśmiechu, dusząc chichoty w gardle. Niespodziewanie został uwolniony, rozbroił bowiem Nate'a swoimi nadzwyczajnymi umiejętnościami aktorskimi, które nabył... Nie, z tym trzeba się urodzić! Zobaczył kątem oka, jak ten pada obok, niemal krztusząc się własnym śmiechem i także nie wytrzymał, rechocząc jak szalony pomiędzy przerwami na złapanie zimowego powietrza w usta i wtłoczenie go do płuc.
Chwyciła rączkę walizki i chwyciła wiolonczelę w futerale. Niełatwo było tak iść, ale jakoś sobie poradziła. Kiedy przechodziła obok chłopaków, oni nadal bawili się w śniegu. Zgarnęła nogą trochę śniegu w ich stronę. - Tylko się nie utopcie w piaskownicy, dzieci. - rzuciła, chichocząc i ruszając w stronę domku. Gdy już do niego doszła, odłożyła cały bagaż z ulgą i odetchnęła. Ręce miała czerwone od zimna, tak samo jak nos i policzki. Trzeba będzie ogrzać się w kominku, pomyślała z uśmiechem.
Odwiesiła jeszcze kurtkę na wieszak i weszła do salonu. W kominku palił się ogień, chyba ktoś to musiał przygotować przed ich przyjazdem. Ciekawe ile Clave za to buliło... Ale z drugiej strony co tam, należy im się. Przeszła przez salon wchodząc do kuchni, zajrzała do lodówki, szafek. Było nawet jedzenie. Wow. Wróciła do lodówki i wyciągnęła z niej czerwone wino oraz pomarańcze. Do grzańca akurat, nie chciało jej się tym zanadto bawić więc rozlała do dwóch niedużych kubków trochę wina, wsypała trochę cukru i wkroiła pomarańcze, oraz dosypała trochę cynamonu i goździków. W tym momencie usłyszała jak ktoś wchodzi do środka, wychyliła się i dostrzegła Len. - Twój grzaniec właśnie się robi, więc możesz tu przywlec swój seksowny tyłek - rzuciła do dziewczyny, po czym wsadziła oba kubki do mikrofali na minutkę.
- Dzięki, Di. -uśmiechnęła się z wdzięcznością, wchodząc głębiej w mieszkanie. - Jej, ciepło tu. I pachnie... - poczuła wodę na plecach i spojrzała na siebie. - A ja jestem cała w topiącym się śniegu! Nienawidzę was. - zmrużyła oczy, dławiąc kolejną salwę chichotu. Wytupała buty i zostawiła je przy drzwiach, chwilę później dołączając do Di. - Jak przytulnie... - mruknęła, obejmując się ramionami.
Siedząc na piętrze pogrążona w lekturze, dopiero teraz usłyszała śmiechy zza okna. Wyjrzała przez nie i jej oczom ukazał się bus i kilku Nocnych Łowców bawiących się w śniegu, z czego dwóch siłowało się... Na leżąco? Uśmiechnęła się pod nosem rozbawiona tym beztroskim, dziecinnym zachowaniem. Odłożyła książkę na etażerkę stojącą obok łóżka. Postanowiła się przywitać z resztą. W tym celu ruszyła po schodach w dół. Zahaczyła o kuchnię - zachęcił ją zapach grzańca. A wchodząc do niej, nie pozostała nie zauważona.
- Kłamiesz. Uwielbiasz nas - odparła z rozbawieniem poruszając zabawnie brwiami, po czym jej spojrzenie padło na dziewczynę stojącą w drzwiach. Zmarszczyła lekko brwi, nie znała jej, no ale cóż. Tego chłopaka, którego wyminęła przed wejściem do domku też nie znała, jak widać trzeba było nadrobić zaległości. Poza tym nawet mimo długiej podróży miała teraz wyśmienity humor, chyba przez tę bitwę śnieżną. - Cześć, jestem Diana. Chcesz grzańca? - rzuciła w ramach powitanie, kiedy to mikrofala dała o sobie znać, że grzańce gotowe.
- Wcale nie kłamię. - powiedziała, nieudolnie maskując śmiech. Słowa Diany przykuły jej uwagę, więc odwróciła się. Omal serce jej nie stanęło. Z gardła wydarła taki krzyk, że pewnie słyszeli ją, i chłopacy przed domkiem, i wszyscy, którzy już tu byli. Nie mogła uwierzyć własnym oczom, święcie przekonana, że niedowidzi. Czuła się jakby jakaś jej część właśnie wskoczyła z powrotem na miejsce. - BLEEEEEEEEEEEEEEEEESIE! BLESSIE! BLESSIE! BLESSIE! - zerwała się natychmiast i z pędem wpadła w przyjaciółkę. - TO TY, TO TY, TO TY! NIE WIERZĘ! - Len aż popłakała się ze szczęścia, jak najmocniej ściskając swoją parabatai. Bała się wypuścić ją z objęć. - Najlepszy prezent gwiazdkowy w życiu. - szepnęła prosto do jej ucha ze wzruszeniem.
Diana zasłoniła uszy nie mogąc znieść tego pisku. I pomyśleć, że ten dźwięk pochodził z ludzkiego gardła. Nie do końca wiedziała, kim jest dziewczyna stojąca w progu kuchni, ale nie miała wątpliwości co do tego, że Lenny ją zna. - Lenny, błagam - jęknęła, chociaż to chyba nawet nie miało siły przebicia, biorąc pod uwagę sposób w jaki rudowłosa okazywała swoją radość.
James już miał skierować się ku schodom ze swoją walizką, gdy na drodze stanęła mu wysmukła, ponętna postać. Uśmiechnął się zatem ku niej z całą swoją otwartością, nie mając w zwyczaju nieśmiałości tudzież innych dziwacznych, aspołecznych zachowań. Zaśmiał się mimowolnie, a w gardle zawibrował ciepły baryton. - Cześć. - przywitał się z typowym dla siebie, australijskim akcentem i nieco uspokoił rysy twarzy, choć nie przestawał się uśmiechać. Opierając dłoń o pierś, skłonił się żartobliwie i krótko. - Jestem James. Za grzańca podziękuję, nie przepadam. - przymrużył nieznacznie powieki, skupiając swoje przepełnione energią, jasne spojrzenie na jej twarzy. Już brał wdech, by coś dodać, jednak wtedy padli ofiarą dziewczęcia, które nieco zbyt głośno okazywało swoją radość. Wyparł to szczerym, serdecznym śmiechem, gdy im się przyglądał. Można powiedzieć, że przejął ich wyśmienity nastrój, łatwo wchłaniał aurę otoczenia.- Zaraz wrócę. - powiedział w końcu, ni to do Diany, ni to do reszty, wskoczył na schody i zniknął na górze.
Spojrzała za chłopakiem, który zniknął wbiegając po schodach na górę. Jak nie to nie, więcej dla nich. Z drugiej strony, jak można nie przepadać za grzańcem, przecież on jest przepyszny. Wzruszyła jednak ramionami i przerzuciła spojrzenie na nieznajomą dziewczynę. - A może Ty chcesz grzańca?  -Zagadnęła, kiedy już Len się od niej oderwała.
- Jasne, dzięki. - odparła z uśmiechem. Kubek, który podała jej dziewczyna, był strasznie gorący, więc chwyciła go przez rękawy swetra. - Kiedy przyjechaliście? - zagadnęła upijając napoju.
Przez chwilę rechotali jakby ich kto opętał, nie przejęli się nawet tym, że Lenny obsypała ich śniegiem. Kiedy tylko Nathaniel odzyskał oddech, oczywiście odprowadził ją spojrzeniem, lecz potem skupił rozigrane spojrzenie na Secie, który też zaczął skracać wodze rozbawieniu. Nate oddychał jeszcze nieco ciężej, jednak w jego hebanowych ślepiach wszystko zaczęło się tonować, aż wreszcie płomień ekscytacji ustąpił ciepłym iskrom, oddającym doskonale jego przywiązanie do swojego parabatai. Wiedział, że byłby w stanie rzucić się za nim płomienie lub między zgraję rozsierdzonych wampirów, skala niebezpieczeństwa nie grałaby roli gdyby cokolwiek zagrażało zdrowiu lub życiu Seta. Zdarzało się, że Nathaniel bywał wydalany z jednego czy drugiego Instytutu za pomniejsze grzeszki, a wtedy Set podążał za nim i mógł być pewien, że jego parabatai zrobiłby dla niego to samo. Na sinych z wyziębienia wargach bruneta zatlił się uśmiech, jednak wolny od wrodzonej agresji, przepełniony najczystszą braterską miłością jaką można żywić do drugiego człowieka.
Gdy Set usiadł, Nefilim bez namysłu zagarnął go ramieniem, opierając łapę na jego potylicy, by przygarnąć jego czoło do swojego torsu. Był w tym zwyczajowy, męski brak delikatności, więc trudno mówić o jakimkolwiek rozczuleniu. Najpierw poczochrał mu włosy, a potem poklepał po mokrych plecach, zaśmiewając się pod nosem. - Kocham Cię, stary. - wyznał, co zdarzało mu się niezbicie rzadko, a zaraz po tym puścił Seta, by móc podnieść się ze śniegu. No cóż, co za dużo to nie zdrowo, a perkusista i tak otrzymał dziś cholernie dużo uczuć od Nate'a. Wyciągnął do niego dłoń.- Wstawaj i wskakuj mi na bary. Zdobędziemy ten szczyt. - tak jak robili to kiedyś. Crow zmarszczył zadziornie nos.
- Dosłownie przed chwilą - odparła, nadal chyba nie zdając sobie sprawy z tego jakim cudem udało im się dotrzeć na miejsce w jednym kawałku, bo po Mel za kierownicą można się wszystkiego spodziewać. Jak widać, Nate w roli pilota całkiem nieźle się sprawdził. Diana wzięła sobie teraz drugi kubek, a z racji tego, że rzeczywiście był gorący również i ona zaczęła trzymać go przez sweter. Upiła łyk rozkoszując się tym cudownym napojem bogów, po czym ruszyła do salonu ogrzać stópki przy kominku. - Idziesz? - Zagadnęła do dziewczyny, dając jej tym samym znać, że zamierza ulotnić się z kuchni.
- Mhm. - mruknęła w odpowiedzi i podążyła za dziewczyną do salonu. W sumie, chciała się ze wszystkimi przywitać, ale ten grzaniec był taki ciepły i smaczny... Olać to - pomyślała - na pewno przy okazji wszystkich poznam.
- Nie martw się jeszcze zdążysz - odparła posyłając dziewczynie nieznaczny uśmiech i mocząc usta w czerwonej, gorącej cieczy, którą miała w kubku. - A ty dawno przyjechałaś? - Zagadnęła, bo dziewczyna nie wyglądała jakby dopiero co weszła do środka, tak jak oni. Diana weszła do salonu i usadowiła się na kanapie, po czym wyciągnęła stópki w kierunku kominka, skarpetki miała lekko wilgotne, ale chwila i wyschną.
- Hmm. Jakieś półtorej godziny temu - odparła patrząc na zegar. - W przeciwieństwie do was zdążyłam się rozgrzać - posłała dziewczynie lekko współczujące spojrzenie uśmiechając się - ale na początku nawet w środku była totalna lodówa. - dodała upijając kolejny łyk grzańca i nawet nie zauważyła, kiedy wypiła nieco ponad połowę kubka.
Yen odniosła swoją walizkę do pokoju. Była tam już jedna, ale dziewczyna nie wiedziała do kogo należy. Nie chciała teraz marnować czasu na rozpakowywanie, więc zeszła drewnianymi schodkami na parter. Naprzeciwko zobaczyła salon w którym siedziała już duża grupka Nocnych Łowców.
To była taka przyjemna odmiana, oderwanie się od rzeczywistości i powrót do starych nawyków. W tej chwili kompletnie wyleciały mu z głowy problemy, z jakimi się ostatnio borykał i jakoś nie miał chęci do nich wracać. Zamiast tego, próbował zapanować nad własnym oddechem, bo płuca wyraźnie odmawiały posłuszeństwa, ustępując falom niekończącego się śmiechu. Zerknął na Lenny kątem oka, kiedy obsypała ich śniegiem. I tak było mu już cholernie zimno, więc nie zrobiło mu to większej różnicy, kiedy trochę więcej śniegu wsypało się za kołnierz. Ciemne włosy były teraz całkowicie przemoczone, a gdzieniegdzie pouczepiały mu się kryształki lodu. Powoli się uspokajał, w końcu kiedyś było trzeba dowlec się do tego domu. Oboje nie musieli wiele mówić na temat tego, ile gotowi są poświęcić dla siebie nawzajem. Wiedzieli oni, wiedział świat, że mogli rzucić dla siebie własne życie na okup śmierci. Już na samym początku zdawali sobie z tego sprawę, kiedy na ich skórze nakreśliła się ta jedyna, niezwykła runa. Spędzili ze sobą sporo lat, a więź pogłębiała się każdego dnia i nie mogło mieć to końca. Jeszcze paręnaście lat temu Set nie pomyślałby, że zwiąże swój los z drugim człowiekiem, że powierzy mu własne życie i odbierze w zamian to samo. Mógł jedynie chlubić się z własnego wyboru, a także tego uśmiechu przeznaczenia. Był jednym z tych szczęśliwców, którzy nie musieli przez życie iść samotnie. I za to właśnie był ogromnie wdzięczny Nate'owi. Że stał przy jego boku.- Mów ciszej. Diana nie może wiedzieć, że masz kochanka.- Mruknął w przerwach między oddechami i chichotem. Powoli podciągnął górną partię ciała, strzepując z włosów resztki pozlepianego śniegu, kiedy jego parabatai przygarnął go do siebie. Dla zasady Set podjął teatralne próby wyrwania się z uścisku, co oczywiście zakończyło się klęską. Kiedy ten wstał, bez wahania chwycił jego dłoń i zwinnym ruchem, jakby robił to codziennie, usadowił się na jego barkach z wrzaskiem rozradowanego dziecka. Choć Set był mizerniejszej postury niż jego parabatai, przewóz odbył się chwiejnymi krokami w śniegu. Set lekkim kopnięciem otworzył drzwi, przygotowując sobie drogę, a Nate ugiął kręgosłup, żeby pasażer nie stracił przytomności z powodu drewnianej belki. Wsunęli się w ten sposób do środka i wszystko byłoby w porządku, gdyby Set i podskoczył nieznacznie do góry z okrzykiem "Zdobyliśmy ten szczyt!". Bo właśnie wtedy ciemnowłosy pod nim stracił równowagę i oboje padli na podłogę. Wytatuowany chłopak po raz kolejny zaniósł się nieopanowanym śmiechem, przylepiając policzek do desek.
- To Ty napaliłaś w kominku? - Zapytała skupiając lekko zaskoczone spojrzenie na Bless. Jednak jej uwaga zaraz skupiła się na wchodzącej nieśmiało do salonu Yen. -Chodź Yen, zagrzejesz się - zawołała do niej, po czym uśmiechnęła się szeroko. - Chcesz grzańca? - Zagadnęła dziewczynę, bo w tej chwili była w tak dobrym nastroju, jak chyba nigdy dotąd.
W salonie panowała przyjemna, ciepła atmosfera. W kominku buchał ogień, a każdy trzymał w ręku kubek z jakimś napojem. - Tak, bardzo chętnie - odpowiedziała na pytanie Diany. Od razu dostała takie samo parujące naczynie z grzańcem. Odgarnęła włosy z twarzy i usiadła na poręczy fotela.
Choć Nathaniel szczycił się siłą i ciężar Seta poparty dwojgiem toreb nie przeszkadzał jego plecom, dwaj prawie dwumetrowi Nefilim tworzyli dość wysoką kolumnę, a jak wiadomo im obiekt wyższy, tym grawitacja silniej ściąga go w dół. Nate wciąż parskał śmiechem, gdy udawało im się mimo pochyłów zostać w pionie, głównie dzięki runie równowagi Nejta i zręcznemu manewrowaniu torbami Seta. Brunet wspiął się po drewnianych schodach, i gdy tylko parabatai otworzył mu drzwi, przygarbił grzbietu, by wejść do środka, zaskowyczał niczym młody wilk, w odwecie do radosnego okrzyku siedzącego mu na barkach Łowcy. Radość nie trwała długo, bowiem pochylony Crow nie był od tego, żeby po nim skakać. Jego brat ich przeważył i nawet runa nie mogła tu pomóc. Nathaniel z wyrazem zaskoczenia na twarzy zmusił się do kroku w przód i wyciągnął ramiona. Byłby spadł na cztery, gdyby przelatujący mu przez łeb Warre siłą rzeczy nie ściągnął go w dół na deski. Nate znów wyłożył się jak długi z ramionami po bokach, śmiejąc się jak kretyn w panele. Torby przesunęły się po ziemi. Okręcił łeb do swojego parabatai. - Jesteś pojebany, Set. - sapnął z rozbawieniem. Przynieśli ze sobą podmuch mroźnego powietrza, więc leżący na panelach Nathaniel wychylił na oślep nogę, by ciężkim butem domknąć drzwi i tym drobnym akcentem zakończyć przedstawienie. I tak leżał, głośno oddychając. Nie chciało mu sie zebrać z ziemi. Uniósł tylko rękę, ale po chwili zarówno dłoń jak i noga uderzyły bezsilnie w drewno. Było rozkosznie ciepłe, przyciągało. - Cześć.
Spojrzała w kierunku drzwi trochę zaskoczona wejściem dwóch Łowców. Chociaż nie. Oni nie weszli, oni tu chyba wpadli. Diana wtuliła się bardziej w kanapę czując podmuch zimnego powietrza, nie oderwała jednak od nich rozbawionego spojrzenia. Byli mokrzy, potargani, wymęczeni, ale szczęśliwi. Pokręciła głową z dezaprobatą, ale na ustach i tak pojawił jej się szeroki uśmiech, zagryzła wargę, żeby nie szczerzyć się jak idiotka. To chyba ten klimat gór. - Emm.. Jak już zakończycie randkę z podłogą, to w kuchni macie grzańce - rzuciła do chłopaków tym razem podciągając nogi pod siebie i wygodniej sadowiąc się na kanapie. Upiła łyk ze swojego kubka, coś jej się wydawało, że nie skończy się dziś na jednym.
- O Matko... - wysapała z uśmiechem, stojąc w salonie z kubkiem. Słyszała jak Diana rozmawia z Blessie, ale w tej chwili miała tylko jeden zamiar. Zobaczyła jak chłopacy wchodzą do domu i pomachała im wesoło, puszczając oczko. - Pogadamy później, teraz zabieram tą osóbkę na prywatne kółko różańcowe! - radośnie chwyciła Bless za rękę, ciągnąc ją na górę po schodach. - Nie ma bata. - powiedziała już tylko do parabatai. - Teraz to ty mi musisz wszystko opowiedzieć.

Gabrysiowa dezaprobata rosła z każdą chwilą

Diana  Gabriel   Jasmine  Kai   Elizabeth  Yennefer  Melissa  Set   Nathaniel   Marlene  Rebecca 

       W końcu! Znalazła ją. Dlaczego wcześniej nie mogła na to wpaść? Bo gdzie szło najszybciej znaleźć Dianę, jak nie w barze, pubie, klubie? Zbędne skreślić... Syknęła pod nosem, podchodząc do dziewczyny i wyrwała jej papierosa z pomiędzy palców, zaciągając się. — Ja jebię! — wycedziła na wstępie, w swoistej formie: "cześć". Od razu przeszła do sedna, opierając się z frustracją o ścianę klubu — Nie załatwił tego, ogarniasz? Miesiąc czasu i on tego, kurwa, nie załatwił, skurwiel... — zaciągnęła się znów i zacisnęła palce na papierosie, aż połamał się na pół, wtedy oddała go Dianie —Co się dzieje? — dopytała już mniej "entuzjastycznie" o kwestię Nocnych Łowców.
       Nie żeby była jakąś palaczką z zamiłowania, ale poczęstował ją jakiś całkiem przystojny gość zapewne, żeby im się lepiej rozmawiało, zdążyła jednak zamienić z nim może ze dwa słowa, kiedy wparowała Jaim, ze swoim "cześć". Na słowa dziewczyny brunetka zmarszczyła brwi z początku nie bardzo wiedząc o co jej chodzi, no i jeszcze zabrała jej fajkę. Mruknęła coś pod nosem, zdążyła bowiem zapomnieć o akcji, kiedy przyszło im zwiewać przed jakimś kolesiami, którzy postanowili urządzić siebie małe polowanie. - Skurwiel...? - wymruczała, bo jednak coś jej tam świtało. Mówisz o Jaredzie..? Czy jak mu tam było...? -Zgadywała jednocześnie odebrawszy od rudej papierosa, a wdząc, że juz za wiele z niego nie będzie, zgasiła go w popielniczce. Rozejrzała się po sali. - Polujemy na jakieś czarownice, czy coś w tym guście. Sama nie wiem dokładnie - westchnęła zgarniając z blatu swojego drinka i upiła łyk.
     — Wiesz, taki sukinsyn, co to go inaczej nie można nazwać niż urodzoną mendą. Gnój taki, co mu mamut na serce nadepnął. I nie dość, że je zmiażdżył to jeszcze skamieniałości zostawił. Ughhh!— była wyraźnie rozdrażniona. Opadła na kanapę na przeciwko Diany i oparła się głową o stolik mrucząc jeszcze całą wiązankę jakiś słów pod nosem, czego nie było wyraźnie słyszeć przez jej ramiona — ... zabiję! — zakończyła już wyraźniej i niechętnie uniosła wzrok mrużąc oczy — To zawsze tego nie robimy?
     Rozejrzała się po sali w poszukiwaniu Melissy, w końcu gdzieś się tu kręciła, tak samo jak i reszta. -Teoretycznie tak.. Ale pytaj Mel, ona zna szczegóły, ja piję drinka. Tobie też polecam zamówić.
     — Mel? — powtórzyła za nią, nie kojarząc nikogo o tym imieniu — eheee. Nie, dzięki. Szkoda mi kasy.
     - Melissa - powiedziała ilustrując spojrzeniem rudą. -Poznałaś ją ostatnio w Instytucie - wyjaśniła, chociaż szczerze powiedziawszy jakoś nie szczególnie jej zależało na tym czy Jaim sobie przypomni czy nie. Dopiła drinka i odepchnęła od siebie szklankę, po czym oparła się o oparcie kanapy. -W sumie jak mamy coś robić, to może lepiej, żebyś jednak była trzeźwa - mruknęła mając na uwadze skłonności rudej do ściagania na siebie wszelkiej maści kłopotów.
     Chodziła po tłocznym klubie w tę i z powrotem, sprawdzając nawet najmniejszy zakamarek sensorem. Wytropienie organizacji Czarowników, którzy bawili się czarną magią, znacznie utrudniało notoryczne wibrowanie urządzenia. Demonicznej energii było tu pełno. Na każdym kroku Eilodony zagadywały Przyziemnych, ale Melissa miała ważniejsze sprawy na głowie, aby integrować. Westchnęła teatralnie i spojrzała na sensor. Skupisko czerwonych kropek widniało w tym samym punkcie. Oparła się o ścianę i zaczęła po prostu obserwować, a nóż na coś natrafi. Tak też się stało. Podejrzane typki weszły do Klubu Requiem i zaczęły zmierzać na pierwsze piętro. Nocna Łowczyni wyciągnęła komórkę i napisała wiadomość do Nate’a. Przydadzą się posiłki. Zaczęła iść w stronę schodów, gdy jej spojrzenie przykuły dwie osoby siedzące na kanapie. – Diana. Jaimie. – Skinęła głową w geście przywitania. – Znalazłam ich. Są na piętrze. – Odruchowo wskazała na górę. – Idziecie? – Zapytała widząc szklanki.
     Wywróciła oczami na słowa Jaim, po czym przeniosła spojrzenie na Mel, która właśnie do nich podeszła. -Ich? Znaczy wiesz ilu ich jest czy idziemy w ciemno? -Zagadnęła zbierając się, żeby podnieść tyłek z kanapy.
     Zamyśliła się przez krótką chwilę. – Około dziesięciu. Prawdopodobnie przywołają demona, czy coś w tym stylu… - Założyła ręce na piersi. – Napisałam do Nate’a. Poczekajmy na posiłki, jest ich za dużo i na dodatek ta cała magia… - Wzdrygnęła się mimowolnie. Magia, tracenie nad czymś kontroli. Nie przepadała za Czarownikami. Potrafili wymazywać pamięć i podsuwać fałszywe wspomnienia. To co robili było nieludzkie.
     Jak zwykle będąc na mieście nie zabrała ze sobą broni. Schowała telefon do kieszeni i spojrzała na Mel. -Siadaj, to pewnie chwilę zajmie zanim wszyscy się ogarną, żeby tu dotrzeć - westchnęła po czym zerknęła jeszcze w kierunku baru zastanawiając się nad kolejnym drinkiem.
     Pierwsza akcja, nieźle. Właśnie dostała telefon od Diany, potrzebowali posiłków. Mówiła coś o jakimś klubie Requiem, o czarownikach. Tylko jak ona, na Anioła miała się tam dostać? Hmm, musiałaby teraz kogoś znaleźć. Wyszła na korytarz, nie za bardzo wiedząc od czego zacząć, gdy zobaczyła ciemnowłosego chłopka zmierzającego w stronę zbrojowni. - Hej, zaczekaj! - krzyknęła. - Hej! Do ciebie też pisali? - zawołała jeszcze raz. Poczuła wibracje i spojrzała na ekran smartphone'a; Diana prosiła o miecze.
       -Dziesięciu czarowników i demon? Wybornie - wymruczała nie kryjąc ironii, po czym wyciągnęła telefon i napisała smsa do Lenny. "Jeśli jesteś jeszcze w instytucie weź mi dwa miecze. "
     Przytaknęła i zajęła miejsce naprzeciwko Nocnych Łowczyń. Wyjęła swoją turkusową stelę i zaczęła kreślić runy, które mogłyby się przydać podczas konfrontacji. Zerknęła na Jaimie, gdy skończyła znak szybkości. Nie pałała do niej zbytnią sympatią. Dziewczyna miała ciężki charakter i całym swoim jestestwem odpychała ludzi. Mel mruknęła coś niezrozumiałego pod nosem i kontynuowała kreślenie run. Sama była zbyt ciekawska, więc może się jakoś z nią dogada.
     Zawiesiła spojrzenie na Mel, bo tak na dobra sprawę nawet nie znała planu działania. -Mamy ich sprzątnąć, unieszkodliwić obcinając im kilka kończyn, czy może ładnie poprosić, żeby przestali? -zagadnęła zerkając w kierunku schodów na piętro.
       Oderwała wzrok od znaku nieustraszoności. – Mamy ich unieszkodliwić, a potem stawią się przed radą i ona zadecyduje co z nimi zrobić. – Pierw oczywiście będą musieli stanąć przed Kai’em, jako, że on obejmował posadę przedstawiciela czarowników i jego głos będzie decydujący, ale uznała, że to nieistotna informacja dla misji. Nocni Łowcy zawsze dostawali najgorszą robotę.
    Miał kiepski dzień. Tak, pan Crow także je miewał. Zawalił ostatni wyścig, dojechał drugi, a za drugie miejsca niestety nie płacą. No cóż, Nate był tak uzależniony od wygranej, że ciężko mu było przełknąć ten fakt, tym ciężej, że przegrywał rzadko. Siedział w pokoju, usiłując dopasować choćby parę dźwięków do nowej kompozycji, jednak nawet gitara nie chciała z nim dziś współpracować. Kiedy dostał wiadomość od Melissy w pierwszej chwili chciał rzucić tylko jakąś kurwą i wyłączyć telefon, jednak w drugiej przez rozgoryczenie przebiła się świadomość, że Mel nie napisałaby do niego w błahej sprawie. Odchrząknął więc tę całą irytację życiem, przetarł zarośniętą mordę dłonią i opierając instrument z pokoju, wybył z pokoju by się przygotować. Tak naprawdę potrzebował tylko miecza i dwóch noży, choć nie wiedział czego powinien się spodziewać. Słysząc za sobą głos, którego nie rozpoznał, przystanął nagle w drodze do zbrojowni, by okręcić ciemny łeb w stronę nieznajomej i błysnąć rąbem kła jak złe psisko. Był to jedynie blady cień, przebłysk, bowiem już po chwili jego rysy ostygły. - Hę? - mruknął, zbyt zaintrygowany tym, że krzyczy do niego jakaś obca, by przetrawić od razu treść pytania. - Ach, tak. Też się wybierasz? - bardziej rzeczowo się chyba nie dało. Dostąpił dwa kroki, otwierając drzwi zbrojowni. - Jeśli tak to chwytaj to co potrzebne, podwiozę Cię, będzie szybciej. - no ale przedstawić się zapomniał, no cóż, jakoś nie myślał o tym, by nawiązać nową znajomość akurat teraz, kiedy trochę im się śpieszyło.
      - Ach... Pewnie jeszcze mamy obwiązać ich ładną czerwoną wstążeczką, i napisać specjalną dedykację dla rady - prychnęła pod nosem kpiąco. Powiedzmy, że jej nastawienie do "władzy" było delikatnie mówiąc trochę krytyczne. Z braku lepszego zajęcia wyciągnęła swoją granatową stelę i podciągnąwszy rękaw skórzanej kurtki zaczęła rysować sobie runę niewidzialności.
    Melissa uśmiechnęła się w jej stronę. – Najlepiej by było. –Schowała stelę do kieszeni, gdy skończyła ostatnią runę. – Mogą współpracować z Nocte Mones, których nie udało nam się namierzyć. – Mówiąc ‘nam’, miała na myśli Clave, do którego jeszcze nie należała. – Może uda się coś z nich wycisnąć. – Powiedziała i zaczęła związywać włosy, aby zbytnio nie przeszkadzały jej w walce.
      Noc wypluła motocykl razem z kierowcą aż pod klub, nie spotkawszy się z protestem. Trudno mu było opisać własne samopoczucie. Najchętniej wylazłby sobie na dach katedry i tam przesiedział tę noc. Taka wizja kreowała się w jego głowie, dopóki nie sięgnął po telefon i nie odczytał wieści od Melissy, którą zaraz skwitował cichym jękiem. Chyba się odrobinę ostatnio rozleniwił, grunt, że trzeba było się ruszyć z miejsca. Zaparkował więc maszynę w dogodnym miejscu i powlókł się do środka. I znów te przeklęte tłumy, naprawdę miał z tym problem. Wzrokiem wyłapał znajome sylwetki, więc nieprędkim krokiem ruszył w ich stronę, rozmasowując lewe ramię, które nosiło jeszcze ślady po prywatnych porachunkach. Przejechał pytającym spojrzeniem po dziewczynach, nie siląc się na powitania. Ależ z niego dusza towarzystwa.
      Chwyciła dwa noże dla Diany, sensor i parę sztyletów. No i jeszcze zapas strzał oraz czarodziejski pył. Spojrzała kątem oka na swojego towarzysza, który również wybierał broń. - Runy? - spytała szybko. Nie było nawet czasu by się przedstawić, ale znaki to podstawowa rzecz, a i tak musieli się śpieszyć. Lepiej, żeby zrobili to teraz.
      Spojrzała na podchodzącego do nich Seta, a widząc jego pytające spojrzenie, kiwnęła głową wskazując na Mel. -Jej pytaj, ja tu tylko sprzątam - wymruczała obciągając rękaw kurtki o podciągnęła teraz prawy, przełożyła stele w lewą rękę. Jak się postara to może nawet nie wyjdzie koślawo.
    Podążyła za spojrzeniem Diany. Skinęła głową w stronę Set’a. – Na pierwszym piętrze grupka czarowników bawi się czarną magią. Mamy ich powstrzymać, ale nie zabijać. Potem staną przed radą. – Wyjaśniła krótko i otaksowała chłopaka spojrzeniem.
    - Tak, dobrze by było. - przytaknął jej słowom, zapinając pas na biodrach. Do pochew doń przytroczonych wsunął dwa noże, natomiast miecz po prostu chwycił w dłoń. Stelę miał jak zwykle w kieszeni, choć nie zamierzał rysować run teraz. Głupio byłoby, gdyby naprzykład przez runę niewidzialności przyziemni na bruku pomyśleli, że jego samochód prowadzi się sam. Kiedy oboje byli gotowi, po prostu ruszył na korytarz, by chwycić po drodze swoją kurtkę i wyjść na zewnątrz, od razu kierując się na parking. Wiedział, że Lenny idzie za nim, zbytnio nie miała wyboru. Widząc, że dorównała do niego, uśmiechnął się nieznacznie, otwierając czarną bestię. Wsiadł do środka, miecz lokując za oparciem fotela. - Przed rozpoczęciem jazdy zapmnij pasy i wyposaż się w coś w co można narzygać, bowiem trasa ze mną może zagrażać Twojemu życiu lub zdrowiu. - wydeklamował, po czym spojrzał na nią. - Mówię poważnie, zapinaj pasy. - dodał ochryple, tonem jak zwykle nie znoszącym sprzeciwu, po czym odpalił silnik. Jego pomruk wypełnił wnętrze, by po chwili zamienić się w lubieżny warkot. Wycofał z parkingu, okręcił i wbił się w bramę. Na piskach włączyli się do ruchu.
    Posłała mu kpiący uśmieszek. Nie bała się szybkiej jazdy, wręcz przeciwnie, kochała adrenalinę. Pędzenie ulicami było wspaniałe, choć i tak przy takiej prędkości nie dało się raczej podziwiać widoków. W końcu zatrzymali się przed wielkim budynkiem z neonowym napisem "Klub Requiem". Wysiedli. - Dowiem się chociaż jak masz na imię? -zapytała gdy ruszyli w stronę drzwi.
    Uniósł brew, uważnie wysłuchując tłumaczeń Melissy. Jeśli miałby ustawiać, którzy Podziemni są najbardziej przez niego niepożądani, na pierwszym miejscu z pewnością znaleźliby się Czarownicy. Odnosił nieprzyjemne wrażenie, że nieustannie się puszą. Jednakże na tym się nie skończyło. Przetworzył zalecenia dziewczyny i mruknął z niezadowoleniem. "Powstrzymywanie" wiązało się z większą ilością czasu potrzebnego na ogarnięcie całej tej niesfornej hołoty. Poszarpał włosy palcami, mrużąc nieznacznie oczy.- Naprawdę, ja nie widzę nic złego w martwym Czarowniku. Dobry Podziemny, to martwy Podziemny.- Mruknął pod nosem, prędzej do siebie, niż do dziewczyn. Przesunął wzrokiem po klubie, szukając reszty. Był pewien, że zwołano jeszcze parę osób. Im więcej, tym lepiej.
      Kiedy gasił silnik, miał krótką chwilę aby zająć się osłoną. W tym celu ugryzł kluczyki od wozu i trzymając je w dziwnie zaostrzonych, białych jak mleko zębach po prostu wyciągnął stelę, by paroma wprawnymi pociągnięciami nakreślić sobie na przegubie runę niewidzialności. Wsunął stelę z powrotem do kieszeni, chwycił kluczyki dłoń i robiąc z nimi to samo po prostu chwycił miecz, wysiadając z wozu. Nawet go nie zamknął, no cóż, na to też nie było czasu. Nie przemyślał ruchu z wciśnięciem kluczyków do kieszeni. Trudno. Ktoś musiałby być szalony żeby zwijać samochód sprzed klubu przed którym kłębiło się pełno ludzi. Idąc krok w krok z Lenny, zerknął na nią, odruchowo otwierając przed nią drzwi. To siedziało tak głęboko w jego umyśle, że nawet nie zdawał sobie sprawy, że to robi. Pytała o imię. - Nathaniel. Ale wolałbym Nate. - odpowiedział, a wtem jego wzrok zagłębił się między rozgrzane, wijące się w tańcu sylwetki. Wyłapał jakimś cudem znajome twarze i przedarł się do nich.
    W tym samym momencie zobaczyli grupę Nefilim z Instytutu i czym prędzej podeszli. - Masz. - rzuciła miecze Dianie i zaczęła kreślić runy. - To jaki jest plan? - spytała.
      Dokończyła rysować runę równowagi, a słysząc słowa Seta uśmiechnęła się pod nosem. W tym przypadku w pełni podzielała jego poglądy. Dużo łatwiej było by ich po prostu zabić i nie zawracać sobie głowy duperelami takimi jak dostarczenie tych pseudo czarowników do rady. Prychnęła na samą myśl, że w tym momencie pełnią rolę sługusów Clave. Spojrzała jeszcze krytycznie na runę, wyszła trochę koślawo, ale rysowała ją lewą ręką. Cóż.. musi tak zostać. Zmarszczyła lekko nos, po czym obciągnęła rękaw kurtki i schowała stelę do kieszeni. W tym momencie usłyszała znajomy głos, uniosła wzrok, żeby zobaczyć jak lecą w jej stronę dwa miecze. Przechwyciła, po czym podnosiła się z kanapy. -Dzięki - wymruczała do Lenny, po czym przeniosła spojrzenie błyszczących oczu na Nate'a, delikatnie się uśmiechnęła. -Cześć - rzuciła w jego kierunku mimowolnie oblizując dolną wargę, po czym wróciła spojrzeniem hebanowych oczu do Lenny. -Mamy ich złapać i unieszkodliwić, ale nie zabić - odparła na pytanie dziewczyny, marszcząc lekko nos w wyrazie niejakiego niezadowolenia.
     - Eh... takie małe pytanko rozpoznawcze, to zadanie od Clave czy sami coś złapaliście?
     Mimowolnie uśmiechnęła się po słowach Set’a. – Zdecydowanie, ale Clave ma inne poglądy… - Gdyby nie wykonali dokładnie tego co nakazali, sami zostaliby ukarani. Melisse potraktowaliby łagodniej, bo nie była jeszcze pełnoletnia, ale Set’owi i Dianie mocno by się oberwało. Sama nie darzyła wielką sympatią Czarowników, nienawidziła ich. Spojrzała w stronę nowo przybyłych. – Cześć Lenny. – Rozpoznała dziewczynę. Miała nadzieję, że jej rany po walce z Mrocznymi już się zagoiły. Przerzuciła wzrok na Nate’a i skinęła mu głową. – Na górze jest banda Czarowników, którzy bawią się czarną magią. Mamy ich powstrzymać od narobienia głupstw, ale nie zabijać. – Powtórzyła jeszcze raz i westchnęła donośnie. Wyjęła sztylet i aktywowała go. – Gotowi? – Spojrzała na nich i zaczęła wchodzić na pierwsze piętro.
     Wprawnym ruchem ściągnęła z ostrzy pochwy odrzucając je na kanapę. Trzymając za rękojeści ważyła miecze, chcąc sprawdzić jak leżą w dłoniach. Nie należały do niej, były odrobinę cięższe, ale to chyba nie powinno robić aż tak wielkiej różnicy, walczyła już nie raz cięższą broną. Skinęła głową w stronę Melissy, po czym ruszyła do schodów i nimi na górę.
     Na widok Diany z mieczami błysnął zadziornie rąbem kła, rozciągając wargi w typowym dla siebie, wyuzdanym uśmiechu. Nie zamierzał zacząć się zamartwiać ani niepokoić, wręcz przeciwnie, od jakiegoś czasu chciał zobaczyć ją w akcji, a teraz będzie miał okazję. Oblizał bezczelnie wargi, odwracając ciemny łeb w stronę Melissy, która właśnie pofatygowała się z nakreśleniem mu sytuacji. Wyjątkowo nie otwierał dziś gęby, tylko skinął podbródkiem na jej słowa rzucając okiem w stronę schodów, a potem skupiając płonące dziwną agresją ślepia na Lenny. O tak, popierał ją w stu procentach. Będzie mógł wyżyć się na tych czarodziejskich ścierwach, cudownie! Ruszył z tyłu, za grupą.
     Samochód mknął przed siebie. Co chwilę dziewczyna zerkała na telefon i sprawdzała sms od Mel. Odgarnęła z twarzy kosmyk włosów.- Jim możesz szybciej?- zapytała nerwowo stukając palcami o kolano. Kierowca, którym był jej stary, dobry przyjaciel, wzruszył ramionami- to nie moja wina, nie jesteśmy sami na ulicy-uśmiechnął się. Przewróciła oczami, czemu nie mogła przejść portalem? Jedyny czarownik w mieście był zajęty i mógł dopiero przyjść za godzinę. Znów popatrzyła na wyświetlacz telefonu. Wiadomość od Mel bardzo ją zmartwiła. Spojrzała za okno - to tu- wskazała tak dobrze sobie znany klub. Jim spojrzał na nią niepewnie, ale i z troską w oczach- na pewno sobie poradzisz?- Lizz pokiwała głową- o mnie się nie martw- chłopak zaparkował auto. Pocałowała go w policzek i wyszła. Po chwili białowłosa znalazła się w budynku. Rozejrzała się, szukając znajomych twarzy.
     Wypatrzyła w tłumie specyficzny dla jednej osoby kolor włosów. – Lizzy! – Krzyknęła. Oczywiście, żaden z Przyziemnych jej nie usłyszał i nie zobaczył. Jedyna zaleta runy niewidzialności. Dziewczyna po chwili do nich dołączyła. Wszyscy weszli na górę. Melissa bezszelestnie stąpała stopniach, tym samym podrzucając sztylety w dłoni, ważąc na ile są warte. Nie mogła doczekać się walki. Chciała poczuć adrenalinę, której od dawna jej brakowało. Przystanęła i delikatnie wyjrzała zza ściany. Dziesięciu Czarowników siedziało w kręgu po turecku i mówiło jakieś zaklęcie, a pentagram jarzył się delikatną poświatą, która wzmacniała się wraz z nabywającymi słowami. Melissa dała sygnał reszcie i zaczęła się walka.
     Cóż.. Dianie nie podobał się jedynie fakt, że mieli wziąć ich żywcem. Serio. Jak się bawić to na całego, prawda? Wchodząc na górę szybko omiotła spojrzeniem pomieszczenie, kiedy Melissa wkroczyła, a za nią reszta łowców. Czarownicy przerwali podrywając się z podłogi niczym wystraszone dzieci. Diana upatrzyła sobie jednego, który zdarzył poderwać jakiś sztylet z podłogi, obróciła miecze w dłoniach tak na zachętę, tym samym dając przeciwnikowi do zrozumienia, że chyba zbyt wiele z niego nie zostanie. Ruszyła na mężczyznę doskakując do niego, ostatecznie blokując jednym z mieczy potencjalne cięcie i obrotem wymijając przeciwnika, aby móc znaleźć się krok za nim i tym samym przyrżnąć mu rękojeścią w kark, w normalnych warunkach jego głowa już turlałaby się po podłodze. Chłopak nieco ogłuszony upadł podłogę. W tym czasie kątem oka dostrzegła jak kolejny czarownik zamachnął się na nią jakąś metalowym prętem, może to był łom.. Zablokowała cios jednym z mieczy i odepchnęła go, żeby za chwilę móc sprzedać przeciwnikowi kopniaka w brzuch. Nie przewrócił się, ale cofnął się kilka kroków.
     Jak widać nie wyszła z wprawy, bo już pierwsza jej strzała pozbawiła ruchu jednego z tych najwyraźniej nie udanych dzieci Lilith. Adrenalina krążyła w jej żyłach domagając się wrażeń. - Nic z tego, cholero! - krzyknęła do najbliższego czarownika który próbował się wykraść. Postanowiła wykorzystać jeden z jej ulubionych tricków. Tym razem wyciągnęła dwie, nie jedną strzałę z kołczanu i posłała je jednocześnie pod różnym kątem tak, że przyszpiliły ręce Podziemnego do ściany. Tego chcą? Pokaże Clave na co ją stać! Wykaże się! Chwyciła i nałożyła na cięciwę kolejną strzałę, mierząc nią w serce uwięzionego czarownika.
      Właśnie, fakt że ścierwa miały być żywe wszystko komplikował. Zdecydowanie łatwiej było ich wszystkich pozabijać i wynieść w czarnych workach, niż utrzymać przy życiu. Ale Clave to Clave, oni wiedzą lepiej. Brunet aż zazgrzytał zębami w duchu, żałując że jest jednym z nielicznych, który najchętniej zrównałby Radę z ziemią. Nie pojmował sensu jej istnienia. Nienawidził zwierzchnictwa, ale będąc Nocnym Łowcą musiał nauczyć się je akceptować. Praca jak każda inna, z tym że nie płatna. Wracając. Kiedy wszyscy przyczaili się za tą nieszczęsną ścianą, westchnął zniecierpliwiony, chwytając mocniej rękojeść miecza, by dać nadgarstkowi lepsze oparcie i tym samym ustabilizować klingę. Nawet nie wiedzieli czy Czarownicy są uzbrojeni, a jeśli są, to w jakim stopniu (wykluczając tę ich zabawną magię). Trudno. Poradzą sobie bez tego. Nathaniel postanowił odciąć im ewentualną drogę ucieczki, to jest schody najbliższe schody. Uciekinierami okazali się być dwaj dość młodzi chłopcy, którzy chyba zaczynali się wdrażać, jednak Nathaniel nie miał litości dla nikogo. Występując przeciw nieuzbrojonym chłystkom, wydał dwa płaskie cięcia. Straszaki śmignęły przed brzuchami czarowników, którzy cofając się w popłochu wpadli na ścianę, oddzielając się jednocześnie od swoich towarzyszy. Brunet zachrypiał coś z rozbawieniem, a wsparty runą szybkości dostąpił do nich, chwycił w łapy ich głowy i zderzył jednego z drugim na tyle mocno, by pozbawić ich przytomności, jednak nie na tyle by rozłupać im czaszki. Gdy ciała runęły na posadzkę, Nate znów chwycił miecz i spinając grzbiet w gotowości do reakcji rozejrzał się po walczących, by rozeznać się w sytuacji. Puszczono strzały, kto do cholery wziął ze sobą łuk? Zlokalizował Lenny. Wszystko działo się tak szybko, że musiał uważać, aby ktoś przypadkiem nie zaszedł go od strony pleców, tudzież z boku. Warknął coś pod nosem. Postanowienia to postanowienia. Dostałby po dupie, gdyby okazało się, że nie zrobił nic, kiedy ktoś zabijał, choć było jasno postanowione, że ma się obyć bez ofiar śmiertelnych. Chwycił nóż, obrócił go w palcach dla lepszej kalibracji i wycelował w Lenny. Pchnął ostrze do lotu, a to gwizdnęło tuż przed nosem rozbujanej łowczyni i wbiło się w ścianę za nią. Miał nadzieję ściągnąć tym na siebie jej uwagę. - Miało być bez rozlewu krwi! - ryknął. Musiał, inaczej jego głos nie przedarłby się przez ścianę muzyki i odgłosy walki. Cholera, co za brak synchronizacji. Nie ma to jak działać przeciw własnej grupie, bo był niemal pewien, że poza nim zareagują jeszcze Lizz i Melissa. Powinni zajmować się walką, a nie upominaniem jednostki, toteż Nefilim spojrzał znów w stronę schodów. Puste, świetnie. Więc pozostało starcie. Nie musiał długo czekać, bowiem w przeciągu sekundy, może dwóch po przepłynięciu tej myśli został zaatakowany. Sparował cięcie z góry. Klinga przeciwnika oparła się o jego miecz. Podparł ostrze gołą dłonią, odpychając czarownika w tył na dobre parę kroków. Wykonał kontratak.
      Już prawie wypuściła strzałę, gdy usłyszała świst noża tuż nad swoim uchem. Opuściła łuk, patrząc niewidzącymi, zamglonymi od adrenaliny oczami na Nate'a, który na nią wrzeszczał. Co się do cholery z nią działo?! Miała wrażenie, że cała ta sytuacja została zaplanowana żeby ją sprowokować. Przecież zawsze była idealna, więc co jest nie tak?! Powinna nad sobą panować, a tu co? Ona daję się wciągnąć w te gierki. Gdyby one chociaż były fair, ale przecież tylko ona, jako jedyna ze wszystkich postąpiła o krok za daleko. Spodziewała by się tego po każdym, ale nie po sobie. No bo od kiedy ONA miała w nosie prawo? Albo odnosiła się do niego z taką rezerwą? Chyba odkąd nie było z nią Blessie... I w tym momencie zauważyła jak jeden z Podziemnych prawie unieszkodliwił Nate'a. "Prawie", bo zdążyła posłać strzałę, w jego ramię, a on bez większych obrażeń upadł na podłogę. Następnie sama osunęła się po ścianie na ziemię.
     Melissa raz po raz blokowała ciosy swoimi ostrzami. Dwójka czarowników, atakowała ją z obu stron, dając krótkie chwile do obmyślenia jakiejś strategii. W większości zdała się na swój instynkt. Adrenalina zaczęła krążyć w jej żyłach, wyostrzając każdy jej zmysł. Walka bez zabijania była ciężka. Nie wiedziała jaki jest jej limit, a chciała odebrać życie paru istnieniom i ciężko było jej się powstrzymać, gdy nadarzała się idealna okazja do zatopienia ostrza w ciało przeciwnika. Odparowała cios czarownika, który wyglądał na młodszego od niej, jednak wiedziała swoje. Musiał mieć z jakieś sto lat, ale przestał starzeć się w wieku jedenastu. Ich ostrza zetknęły się, wydając przy tym specyficzny dźwięk. Odepchnęła go kopnięciem w brzuch. Chłopiec zachwiał się, ale utrzymał równowagę i rzucił w jej stronę jakieś zaklęcie. Melissa ledwo go uniknęła, bo musiała odpowiedzieć na cios z lewej, ale kula światła rozwaliła schody. Teraz zapewne Podziemni zainteresują się wydarzeniami na pierwszym piętrze. Zerknęła na resztę. Nate świetnie dawał sobie radę, jak to zresztą on, walczył za trzech. Wytrzeszczyła oczy z niedowierzaniem, gdy zobaczyła jak Lenny celuje w serce czarownika. Czyżby zapomniała o tym istotnym punkcie, że mają ich dostarczyć żywych? Melissa już miała zareagować, ale Nate ją ubiegł. Odetchnęła z ulgą i powróciła spojrzeniem do swoich przeciwników, którzy nacierali na nią, zmuszając do wycofania się w tył, ku wielkiemu witrażowi. Nie miała zbytniego wyboru. Gdyby jakoś tego uniknęła, to natknęłaby się na kolejnych czarowników. Uderzyła głowicą sztyletu jednego chłopaka w głowę, a ten runął nieprzytomny na ziemię. Obróciła się, ale za wolno, aby odparować ostrze, które było tuż przy niej.
     Słysząc wrzaśnięcie Nate'a instynktownie obróciła się żeby sprawdzić co się dzieje. Lenny, łuk, strzały. Ta krótka chwila nieuwagi wystarczyła jednak, żeby czarownik, z którym walczyła zamachnął sie ponowne, a ona nie zdążyła przyjąć obronnej pozycji, skutkiem czego zarobiła metalowym prętem po żebrach. Syknęła z bólu, powstrzymując się jednak przed zgięciem, przy czym tym samym blokując mieczem kolejny cios. Odepchnęła przeciwnika, a oczy zabłyszczały jej gniewnie i niebezpiecznie. Zamachnęła się raz tnąc mężczyźnie policzek, drugi raz ramię, a za trzecim udo. Zaczął się cofać, więc wpadła na niego z całym impetem uderzając go w twarz rękojeścią miecza. Czarownik osunął się na ziemię. Ból zaczynał promieniować z uderzonych dwóch żeber na cały bok. Skrzywiła się. Obróciła omiatając spojrzeniem salę. Ten, którego ogłuszyła wcześniej właśnie zaczynał zbierać się z czworaka, żeby wstać. Zaklęła pod nosem. Same problemy, jakby nie można było ich po prostu zabić. Stał do niej tyłem więc doskoczyła do niego, sprzedając mu kopniaka nad łydką, tym samym ponownie powalając go na kolana. Uderzyła głowicą miecza między łopatki, przez co mężczyzna upadł twarzą do podłogi. -Leż tu - warknęła nad nim przez zęby.
    Ściągnął lekko brwi i jeszcze raz przeczytał stronę. Od paru minut siedział nad starym manuskryptem, ale nie mógł rozpoznać w jakim języku został napisany. Delikatnie dotknął opuszkami palców znaczki, starając się zapamiętać ich pisownię. Westchnął. Żałował, że nie istnieje jakieś zaklęcie na szyfry i w tym wypadku musiał udać się do specjalisty. Czas upomnieć się o spłacenie długu u pewnej Faerie. Nagle, poczuł wibracje rozchodzące się po całym stole. Niechętnie oderwał się od bogato ilustrowanych stronic i spojrzał na swój telefon. Jedna nowa wiadomość. Szybko ją przeczytał, zapamiętując tylko najważniejsze informacje, bo treść była dość rozległa. Chodziło o czarowników, na których padło podejrzenie współpracy z Nocte Mones. Zapewne, to kolejni głupcy bawiący się czarną magią, ale gdyby nie chodziło o zabicie ich, Nocni Łowcy nie kazaliby mu natychmiast przyjechać do Klubu Requiem. Zatem, czekała go jeszcze egzekucja. Zerknął na siedzącego parę metrów dalej swojego współlokatora. – Gabryś zbieraj się. – Rzucił i odłożył manuskrypt na miejsce. Wszedł do holu i zgarnął bluzę, zakładając ją w biegu.
     Spędzanie popołudni nad książkami w domowej bibliotece było całkiem przyjemnym zajęciem, szczególnie, że samo to miejsce było bardziej przyjazne niż połowa z tych, w których robił to dotychczas. Zerknął na Kaia, gdy ten czytał wiadomość, już czując, że spokój zostanie zepsuty. I nie pomylił się. Wywrócił oczyma, odsuwając książki, które studiował, i przetarł oczy, by zaraz potem pobiec do holu, zarzucając na siebie marynarkę. - Dokąd? - rzucił, wychodząc razem z nim szybkim krokiem przed dom. Rozległ się szum, gdy energicznie rozłożył skrzydła. - Zanieść cię? - dodał od razu, krytycznie podchodząc do pomysłu podróży po ziemi.
     Yen wyszła z instytutu tak jak poprzednio uzbrojona w bicz i parę sztyletów. Znowu mieli walczyć ze zbuntowanymi czarownikami. Tym razem nie wiedziała jaki skład będzie w jej "drużynie", ale czarowników na pewno będzie więcej i nie będzie łatwo. Gdy była już przed budynkiem wyjęła telefon i napisała do Kaia. Przekazała mu ogólną sytuację z dopiską, że jego obecność byłaby miłe widziana. Może by przy okazji zabrał ze sobą tego nowego czarownika który mieszkał z nim w jego rezydencji. Zanim weszła do klubu nałożyła na siebie runę niewidzialności. Przedzierała się przez tłumy ludzi śmierdzących mieszanką potu i perfum. Znalazła boczne schody ponieważ, gdy zobaczyła jak wyglądają te główne zrezygnowała z próby wejścia nimi. Na piętrze usłyszała dźwięk uderzanych o sobie mieczy i pojedyncze krzyki. Żeby przyjaciele ją widzieli starła runę i stanęła w drzwiach. Rozejrzała się i ogarnęła wzrokiem, gdzie jest Mel i reszta z instytutu. Gdy zobaczyła dziewczynę oczy wyszły jej z orbit. Umięśniony czarownik zamierzał właśnie zadać jej ostateczny cios. Wyjęła spod klapy kurtki sztylet i w biegu rzuciła nim we wroga. Podała rękę parabatai i podciągnęła ją do góry. Stały tyłem do siebie i sparowały ataki mężczyzn. Yen rzuciła dwoma sztyletami przekładając bicz do drugiej ręki. Jednym trafiła ale z kolejnym nie miała tyle szczęścia. Chybiła i czarownik zdążył ją podejść. Mimo iż przełożyła broń do prawej ręki on miał przewagę i Yen powoli cofała się do okna. Nagle poczuła na plecach kawałki szkła z okna. Głośny trzask rozległ się po pomieszczeniu i wskoczyli do niego wezwani o pomoc Kai i Gabriel.
     Rebecca biegła najszybciej jak potrafiła. Sztylet wbijał się lekko uwierał ją w nogę. Gdy dotarła na miejsce ujrzała istny chaos. Usłyszała trzask coś w sumie jak strzaskane okno. Pobiegła do miejsca skąd usłyszała dźwięk. Zauważyła Nocnych Łowców z instytutu i kilku czarowników. Oprócz tego roztrzaskane okno. Ostrze w mgnieniu oka zmieniło kierunek i drasnęło ją tylko w ramię. Mimowolnie skrzywiła się, ale chwyciła miecz pewniej i podniosła się z ziemi. Potem nakreśli sobie runę uzdrawiającą, teraz liczyła się tylko walka.
      Zostało jeszcze pięciu mężczyzn do pokonania, ale Nocni Łowcy nie tracili zapału. Nate wykonywał dobrze przemyślane sekwencje ruchowe, tak, że nie sposób było przewidzieć jego zamiarów. Po uśmiechu na jego twarzy, można by sądzić, że jest w swoim żywiole. Marlene siedziała wsparta o ścianę, a głowa zwisała jej bezwładnie. Kącik ust Melissy powędrował do góry. Nadmiar wrażeń dla nowej Nefilim. Wszystkie atrakcje spotkała poza Idrysem. Reszta radziła sobie równie dobrze. Dziewczyna przeniosła spojrzenie na swojego napastnika. Czarownik leżał pokonany na ziemi. Żył, ale najwyraźniej nie miał zamiaru wstawiać i jeszcze bardziej ryzykować swojego stanu zdrowotnego dla dobra sprawy. – Dzięki za pomoc, ale jakoś sobie radziłam. – Mruknęła w stronę Yen i Becky. – Próbują uciec, zagrodźcie im… - Urwała, gdyż witraż, za którym stała został rozbity, a odłamki kolorowego szkła wbiły się w niektórych mieszańców. Melissa spojrzała na nowo przybyłych. Kai i Gabriel, we własnej osobie oraz ich wielkie wejście. Kto ich tu zaprosił? Mimowolnie pomyślała o Yennefer.
     Oczywiście, że zgodził się na propozycję Gabriela, nie umilało mu się iść na piechotę do Klubu Requiem, który znajdował się po drugiej części miasta. Czasem Kai uważał, że jemu przyjacielowi trafił się bardziej praktyczny spadek po rodzicu. Dość szybko dotarli do celu i rozbili witraż. Kolorowe szkło pękło w drobny mak. Znaleźli się w środku i szybko ocenili sytuację. Oboje przyszli nieuzbrojeni, ale zawsze zostawała im magia. Sześciu czarowników leżało nieprzytomnych lub mocno poszkodowanych na podłodze. Zatem odbędzie się egzekucja. Kai odnalazł wzrokiem Yennefer i błyskawicznie się przy niej znalazł, widząc jak jakiś czarownik stara się wbić jej sztylet w serce. Wytrącił mu broń z ręki i po chwili już leżał na ziemi. – Znowu pakujesz się w kłopoty? – Z uśmiechem podał rękę Yen.
     Rozejrzał się krytycznie po miejscu, otrzepując ubranie z witrażowego pyłu. Kto normalny w klubie wstawiał witraże? Gabrysiowa dezaprobata rosła z każdą chwilą. - Miło byłoby wiedzieć, co w ogóle się tutaj dzieje, ale mam wrażenie, że to pytanie na potem - stwierdził krytycznie, przyzywając swój ulubiony pistolet, chociaż na razie nie miał zamiaru go używać. Zamiast tego, podążył wzrokiem za Kaiem i jego ukochaną (ten fakt nie przestawał go jeszcze zadziwiać), a potem spojrzał na drzwi, które właśnie miały komuś posłużyć za ucieczkę. - Nie ma mowy - rzucił prawie uroczo, uśmiechając się kątem ust i strzelając bogu ducha winnemu (albo i nie tylko ducha) uciekinierowi w łydkę, tym samym powalając go na ziemię. Jego krzyk rozdarł ciszę, a Gabryś z dobroci serca rzucił na całą ścianę, z drzwiami włącznie zaklęcie pieczętujące. To się robiło prawie ciekawe, więc nikt nie powinien wychodzić przed czasem.
      Hawkins zagubiła się już zaraz potem jak wraz z resztą Nocnych Łowców wspięli się na schody. Nie była zainteresowana zadaniem zleconym przez Clave. Wycofała się ukradkiem, rozglądając się po piętrze. Niezbyt długo. Już niedługo potem słychać było łupnięcie czarów, rozwalanie jedynej jej drogi taktycznego zwrotu (schodów) i strzały z pistoletu. Jas syknęła pod nosem, kierując się do żródła największego hałasu. Ledwie się ruszyła, a obcy jej mężczyzna, który (jakże po dżentelmeńsku otworzył jej drzwi z drugiej strony), zaraz padł przed nią trupem (już nie tak bardzo kulturalnie, bo warto wspomnieć, ze zabrudził jej buty). Z niemałym zniesmaczeniem zauważyła jednak, że trup nie do końca był trupem, a jedynie rannym w łydkę. — Ja pierdolę... — nawet nie pytała co tu się dzieje, bo zaraz potem dostała od jakiegoś kolejnego uciekiniera w twarz, skoro stała mu na drodze. Nie zdążyła odskoczyć, owszem, ale udało jej się zatrzymać przeciwnika, cisnąwszy w jego stronę serafickim sztyletem, który przeleciał mu obok ucha i... odbił się od ściany. Chyba nie taki był jego cel. Pomijając fakt, że rzucanie serafickimi ostrzami w ogóle od samego początku było głupim pomysłem.
      Wyprostowała się akurat w porę, żeby zobaczyć jak witraż się rozsypuje, a Kai i jakiś inny czarownik wpadają przez okno. Ona tu sprzątać nie będzie. Rozejrzała się szybko, na wszelki wypadek oglądając jeszcze za siebie czy gość od pręta nie zapragnął znów jej przywalić. Na szczęście jednak nie, leżał pod ścianą i dobrze. O i Jaim się znalazła. Przeleciało Dianie przez myśl, że trzeba na wszelki wypadek uważać na rudą. Dobra jeszcze trzech czarowników na nogach. Doskoczyła do jednego, który właśnie wybił jedno z okien i w ten oto sposób zapragnął opuścić lokal. Odrzuciła na bok jeden z trzymanych mieczy i wolną dłonią złapała delikwenta za bety odciągając go od okna, żeby za chwilę pchnąć go z całej siły na ścianę obok, tym samym rozwalając mu nos. Obróciła go, przywaliła głowicą miecza w przeponę, a gdy się zgiął w pół nie mogąc złapać oddechu przyrżnęła mu jeszcze z kolanka. Mężczyzna upadł na ziemię i zwinął się w kłębek. -Wystarczająco unieszkodliwiony - mruknęła krzywiąc się bo bok nieznośnie pulsował. Zgarnęła z podłogi swój miecz i rozejrzała się, sytuacja była prawie opanowana.
      Zilustrowała wzrokiem pomieszczenie. Okna zostały powybijane, na podłodze dało zobaczyć się ślady krwi, a zniszczone schody utrudniały ucieczkę, ale i dostanie się na pierwsze piętro. Miała nadzieję, że ubezpieczenie klubu pokrywa zniszczenia dokonane podczas walki z czarownikami bawiącymi się czarną magią. Clave jakoś ich usprawiedliwi, a zostanie jeszcze przesłuchanie świadków w Instytucie, póki ich nie zgarną. Melissa chwyciła pewniej miecz i ruszyła pomóc innym. Zostało tylko trzech przeciwników, z którymi walczyła Diana, Jasmine i Nate. Nie umknęło jej, że Set i Lenny się gdzieś zmyli. Westchnęła i schowała miecz. Nie będzie jej zbytnio potrzebny, skoro wszyscy czarownicy byli albo nieprzytomni, albo mocno poszkodowani i nieuzbrojeni. Jak oni mieli ich przenieść do Instytutu? Ciężarówką? I te miny przechodniów, gdy zobaczą, że ‘trupy’ same latają, bo przecież mieli runy niewidzialności, a gdyby się ich pozbyli, znaleźliby się na policji. Szturchnęła nogą jednego czarownika, który wydał cichy jęk.
      Chodził od jednego do drugiego czarownika zakładając im ‘magiczne’ kajdanki, które blokowały ich moc. Zostało tylko dwóch na nogach, którzy pogodzili się ze swoją porażką i z łatwością dawali wygrać Nefilim. Kai pokręcił z rezygnacją głową. Tak łatwo się poddać… Możliwe, że ktoś dał im znać, aby się wycofali. Zostawił wijących się w bólu czarowników na podłodze i podszedł bliżej pentagramu, który wyrył się w podłodze. Wyglądał na zwykły, ale biła od niego potęga. Musieli przywoływać jakiegoś silnego demona. Kucnął i dotknął okręgu. Popiół. Spojrzał na swoich towarzyszy i odnalazł wzrokiem Gabriela. – Chodź na chwilę. – Powiedział. Nie chciał zwracać się do niego po imieniu. Jeszcze pokonani rzuciliby na nich klątwę, czy coś w tym stylu. – Też to czujesz? – Zapytał, gdy jego przyjaciel podszedł bliżej. – Jakby coś chciało nagiąć twoją wolę do swojej. Przyzywali kogoś z Edomu? – Była to niezwykle trudna sztuka, wymagająca dużej liczby osób, a przywołane demony zwykle uciekały i zabijały zgromadzonych, następnie rozsiewając postrach w mieście.
     - Jakbym nie musiał, to bym do tego nie podchodził. Jestem gotów się o to założyć, że nie minęłoby wiele czasu, jakbyśmy mieli na głowie wesołą rodzinkę - stwierdził krytycznie, kucając obok. Przyjrzał się uważnie runom, przejeżdżając po nich palcami, starając się je zapamiętać kawałek po kawałku. - Ta formuła mi tutaj nie pasuje, przyjrzyj się. To chyba ona odpowiada za ten efekt, ale wolałbym to sprawdzić. Z tym, że raczej w nieco mniej... polowych warunkach - podsumował, wymownie rozglądając się po okolicy. Sięgnął do kieszeni po jakiś papier, by na spokojnie przerysować pentagram, doskonale wiedząc, co zrobić, by nic niepowołanego nie przywołało mu się w kieszeni w kontakcie z jego własną mocą. - Pomijając fakt, że jest ich tutaj za mało na coś takiego. Chyba, że ktoś z nich tamuje swoją moc inaczej, niż amuletami... Ich poziom mocy jest za mały, by nad tym zapanować - dodał, nie podnosząc wzroku. O tyle wie, co mówi, że każdy amulet wyczułby już z daleka.
      Jak się okazało, kiedy Jaimie próbowała włączyć się do walki, było już po wszystkim. Rozmasowała sobie szczękę, podchodząc do Diany. Czy to nie śmieszne, że w większych zgromadzeniach Nocnych Łowców, zawsze obrywało jej się po twarzy? Przystanęła obok swojej parabatai, patrząc na nią jakby ta mogła znać odpowiedź na jej myśli. Ostatecnie jednak splorłta ręce na piersi i przerzuciła wzrok na czarnwoników. Nie mogła się powstrzymać od otwarcie zadanego pytania: — Co do cholery? — nie bardzo rozumiała ten dziwny żargon. Zmarszczyła brwi, jakby to miało jej pomóc w interpretacji dopiero usłyszanych słów. — To nie miejsce dla mnie — westchnęła w końcu, ze zrezygnowaniem obracając się i wyminęła Dianę, masując się po dalej zbolałej szczęce i przecierając, jakże konsekwentnie, pękniętą wargę, opuszką palca. Zaraz potem przystanęła przy ścianie z dala od reszty, obserwując wszystko z dystansu. Przygryzła wargę ssąc sączącą się z niej krew w zamyśleniu.
      Diana już dawno stwierdziła, że Jaim chyba po prostu  bardzo lubi obrywać po twarzy. Nawet złożyła jej pewną propozycję, ale  skoro dziewczyna nie chciała skorzystać, to nie. Gdy Jaim do niej  podeszła brunetka zlustrowała ją spojrzeniem i zmarszczyła brwi widząc  po raz kolejny rozwaloną wargę swojej parabatai. Słysząc teraz jednak  czarowników przerzuciła na nich swoje spojrzenie, przy okazji wpatrując się w pentagram na podłodze. Nie przepadała za magią i również za bardzo nie wiedziała, co tych dwóch tam spiskuje. Skrzywiła, się po czym obróciła rozglądając po sali, no tak. Ciekawe jak oni ich pozbierają i czym gdziekolwiek dowiozą. Spróbowała się dotknąć do bolącego boku, ale zaraz się skrzywiła. Nie to nie był dobry pomysł. Słysząc Jaim podążyła za nią spojrzeniem ciemnych oczu. -Jaim marudzisz. Udało Ci się kogoś skutecznie obezwładnić, zaliczmy to do listy twoich sukcesów - rzuciła w kierunku dziewczyny, starając się jednocześnie, żeby ruda nie odebrała tego przypadkiem jako sarkazm.
      Obserwowała wszystkich bez szczególnego entuzjazmu i uśmiechnęła się kwaśno na słowa Diany. Nie skomentowała ich. Wzruszyła beznamiętnie ramionami jakby ją to obeszło. Przyłożyła dłoń ponownie do rozciętej wargi, czując pod palcem opuchliznę. Westchnęła ciężko, odpychając się od ściany zniecierpliwiona — Już? Możemy iść? — spytała bez cienia zrozumienia dla spraw Clave. Zgrabnie przeskoczyła nad kilkoma obezwładnionymi ciałami, dochodząc do pentagramu. — Jak dla mnie to wygląda na skomplikowaną sprawę — mruknęła pod nosem obracając się plecami do czarodziei — Dajmy to załatwić profesjonalistom, Di. Moje logiczne myślenie dopisz do mojej wielkiej listy sukcesów — rzuciła z przekąsem, posyłając jej bardzo drwiący uśmiech.
      Ostatni czarownik zdołał na tyle rozeźlić Nate'a, że ten w ostatnim upuście złości wytrącił mu miecz z dłoni. Klinga zadygotała na zrujnowanym trotuarze wybrzmiewając ostatnią, mało chwalebną pieśń. Nie było nic bardziej wkurwiającego od zabawy w nieuśmiercanie, a że Nathaniel nigdy cierpliwością nie grzeszył sapnął pod nosem, błyszczącym ostrzem zapędzając czarownika w kąt. Ten pochłonięty unikaniem wściekłych lecz zdystansowanych cięć nie miał nawet czasu, by rzucić zaklęcie. Kiedy brunetowi udało się zakleszczyć Podziemnego między sobą, a rogiem, rzucił miecz na ziemię i wymierzył potężny sierp prosto w splot. Zatrzymał na chwilę układ oddechowy przeciwnika, miał nadzieję że nie będzie to zbyt długa chwila, z resztą, zrobił to pod wpływem impulsu i tak na prawdę mało go to wszystko obchodziło. Był już trochę zmęczony. Gdy ciało z głuchym łoskotem runęło na podłogę, mocno wciągnął powietrze w płuca i omiótł zrujnowane pomieszczenie pociemniałym wzrokiem. Ubyło Seta, ten fakt zaapsorbował jako pierwszy. Potem zaczęła do niego docierać cała reszta. Wyszarpnął swój nóż ze ściany i wsunął go do pochwy przy pasie. Podniósł też miecz, jednak musiał nieść go w dłoni. Obyło się bez większych obrażeń, nie potrafił nawet określić czy gdzieś porządnie go boli. Gdy szedł między ciałami, upewniał się krańcem miecza, czy aby na pewno się nie ruszają. Jeden czarownik drgnął, na co Nefilim automatycznie zareagował. Zaostrzony szpic obosiecznego ostrza wbił się poniżej ostatniego kręgu szyjnego. Na tyle płytko by wywołać szok w systemie nerwowym. Ciało zrobiło się sztywne, a zatokami popłynęła wartko krew. Chwilowa utrata przytomności, a przy odrobinie szczęścia będzie nawet chodził. Podszedł do zebranych, spoglądając po ich twarzach. Wyłowił obitą buźkę Zołzy. Nie skomentował tego żadnym słowem, nie miał weny. - U mnie dwa miejsca. W tym jedno w bagażniku, w sam raz dla denata. - mruknął z wąskim, mało wybrednym uśmiechem, a dostrzegając Dianę nieco bardziej z boku, darował sobie dalszy wywód i zbliżył się do niej, ręką dzierżącą miecz po prostu zagarniając ją sobie pod nos. Uważał by nie zrobić tego zbyt mocno, choć była w tym pewna gwałtowność. Zarzewie podniesionych emocji chyba nie wygasło w nim do końca. Jeszcze stygł. Uśmiechnął się zatem pełnią swego drapieżnego uśmiechu, a jasny błysk w oku rozrzedził ciężki mrok zaległy na dnie jego źrenic. Chwilowo zapomniał, że to nie czas i miejsce by odkrywać karty, miał teraz kaprys podyktowany z woli żądzy. Schylił nieco rozwichrzony łeb, opierając ramię na jej wąskim krzyżu i wpił się na moment w jej usta, ze smakiem. Zagryzł dolną wargę Łowczyni, nie tłumiąc ani gardłowego pomruku, ani grymasu zadowolenia. Odsunął się na bardzo niewielką odległość, a widząc zalążek zdumienia w jej oczach, puścił ją bez cienia skruchy. Bo i na cóż miałby się teraz zwijać w sobie? Próżno w nim było doszukiwać się pokory. Mrugnął ulotnie, odzywając się wreszcie półgłosem. - Cześć. - nawiązał do ich lichego powitania na dole. Trzeba było się poprawić. Dopiero potem przyjrzał jej się z tym samym skupieniem, lecz większą powagą. - W porządku?
      - Nie omieszkam dodać - wywróciła oczami na słowa Hawkins. -I nie, nie możemy iść. Musimy ich jeszcze ogarnąć - mruknęła wskazując głową w kierunku leżących pod ścianą czarowników. Nie kryła przy tym swojego niezadowolenia, na co wskazywał grymas na twarzy brunetki.
Widząc jednak zbliżającego się Nate’a mimowolnie uśmiechnęła się pod nosem. Mimo wszystko, trzeba było przyznać, że zaskoczył ją, kiedy podszedł do niej i tak bezpardonowo przyciągając do siebie pocałował. Nie żeby jej się nie podobało, bo nie oszukujmy się, taka forma powitania zdecydowanie bardziej jej odpowiadała. Przynajmniej nie skradał się jak kot do jeża. I to nie był ich pierwszy pocałunek, po prostu nie sądziła, że zrobi to przy wszystkich akurat w taki sposób. Ale co tu dużo mówić, to po prostu był pocałunek na miarę Nathaniela Crowa. Nadal trzymała w dłoniach miecze, więc gdy wpił się w jej wargi nie miała zbyt dużego pola do manewru, po prostu zacisnęła smukłe palce mocniej na rękojeściach, a miecze trzymając ostrzem w dół oparła o boki chłopaka. Serce jeszcze nie do końca opanowane po walce, znów uderzyło mocniej. Cholera, jak ją pociągała ta jego gwałtowana natura i nieobliczalność. Trudno się było przyznać, ale chyba powoli ją urabiał. Chciała więcej. Przygryziona warga rozkosznie pulsowała jedynie potęgując to uczucie. Gdy się odsunął odchrząknęła, poniekąd starając się ukryć swoje skonfundowanie. Spod leniwie uchylonych powiek spojrzała jeszcze na jego usta i odruchowo oblizała swoje, wciąż czując smak jego słodkich, rozpalonych warg. -Cześć – wymruczała z zadowoleniem unosząc roziskrzone spojrzenie ku jego oczom i uśmiechnęła się filuternie. Cofnęła dłonie jednocześnie rozluźniając uścisk na rękojeściach. -Teraz tak. Już myślałam, że będę skazana na t a m t o „cześć” – odparła z błyskiem rozbawienia w oczach.
      Przewróciła oczami obserwując słodką scenkę pomiędzy Natem, a Dianą. I dziwić się, że go nie lubiła, skoro właśnie wpieprzył się między jej rozmowę z parabatai, zresztą w sposób całkiem zrozumiały dla niej, zwracając na siebie całą uwagę brunetki. Mogła ją zrozumieć, co nie znaczyło, zę nie była na nią tak samo wśćiekła. — Świetnie — skwitowała bez przekonania, splatając ręce na piersi, obserwując to wydarzenie wyraźnie sceptycznie — Też sobie znaleźliście moment. Skoro macie już na to czas, to ja myślę, że nic tu po mnie. Miłej zabawy z trupami — mruknęła w końcu się prostując i mijając zgrabnie ciała pod nogami, ruszyła do wyjścia. Przystanęła dopiero przy rozwalonych schodach, kucając na wątpliwej części podłogi, sprawdzając odległość z góry na ziemię. Zmarszczyła brwi, zastanawiając się czy inteligentnie byłoby stąd zeskoczyć. Ostatecznie zsunęła się trochę poza gruzy, opierając ciężar na rękach na krawędzi rozwalonego szczytu schodów i… jak cholera, los sobie z niej zadrwił, bo cała podstawa, na której się trzymała rozkruszyła się i już niedługo potem, jeszcze zanim zdążyła dobrze się obniżyć w dół, runęła na ziemię. Okropny prąd przeszedł jej od stóp do kolan, zaraz przed tym jak pochyliła się, masując sobie piszczele, kolano, a następnie kość aż do uda, bo miała wrażenie, ze pogruchotała sobie wszystkie te kości. Na szczęście, to było tylko wrażenie. — Kto u diabła rozwalił schody?! – rzuciła w eter rozdrażniona. Stojąc tak na ziemi, trzymając się za obolałe kolana, poczuła wibracje w kieszeni. Na chwilę zmarszczyła brwi, jeszcze przez moment nie reagując, dopiero po dłuższym momencie sięgnęła ze zrezygnowaniem po telefon, odczytując wiadomość z wyświetlacza. Schowała dłonie do kieszeni kurtki, patrząc z dołu na paradujących na piętrze Nefilim. Zawiesiła wzrok na Dianie, chwilę potem zerkając przez ramię na wyjście ewakuacyjne z klubu. Przygryzła wargę, chwile coś rozmyślając — Di, muszę lecieć. Pożycz mi pięćdziesiąt dolców.
      Kątem oka dostrzegła jak Jaim zbliża się do schodów, już miała się odezwać, ale wtedy do jej uszu dobiegł rumor, a Jam zniknęła, zamiast niej pojawiła się za to chmura pyłu. -Cholera - mruknęła pod nosem. Zostawiła Nate'a i podeszła do schodów czy raczej kupy gruzu, która z nich została. -żyjesz? -Zagadnęła spoglądając na skwaszoną minę Jaim. Ale zaraz doleciało ją pytanie rudej. Przewróciła oczami. -Czy ja wyglądam jakbym wygrała milion na loterii? -rzuciła do dziewczyny, po czym jednak sięgnęła do kieszeni wyciągając trochę zmiętolone pieniądze, bo mimo wszystko użyła słowa pożycz. Poza tym chyba raczej by nie prosiła jakby naprawdę nie były jej potrzebne. Wygrzebała z tego pięćdziesiątkę i przykucnęła nad krawędzią wyciągając banknot w stronę Hawkins. -Proszę.
        Skwasiła się, opierając ręce na biodrach, prostując się z trudem, bo łupnięcie twardo o glebę nieźle odbiło się na jej nogach, które w całości zamortyzowały upadek. Skrzywiła się, marszcząc brwi, patrząc na podawaną jej pięćdziesiątkę. Zagryzła krwawiącą wargę, instynktownie zwilżając ją językiem, pozbywając się sączącej się z pęknięcia krwi — Nie kpij — mruknęła jakby spodziewała się, że Diana specjalnie zmusza ją do podskakiwania, choć jedyne na co teraz Hawkins miałaby siły to doczłapanie się do jakiegoś względnie spokojnego, pozbawionego nefilimskiego burdelu miejsca. — Puść… nie będę po to skakać. Co ja jestem? Małpka w zoo? Karz Nate’owi aportować, jak potrzebujesz kogoś do tresury. Jestem pewna, że spełni każde Twoje życzenie — burknęła, chowając ręce do kieszeni kurtki i wyciągnęła je dopiero kiedy pięćdziesiątka spadła na dół. Podniosła ją z ziemi i machnęła krotko ręką — Dzięki. Widzimy się w instytucie. Mam nadzieję, że ogarniecie to beze mnie. W końcu i tak nie przyłożyłam do tego ręki… — no, jakby nie patrzeć wpadła na sam koniec akcji.
        Przytaknął głową zgadzając się ze słowami swojego przyjaciela. – Posiedzimy nad tym w najbliższym czasie. – Powiedział, celowo nie mówiąc słowa ‘jutro’, bo nie wiedział kiedy Clave postanowi przepytać skazańców. Westchnął i niechętnie spojrzał za siebie, gdy Gabriel przerysowywał pentagram. Czarownicy nadal leżeli na ziemi, a Nocni Łowcy, cóż… Zajmowali się rozmaitymi zajęciami, zaczynając na rysowaniu iratze, kończąc na wycofywaniu się. Typowe zachowanie Nefilim. Załatwić całą robotę, ale posprzątać to już nie łaska. – Na pewno ktoś bardziej doświadczony kierował tą grupą. Znalazł sobie młodocianych czarowników, z pewnością zaproponował pieniądze. – Zerknął na pentagram i przez krótką chwilę wyrył sobie symbole w pamięci. -  Nawet, gdyby przywołali coś tak potężnego, to demon pozabijałby ich od razu. Głupcy. – Pokręcił głową z rezygnacją. – Trzeba by ich zahipnotyzować, aby sami poszli. Nocni Łowcy najwyraźniej wypełnili swoją część i umywają ręce od transportu. – Mruknął i założył ręce na piersi.
      Zimny podmuch zawiał w pomieszczeniu w którym się znajdowali. Jakiś dwóch czarowników, których Becky nie znała. Cholera trzeba by było się z tymi wszystkimi osobami zapoznać stwierdziła siadając obok nieprzytomnego czarownika którego rąbnęła butelką -I co ci po tym przyszło koleś? -powiedziała do niego w sumie to nie miała z kim gadać i tak trochę smutno. Nagle do pomieszczenia wpadła czerwona Natali zrobiło jej się troszkę lepiej. Uśmiechnęłam się do niej szeroko, a po chwili rozległy się krzyki jej Parabatai. To było coś w tylu "Ty idiotko czemu mnie nie informujesz, że jest jakaś akcja" Rebecca udała smutną minę po czym wybuchła szaleńczym śmiechem. Zaczęła turlać się po podłodze, do czasu, gdy coś nie dźgnęło ją w rękę. Był to jej sztylet, kompletnie o nim zapomniała. Podniosła go z ziemi, wsadziła do kieszeni po czym stwierdziła że strasznie jej zimno i krzyknęła -Cholera jasna jak tu piździ naprawcie to pieprzone okno!
     Nali wpadła z krzykiem do pomieszczenia w którym wszyscy siedzieli ~ty idiotko czemu mi nie powiedziałaś że jest jakaś akcja!  wrzasnęła z ogromną złością, jednak po chwili już sobie odpuściła. Usiadła obok swojej parabatai.
     Do głowy wpadł mu pewien pomysł. Wędrówka pieszo zajęłaby zbyt dużo czasu, a prościej byłoby ich wszystkich przeteleportować. Instytut odpadał. Gdyby wybrał siedzibę Nefilim na miejsce do lądowania, prawdopodobnie zniosłoby ich do jeziora. Westchnął, godząc się z inną opcją. Nalot Clave na jego rezydencję nie był jego marzeniem, ale tak było po prostu szybciej. Zbadał wzrokiem otoczenie i zwołał resztkę Nocnych Łowców, którzy nie zmyli się z pola walki. – Odprężcie się. – Widząc nieufne spojrzenia kierowane w jego stronę, wyciągnął ręce w obronnym geście. - Nie mam zamiaru was zabić, naruszyłbym przecież Porozumienia, które sam podpisałem. – Rzekł bez większego przekonania i postarał się skupić. Wychwycił energię wszystkich w pomieszczeniu i wystarczyła dosłownie chwila, aby znaleźli się w salonie. Niektórzy boleśnie wylądowali na podłodze, inni mieli tyle szczęścia, że trafili w kanapę.– Witam u siebie. – Rozłożył ręce w powitalnym geście. Miał nadzieję, że Nefilim nie zaczną od razu węszyć i cieszył się w duchu, że razem z Gabrysiem zabezpieczyli piętro z artefaktami.
     - Nie ma mowy - poinformował go natychmiast, i nim Kai zdążył cokolwiek zrobić, Gabriel teleportował się samodzielnie, dla pewności aktywując na miejscu wszystkie możliwe zaklęcia obronne. Nikt nie będzie się rozwalał po tym domu bez ich wiedzy, nie, gdy mają na głowie taką ferajnę. Sam czekał pod ścianą i odezwał się dopiero wtedy, gdy wszyscy wylądowali, w mniej lub bardziej udany sposób. - Pozwolisz, że się nimi zajmę, prawda? Bardzo chętnie porozmawiam z nimi na osobności. Każdym po kolei - resztka uśmiechu na jego ustach dobitnie sugerowała, że nie miał ochoty być miły dla kogoś, kto zepsuł mu popołudnie i jednocześnie próbował zrobić coś bardzo, bardzo głupiego. Przy takiej potędze pentagramu nie zdziwiłby się, gdyby zobaczył na miejscu własnego ojca. A to nie nastawiało go w żaden sposób pozytywnie.