shadowhunters
Wszystko skończyło się szczęśliwie. Demoniczny kielich został zniszczony, Mroczni Nocni Łowcy pokonani, a nowe porozumienia zawarte. Na świecie zapanował pokój, a wszyscy uradowani opuścili Idrys wracając do swoich Instytutów. Głos w Twojej głowie zaśmiał się. Najlepiej by było, gdyby Demony nie ruszały się ze swojego wymiaru i nie atakowały, biednych, głupich Przyziemnych. My, Nocni Łowcy, stworzeni przez Anioła Razjela, mamy brać na swoje barki ciężar tego świata, zapobiegając wszelkim konfliktom i wojnom. Ulepszeni runami i nafaszerowani treningami, walczymy z demonami i Podziemnymi.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kai Foster. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kai Foster. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 maja 2015

                Niebo było zachmurzone, ale nie zbierało się na deszcz. Nie wiedział co go podkusiło, aby w taką pogodę wyjść z domu. Niedawno wprowadził się do własnego mieszkania i nie zdążył jeszcze się nim nacieszyć. Dostał nawet od swojego znajomego dywan z Peru, jako prezent powitalny, który stał się jego oczkiem w głowie. Właściwie to nie było aż tak niedawno. Jakieś 67 lat temu. Dla niego czas stanął. Denerwowało go to, że nie mógł zbytnio namieszać w historii. Musiał chować się w tłumie jako normalny obywatel. Nie wychylać się, nie pozwolić, aby zwykli ludzie zobaczyli magię. Bez sensu. Takie życie w niewiedzy musiało być nudne, chociaż jeśli Przyziemni mieliby prawdę na wyciągnięcie ręki, wątpił, aby w nią uwierzyli. Podziemni natomiast musieli ukrywać się w klubach, w ich cieniu.  Pokręcił głową z dezaprobatą. Wiatr znowu zsunął mu cylinder na oczy. Westchnął i poprawił go wolną ręką, bo w drugiej trzymał laskę. Teraz chował się w przebraniu jakiegoś młodego arystokraty. Polubił Paryż, a ludzie zdecydowanie za szybko orientowali się, że coś z nim jest nie tak. Dobre tyle, że jego znamieniem były lekko przydługie kły, co traktowali jako zwykłą wadę genetyczną, a Kai nie kłopotał się z ukrywaniem ich. Powolnym krokiem przechadzał się po Nowym Moście i kopał drobne kamienie, które nawinęły mu się pod nogi. Nie wiedział czego szukał. Po prostu szedł przed siebie. Usłyszał jak dorożka przejechała środkiem mostu. Podniósł wzrok, łapiąc się na tym, że ciągle patrzył pod nogi. Zauważył jakąś postać wpatrzoną w rzekę. Zmarszczył brwi. Mężczyzna wyglądał jak podróżnik. Płaszcz, torba i długie, ciemne włosy. Kaylock kontynuował spacer, ale co chwilę zerkał w jego stronę. Coś wyczuł. Coś słabego, jakby starał się to coś ukryć. Gdy już miał go minąć, gwałtownie skręcił, poprawiając przy tym cylinder, który znowu zakrył mu pole widzenia. Jeśli jeszcze raz spadnie mu na oczy, wrzuci go do Sekwany. - Duża moc wymaga większych i bardziej profesjonalnych zaklęć ochronnych. - powiedział, opierając się o laskę i lustrując go spojrzeniem. Jego zaklęcie było dość mocne i uchroniłoby go oczu innych czarowników, którzy zbytnio by się na nim nie skoncentrowali i po prostu przeszli przez most. Ale Kaiowi nigdzie się nie spieszyło i był dość skupiony. Na dodatek Magnus Bane uczył go przez okrągłe sto lat, więc potrafił przebić się przez większość iluzji i zabezpieczeń. Jednak ciągle uczył się na błędach oraz studiował stare księgi. Zmarszczył brwi, patrząc na stojącą przed nim osobę. Nie zauważył u niego znamienia, które zdradzałoby jego rasę.
                Powrót do Paryża był rzeczą co najmniej ryzykowną. Przynajmniej, tak było w jego mniemaniu. Nie pojawiał się tam za często, bo zawsze widywał tam wielu takich, od których aż uderzało tą dziwną aurą. Unikanie ich było zwyczajnie trudniejsze, niż gdziekolwiek indziej. Niemniej jednak, nie potrafił zupełnie tego miejsca ignorować. Tam się wychował i przynajmniej raz na dwadzieścia, trzydzieści lat starał się zjawić, by odwiedzić groby - by nie mówić, że jeden, postawiony dla wszystkich nieznanych ludzi ulicy. Z bliskich mu osób tylko jego przybrany ojciec miał własny grób, dzięki znajomości z biskupem katedry Marii Panny. Matkę pochowano wśród wielu innych kobiet, zmarłych podczas porodu, i nawet nie próbował nigdzie szukać jej imienia. Znał je i to mu wystarczało. Szczególnie, że zdarzało mu się wierzyć, że to całe jego życie to jej wina. Że go przeklęła, za to, że sprowadził na nią śmierć swoimi narodzinami. Ale jeśli by tak było, dlaczego dałaby mu ten wisiorek, pod którym ukrywał skrzydła? Dlaczego w ogóle by go miała? Za każdym razem, gdy trafiał na jakiś konkretny trop w tej dziedzinie, pojawiało się znienacka więcej takich osób i musiał uciekać. Nie wiedział, że w nim samym siedzi coś takiego, ale zawsze był pełen myśli o tym, by ukrywać się przed nimi - być może dlatego, intuicyjnie, udawało mu się znikać im z oczu, blokować wszelką magiczną aurę. Co było również o tyle dobre, że - choć nie mógł tego nikt wiedzieć - moc miał naprawdę potężną. Gdyby przypadkiem zawiodły jego bariery i nikt by na to nie zareagował, odczułby to cały Paryż, a nawet spory okrąg wokół niego, i to nie tylko Podziemni, a również zwykli ludzie. On sam zaś nie rozumiał zbyt wielu rzeczy. Dlaczego tak wiele istot, które spotykał, a których ludzie nie widzieli, dawało mu biżuterię w podziękowaniach? I to emanującą różnego rodzaju mocą? To było jednak małym problemem przy tym, jak go nazywali. “Synu demona”, “synu demona o anielskim imieniu”, jeśli je poznali. Anielskie imię jeszcze rozumiał, ale syn demona? Nie potrafił nic znaleźć na ten temat. Wpatrywał się w Sekwanę, jakby miała mu dać jakąś odpowiedź. Wrócił już z grobów i zamierzał lada dzień opuścić to miasto. Cudza moc przeszywała go niczym lodowaty wiatr na mrozie, wbijając zimne szpilki w całe ciało, co tylko go popędzało. Wiatr szalał z jego warkoczem, idealnie pasującym do wizerunku podróżnika. I tylko zamyślenie sprawiło, że nie wyczuł zbliżającej się osoby, a nagły głos z boku sprawił, że prawie podskoczył i spojrzał na mężczyznę ze szczerym zaskoczeniem w czarnych oczach. I chociaż powinien odwrócić się i uciec, zaskoczenie wzięło nad nim górę. Zresztą, co mu szkodzi? Skoro już ten zaczął, to może chociaż się czegoś dowie?- Moc? Zaklęć? - spytał, niedwuznacznie pokazując, że zwyczajnie nie ma zielonego pojęcia, o czym mężczyzna może mówić.
                Uniósł brwi. Czyżby ciemnowłosy nie wiedział o czym mówi? Możliwe, że jeszcze nikt mu nie uświadomił kim jest i jak wygląda prawdziwy świat, który nie jest schowany za iluzją, albo po prostu kłamał, nie chcąc zostać zdemaskowanym. Zaintrygował go. Teraz podróżnik mógł być pewny, że Kai od tak mu nie opuści i zbyt szybko się nie zniechęci. Drugi raz spotkał kogoś ze swojej rasy właśnie w Paryżu. Co za miasto. Zdecydowanie przyciągało za dużo Podziemnych istot. Skinął głową na jego słowa, a cylinder znowu spadł mu na oczy. Zaklął pod nosem. Był zdecydowanie za duży. Ściągnął go i chwycił za rondo, posyłając prosto do rzeki. Ludzie nie zwrócili na to uwagi. Magnus uznałby to za brak poszanowania do prezentów i mody, ale Kai nie miał zamiaru się przed nim tłumaczyć. Nie od niego dostał kapelusz. Przeczesał ręką blond włosy, uśmiechając się do czarownika w stylu "nic nie widziałeś" . - Moc, zaklęcia, Świat Cieni, Dzieci Lilith... - wymieniał mu na palcach, przewracając przy tym brązowymi oczami. - Nie udawaj głupka. Zdajesz sobie sprawę, że masz moc, a nawet znalazłeś sposób, aby ją ukryć. - zamyślił się przez chwilę, wlepiając w niego wzrok. Zauważył medalion spoczywający na jego szyi. Spotkał samouka. Interesujące. Ciemnowłosy długo by nie pociągnął bez praktykowania magii, a takie ukrywanie się było... męczące? Prędzej czy później mógł spotkać jakiegoś źle nastawionego czarownika, a stare księgi z zaklęciami nie były zbyt łatwo dostępne i  zostałby przy tym wzięty za heretyka, a następnie spalony na stosie. Woach. Kazał myślom zwolnić. Nie wiedział czemu tak nagle zaczął go obchodzić czyjś los. W końcu mógł po prostu zostawić go samemu sobie, nie zważając na to co się z nim stanie. Czyżby w Kaylocku obudziła się empatia i chęć wyciągnięcia pomocnej dłoni? Nad tym jeszcze pomyśli. Przez chwilę miał uczucie déjà vu. Był w podobnej sytuacji 167 lat temu.
                Oh, wbrew pozorom, podróżnik mógł pociągnąć tak całkiem długo. Licząc, że uciekł z Paryża, mając niespełna trzydziestkę na karku, ukrywał się już od ponad półtorej wieku, wciąż nie wiedząc nic. I wciąż nie będąc przez nikogo atakowanym. Nie mógł wiedzieć, że w najbardziej dramatycznych momentach, gdy był na granicy wykrycia i wiedział o tym, budziła się jego krew, dodatkowo go osłaniając. Nie potrafił tego wyczuć. To była rzecz zbyt subtelna, jak na jego niewyćwiczoną osobę. Niemniej jednak, jest w stanie stwierdzić, że przed sobą definitywnie ma kogoś z nich, i to doświadczonego. Pewnie i silnego. I traktującego go z niejaką pobłażliwością, to na pewno. Ale czy miał się tutaj o co denerwować? - Bardzo chętnie bym poudawał, ale niestety, nie mam pojęcia o czym mówisz - stwierdził zdecydowanie, przyglądając mu się na tyle uważnie, by próbować wybadać jego motywy. Nie wyglądał, jakby chciał go skrzywdzić. Inaczej - gdyby chciał, już by to zrobił, chociażby wrzucając do rzeki tak, jak ten cylinder. Widywał takich jak on, używających rzeczy, za które normalnie powinni byli być spaleni na stosie. Wiedział o istotach z lasów, widywał i takie, które potajemnie pomagały (albo i przeszkadzały) w domach. Słuchał ich historii, ale żadna z nich nie chciała mu wytłumaczyć jego własnej, podsumowując, że gdy przyjdzie czas, dowie się wszystkiego. Widywał w końcu i demony - bo ciężko było nazwać te stworzenia inaczej - klękające na jego widok albo uciekające mu z drogi. Z całej jego postawy łatwo było wyczytać, że nie jest pewien, co powinien zrobić. Chociaż doskonale maskował moc i uczucia, w takich chwilach bywało, że nie do końca panował nad mową ciała. I nie wiedział, czy ten mężczyzna jest zagrożeniem, czy wręcz przeciwnie; był za bardzo przyzwyczajony do uciekania, zanim tacy w ogóle go zauważyli, by wiedzieć, jak mogą się zachowywać.
                Możliwe, że zaliczał się do tych potężnych czarowników, ale zdecydowanie nie przewyższał mocą i doświadczeniem Malcolma Starka, który był wręcz postrachem Paryża, a Kai zdążył już na niego wpaść i z niejakim trudem ujść cało, bo nie darzyli siebie wielką sympatią. Wszyscy Podziemni ciągle walczyli, aby zostać na swoim terenie i wygonić tych drugich z miasta. Kai z ochotą się w to pchał, chcąc sprawdzić swoje umiejętności. Jak widać, żył, czyli szło mu całkiem nieźle. Dysponował dość dużą mocą, ale jego ojciec był tylko porucznikiem Piekła, znanym fałszerzem broni, skazanym na wieczne cierpienia na górze Duduael. Miał nieprzyjemność spotkania go jakieś 50 lat temu, gdy przesłuchiwał wszystkie demony, aby dowiedzieć się kto jest jego rodzicem. O mały włos się nie pozabijali. Na odpowiedź podróżnika uśmiechnął się tylko kręcąc głową z dezaprobatą. - A szkoda. - odparł krótko i oparł się o barierkę mostu, cały czas obserwując czarownika. Nie miał zamiaru mu nic mówić, dopóki on nie przestanie utrzymywać, że kompletnie nic nie wie. Nie było takiej opcji. Jak większość ludzi z pewnością znał legendy czy ludowe opowieści, w które nikt nie wierzył, a miały w sobie ziarno prawdy. Musiał widzieć wampiry żerujące w nocy czy psocące faerie. Stali przez chwilę w ciszy obserwując się wzajemnie. - Gdzie moje maniery? Kaylock Foster. - Wyciągnął rękę w jego stronę. Za tym gestem, poza zwykłym aktem kultury, kryło się też sprawdzenie jaką mocą mężczyzna może dysponować. Kai prawdopodobnie byłby w stanie rozbić jego bariery ochronne. Jednocześnie podając mu swoją godność, liczył się z tym, że czarownik mógłby szepnąć biskupowi, że widział jak uprawia magię, a Kai musiałby opuścić ukochany Paryż. Jednak mu zaufał. Nie wyglądał na takiego, który by to zrobił, a przynajmniej nie od razu. Czekał aż uściśnie mu dłoń, patrząc na niego wyczekująco. Zdawało mu się, że gdzieś już widział te czarne oczy.
                Przez całe swoje życie, Gabriel zaufał tylko jednemu biskupowi - katedry Marii Panny, który nauczył go czytać i pisać, z sentymentu do nieco nieudolnego poety, jakim był jego przybrany ojciec. Zresztą, nie był on tak znowu nieudolny, po prostu nie zapisał się na kartach historii. Gabryś wciąż nosił ręcznie zapisany tomik, w którym miał większą część tego, co kiedykolwiek napisał. Dlatego szanse, że wygadałby komukolwiek coś o kimś z nich były równe zero. Albo i ujemne, biorąc pod uwagę, że nawet by mu to do głowy nie wpadło. Spojrzał krótko na jego rękę, a potem znienacka podjął decyzję. Co mu innego pozostaje? Ma okazję. Przez całe lata przed tym uciekał, bo prawdopodobnie słusznie podejrzewał, że nic dobrego by nie wyszło ze spotkań z innymi o tej aurze. Ale teraz? Nie miał już nic do stracenia. Najwyżej go zabije. Bogowie, jak wiele razy marzył o śmierci! Nie miał jednak dość siły, by z własnej woli pchać się w jej ramiona, dlatego tylko czekał. Potrafił głodzić się tygodniami, by w końcu łamać się i jakoś wracać do życia. Nie było w tym nic chlubnego. Wysunął w jego stronę rękę z pierścieniem, który dostał od gromady leśnych wróżek w zamian za drobną pomoc kilkadziesiąt lat temu i uścisnął jego dłoń. Wiedział, że przedmiot ma aurę, że w bliskim kontakcie ogranicza niekontrolowany przepływ mocy - nie znaczyło to, że przy jego braku magicznej edukacji ukrywało to i jego potencjał. Przynajmniej, tak mu powiedziały. I dalej nie wiedział, o jakiej dokładnie mocy mówiły, bo częściowo zwyczajnie odsuwał to od siebie. - Gabriel, po prostu Gabriel. Obawiam się, że naprawdę wiem mniej, niż mógłbyś oczekiwać, ale chętnie rozwinąłbym swoją wiedzę. Trochę trudno zdobyć jakiekolwiek informacje i przy tym nie wylądować w rękach Kościoła… - … albo takich, którzy chcieliby z niewiadomego powodu moją głowę, ale tego już nie powiedział na głos. Tak, również mu zaufał. Tak po prostu. Skoro ten już się zdradził z nazwiskiem i nie kłamał przy tym (a akurat to Gabriel potrafił rozpoznać doskonale), to nic innego mu nie pozostało.
                Podróżnik podał mu rękę. Kai przymknął na chwilę oczy, wyczuwając jakie dokładnie zaklęcie zastosował. Proste, ale skuteczne. Mimo że było parę niedociągnięć i przydałaby mu się mocniejsza obrona, to poradził sobie całkiem nieźle, jako że prawie w ogóle nie miał pojęcia kim jest i z czym ma do czynienia. Podniósł powieki i delikatnie przekręcił rękę, zerkając na jego pierścień, a potem puścił jego dłoń. Widział kiedyś podobne przedmioty na jakiejś aukcji w Podziemnym świecie. - Niektórzy duchowni z pewnością wiedzą o istnieniu Świata Cieni, bo współpracują z wielbionymi przez wszystkich Nefilim, potomkami Anioła Razjela, którzy w niektórych ołtarzach mają magazynek z bronią, aby zabijać demony. - przerwał, czekając aż jakiś przechodzeń przeszedł obok nich. Widać było, że nie darzył Nocnych Łowców wielką sympatią. - Po prostu nas tępią i palą na stosach. Pomiot Lilith, matki demonów. - Prychnął i schował ręce do kieszeni. Zaczął mu powoli wszystko wyjaśniać, uważając, aby jego słowa nie były za głośne i czy przez przypadek nikt ich nie podsłuchiwał. W tym wieku lepiej było nie mieć opinii szaleńca. - Widzisz, Gabryś... - pozwolił sobie na to zdrobnienie. Nie zdziwił go fakt, że nie posiada nazwiska. Spotkał już parę takich osób. - Twoim ojcem jest demon i to dość potężny, sądząc po twojej mocy. Stawiam na jednego z Książąt Piekieł. - po swoich słowach utworzył wokół nich coś na kształt koła, aby być stu procentowo pewnym, że żaden człowiek nic nie usłyszy. Bariera blokowała dźwięk i podsuwała fałszywy obraz. W tym momencie Przyziemni widzieli by po prostu dwa psy lub jakieś inne rzeczy. - Powiedz mi co wiesz. - Łatwiej i szybciej było naprostować jego wiedzę i dodać nowe informacje, niż od nowa wpajać mu rzeczy, które najprawdopodobniej już znał.
                Gdy Kaylock przymknął oczy, poczuł, jakby między ich palcami przeskoczyła iskra. Dziwne uczucie bycia wybadanym, przejrzanym, coś takiego. Nie był pewien, jak to odebrać, ale już za późno. Być może gdyby nie jego słowa chwilę później, próbowałby jeszcze uciec i nie wracać już nigdy do tego miasta, ale faktyczne informacje na moment go niemalże ogłuszyły. Czyli jednak. Czyli może się czegoś dowiedzieć, w końcu! Jego oczy błysnęły, a on sam od razu się wsłuchał, starając sobie uzupełnić tymi informacjami to, co wiedział. A wbrew pozorom, to były niczym słowa-klucze. Wszędzie pomijane, wychodzące z założenia, że czytający już to wie, podczas gdy właśnie tego szukał. Mimowolnie coś nim wzdrygnęło, gdy usłyszał o zabijaniu demonów. Z niewiadomego powodu miał jakiś sentyment do tych istot, chociaż wiedział, że są zwyczajnie złe, niszczące, koszmarne i w ogóle niebezpieczne. Nie dla niego. Zupełnie zignorował to zdrobnienie, a potem nawet jego sentyment wskoczył na właściwe miejsce. Zastanowił się, ignorując barierę, którą doskonale wyczuwał. Jak miałby ułożyć to, co wiedział? Oparł się łokciem o barierkę mostu, wciąż się zastanawiając. - Gdy tak to przedstawiasz, to prawie, jakbym wiedział całkiem sporo. Od lat widuję najróżniejsze stworzenia, gadają do mnie wróżki, demony na polnych drogach albo się kłaniają, albo uciekają. Wiem, że coś we mnie jest i wiem, gdy ktoś o podobnej aurze znajduje się w pobliżu, ale się ukrywam, bo nigdy nie zamierzałem nikomu z nich ufać, w żadnym stopniu. Nie kontroluję tego, to tylko instynkt, przynajmniej tak mi się wydaje. Przez całe lata byłem przekonany, że to klątwa, a wszystkie te istoty uparcie twierdziły, że nic mi o tym nie powiedzą, bo pewnego dnia ktoś mi to wytłumaczy. Więc nie pozostawało mi już nic innego, niż podróże i szukanie odpowiedzi. Ile to już będzie? Uciekłem z Paryża w tym samym roku, w którym Michał Anioł wyrzeźbił Umierającego… To będzie już sto pięćdziesiąt lat. Niewiele wiem o tych, których ty nazywasz Nefilim, i nie wiem prawie nic o dzieciach demonów, chociaż wiele razy mnie tak nazywano - wyrzucił z siebie spokojnym głosem, spoglądając na Kaylocka poważnie. Naprawdę nie pozostało mu nic innego, jak powiedzieć prawdę. Chwilowo postanowił przemilczeć skrzydła. Niech to zostanie na razie jego tajemnicą.
                Zauważył jego błysk w oku i mimowolnie się uśmiechnął. Widywał różne przypadki. Raz trafił na czarownicę, która słysząc prawdę starała się popełnić samobójstwo, ale w końcu do tego nie doszło. Właściwie to nie wiedział co się z nią potem stało, gdy opuścili Lyon. Nie interesowała go zbytnio i od początku spisał ją na straty. Obserwował Gabriela. Wyglądał jakby Kai właśnie rozwiązał jego życiowy problem albo uwolnił go od jakiejś klątwy. Przytaknął głową, przyswajając usłyszane informacje. - Sto pięćdziesiąt lat zdany na samego siebie i jak dotąd nikt cię nie odkrył? - uniósł brwi ze zdziwienia. To zdecydowanie stanowiło rekord i było wręcz nierealne. Gdyby nie ukrywał swoich mocy ciągnęli by do niego nie tylko Podziemni, ale i normalni ludzie. Na dodatek to z kłaniającymi się przed nim demonami... Kai miał pewność, że Gabryś jest synem jednego z Książąt Piekieł. Odchrząknął, przywracając sie do rzeczywistości, bo ostatnimi czasy za bardzo pogłębiał się w swoich rozmyślaniach. - Zacznijmy od początku. - oparł się o swoją laskę. - Czarownicy, Dzieci Lilith, nieśmiertelni, bezpłodni , obdarzeni mocą. Każdy z nas posiada jakieś znamię, które odróżnia nas od zwykłych ludzi. - zawiesił głos, nie będąc pewnym czy to wszystko. Jakby coś mu się przypomniało, zawsze mógł do tego wrócić. - Są Przyziemni, Podziemni i Nefilim. Przyziemni są zwykłymi ludźmi, ale zdarzają się tacy, który mają Wzrok i potrafią zobaczyć przez iluzję. Podziemi to Wilkołaki, Wampiry, Faerie i Czarownicy. - Nie rozwijał informacji o tych rasach, na razie uznając je za zbędne. - Nefilim, potomkowie Anioła Razjela, chronią Przyziemnych przed demonami i Podziemnymi. Kreślą runy na swojej skórze, które wyostrzają albo dają im jakieś nowe umiejętności. Walczą od urodzenia, dowodzi nimi Calve. Mamy z nimi Porozumienia i parę wojen za sobą. - uniósł brew w niemym pytaniu, czy to nie za duża dawka wiedzy jak na jeden raz. Aby mu wszystko wyjaśnić z należytą dokładnością i pokazać parę prostych zaklęć musiałby spędzić z nim więcej czasu, może nawet parę lat, w zależności od jego kompetencji.
                - Umiem się ukrywać - podsumował to krótko. Był w końcu dzieckiem ulicy, czego innego można się było po nim spodziewać? W każdym mieście niemalże automatycznie i podświadomie potrafił znaleźć ciemne uliczki, zakręty, skrytki i miejsca, gdzie zwyczajnie będzie bezpieczny. Nie mówił już nawet o Paryżu, gdzie znał każdy możliwy zakątek, a w razie czego, był gotów uciekać przez katakumby. Co zresztą już nie raz robił, gdy czuł konkretne zagrożenie - czy to ze strony ludzi z aurą, czy Kościoła. Drgnął lekko, gdy Kaylock wspomniał o znamieniu. Czyżby skrzydła…? Nieco obawiał się kontynuować tę myśl, ale to miałoby sens, sporo sensu. Ostatnimi laty powoli zaczynał się uczyć na nich latać, ale że nie mógł ukrywać się w powietrzu, nie ryzykował. Wiedział na razie, że jest w stanie unieść samego siebie, a to było już bardzo dużo. I sprawiało, że skrzydła stawiały się całkiem użyteczne. Ale nie robił sobie większych nadziei. Wcale by się nie zdziwił, gdyby to, co się teraz dowiedział, było wszystkim, a resztę musiałby odkrywać sam. - Wiesz, po tylu przeczytanych książkach i latach obserwowania wszystkiego, dowiedzieć się w końcu fundamentalnych informacji to jak odzyskać życie. Co prawda, zdaję sobie sprawę, że to dopiero początek, ale i tak… Lepiej tak, niż dalej żyć w przekonaniu, że to wynik jakiejś klątwy - powiedział w końcu powoli, zastanawiając się, jak to wyrazić. Wszystko wskakiwało na właściwe miejsca, ale nie miał pojęcia, jak pytać o więcej, ani czy w ogóle dostałby odpowiedzi na te pytania. A potem nagle się uśmiechnął, tak po prostu. - Dziękuję.
                - Zauważyłem. - prawy kącik jego ust uniósł się ku górze. Nie miał wątpliwości, że Gabriel potrafił się ukryć. Sam też nie był najgorszy w odnajdywaniu jakiejś drogi ucieczki czy tajemnych przejść, ale zwykle stawał twarzą w twarz z niebezpieczeństwem. Lubi ten stan, gdy jego umysł zaczynał jeszcze szybciej pracować pod wpływem napięcia sytuacji albo adrenaliny. Przesunął językiem po wydłużonych kłach, jego demonicznym znamieniu, od tak. Ostatnio jakoś wpoił sobie ten nawyk. - Chyba każdy na początku myślał, że został przeklęty. - A na pewno on. Włóczył się po świecie, z trudem dostosowując się do nowych stylów i kultury. Ludzie umierali, a on patrzył na to, nie mogąc nic na to poradzić. Tracił bliskich i po pewnym czasie przestał ich też szukać. Starczał mu on sam i jego głębokie rozważania. Uniósł brwi z zaskoczenia, a po chwili na jego twarzy zawitał uśmiech. Pierwszy raz szczery od paru lat. - Musisz się jeszcze wiele nauczyć, Gabryś. - powiedział, likwidując otaczającą ich barierę. Znowu stali się widoczni dla ludzkich oczu. Chwycił laskę i odszedł od barierki mostu, zerkając przez ramię na czarownika. - Idziesz ze mną? - zapytał, co było równoznaczne z zostaniem jego uczniem czy towarzyszem. Polubił go. Miał nadzieję, że się zgodzi.
                On z kolei doskonale zdawał sobie sprawę, że stanięcia twarzą w twarz z takim niebezpieczeństwem zwyczajnie by nie przeżył. Nie robił sobie nadziei. Po prostu był za słaby, nie miał doświadczenia, ba! do teraz nie miał pojęcia, że ma w ogóle jakąś moc, a nie jest po prostu przypadkowym, przeklętym podróżnikiem. Czy jakkolwiek by go nie nazywano. Zauważył ten gest u Kaylocka, ale nawet nie drgnął. Ile to razy chowając się w lasach czy jaskiniach zakrywał się skrzydłami, stając się, o dziwo, wyjątkowo mało widocznym? Ile to razy gładził je, przejeżdżając dłonią po miękkich piórach? To było zdumiewająco wręcz uspokajające, jakby na to nie patrzeć. Ale nie miał okazji robić tego zbyt często, niestety. Niewiele było miejsc, w których czuł się na tyle bezpiecznie. A jeśli geneza skrzydeł była taka sama, jak tych kłów, to tym bardziej nie miał się co dziwić. Drgnął za to, gdy zniknęła bariera, i po ciele przeszły go ciarki. Interesujące uczucie, ale nie mógł powiedzieć, że był jego fanem. Ale widząc ten uśmiech, słysząc te słowa i widząc ten gest, jakim było zerknięcie przez ramię, poczuł, że zwyczajnie został kupiony. Że w tym momencie mu zaufał, bo nic innego mu nie pozostało. I, co ciekawe, już był pewien, że tego nie pożałuje. Również się uśmiechnął. - Trudno byłoby odmówić - powiedział, zupełnie szczerze, a potem ruszył za nim.

wtorek, 12 maja 2015

Everybody wants eternal life


      Nie wie właściwie, dlaczego zdecydowali się wracać z Aaronem na piechotę. Impreza u Delsina, na którą Kai go zaciągnął, dłużyła się coraz bardziej, dlatego mimo spotkania starego znajomego zdecydował się wyrwać, zostawiając przyjaciela w rękach Nico, zaś jego obecny towarzysz niemalże sam się przypałętał, gdy był już przy wyjściu. Wbrew ogólnym pozorom, nie ma specjalnie nic przeciwko temu - już od dłuższego czasu nie może zrozumieć, dlaczego, ale zwyczajnie akceptuje go jako osobę w swoim towarzystwie. Niewątpliwie, jest w tym coś chłodnego, ale po tylu latach i przeżyciach ciężko jest mieć inne podejście do kontaktów międzyludzkich. Droga, mimo iż dość długa, ani trochę im się nie dłuży. A jednak, decydują się nieco ją skrócić, wchodząc między dość podejrzane uliczki. W końcu to nie tak, że mają się czegokolwiek obawiać - za dużo mocy i doświadczenia, nawet jeśli Gabriel ostatnimi czasy nie czuje się do końca pewnie ze swoimi zdolnościami - bardziej, niż zwykle.
      Nagły impuls sprawia, że zatrzymuje się i spogląda w uliczkę idącą w bok. To coś, co poruszyło nie tyle jego duszę, co krew; obca świadomość, zbyt podobna do jego własnej, by był to zwykły przypadek. Zresztą, ile to już lat, odkąd czuł coś takiego? Ba, lat - wieków. Tylko raz, gdy widział swojego ojca, chociaż jego duszę wtedy poruszyły ledwie runy, składające się na jego imię. I w chwili, gdy już zaczyna widzieć kryjącą się w ciemności sylwetkę dziecka, kątem oka zauważa błysk. Natychmiast odwraca głowę, ale jest już za późno.
      Czyjaś ręka znika w portalu, porzucając na ziemi zakrwawiony sztylet; ledwo widoczny już cień twarzy zdecydowanie należy do jednego ze starszych Mrocznych - nawet on sam potrafi to rozpoznać. Ciało Aarona bezgłośnie opiera się o ścianę budynku, chociaż tak naprawdę Gabe nie jest w stanie stwierdzić, czy faktycznie stało się to w ciszy. W tym momencie cały świat na moment zakrył się nią niczym całunem, odcinając to, co się tutaj właśnie wydarzyło, od rzeczywistości. Nawet, gdyby ruszył się wcześniej, nie byłby w stanie nic zrobić; rana jest zbyt głęboka, wymierzona celnie w serce, przecinająca je niemalże na całej jego długości. A jednak, gdy jest w stanie wykonać powolny krok w tę stronę, jedyne, co mu pozostaje, to zamknąć oczy, patrzące się w pustkę. Zaciska dłonie w pięści, czując, że jest na granicy - ostatnia, wątła nić utrzymuje go przed popadnięciem w proste szaleństwo, przed oddaniem się woli swojej krwi.
      Sięga do kieszeni, wyciągając stamtąd prosty wisiorek. Ręce mu drążą, ale jest w stanie powoli wypowiedzieć półgłosem zaklęcie. Nie może go tutaj zostawić. Ciało Aarona znika, wciągnięte do medalionu, który zaraz potem Gabriel narzuca na szyję. Podnosi się, jednocześnie podnosząc też i sztylet, cały w jego krwi. Zaciska zęby, ale zmniejsza go i chowa do kieszeni. Gdyby nie chłopiec, którego obecność wciąż wyczuwa ledwie za rogiem, z tej ulicy już nie pozostałoby nic.
     Kieruje się tam od razu, póki jeszcze jest w stanie panować nad sobą. Bez wahania wchodzi w tamtejszą ciemność, własną sylwetką zasłaniając jedyne wpadające światło. Chłopiec nie śpi - stoi, wpatrując się w niego, jakby sam też wyczuwał tą dziwną więź. Zmusza się do ekstremalnego spokoju, chociaż jego dusza krzyczy, szalejąc, i obija się o jego ciało od wewnątrz. Kuca przed chłopcem. Te same włosy, to zauważa. Ale głębokie, wpatrujące się w niego, niebieskie oczy, są zupełnie różne. Nie widać też śladu po jakimkolwiek znamieniu, przynajmniej nie na pierwszy rzut oka.
   - Jak masz na imię? - pyta Gabriel, starając się, by dzieciak wyczuł tylko ciepłą intencję pomocy, a nie szalejącą wolę zemsty. Nawet jeśli mu się udało, nie dostaje odpowiedzi - jedynie spojrzenie staje się dużo bardziej intensywne. Wyciąga ku niemu rękę. - Ja jestem Gabriel. Nie zrobię ci krzywdy, chcę ci pomóc - mówi, a potem zdobywa się na lekki uśmiech. - Jestem dokładnie taki, jak ty. Pójdziesz ze mną? - zapewnia go znienacka, i wydaje się, że właśnie to, z zawartą w tym szczerością, przełamuje barierę. Chłopiec wyciąga rękę i chwyta Gabrielową dłoń.
   - Ged - odpowiada, a Gabe prostuje się, by zaraz potem wziąć go na ręce.
   - W takim razie, Ged, chodźmy do domu - mówi. Obiega spojrzeniem okolicę, ale na pierwszy rzut oka jest w stanie stwierdzić, że chłopiec nie ma niczego, poza tym, co na sobie: a i to przeżyło już nieco za dużo. Wygląda, jakby wylądował na ulicy prosto z jakiegoś domu, w codziennych ubraniach, nawet bez butów - dziurawe skarpetki odsłaniają poranione stopy, podobnie ze zniszczonymi spodniami i koszulką z jakimś dziecięcym bohaterem, wiszącą na nim niczym na wieszaku, podobnie jak dużo za duża, męska koszula, wyraźnie gdzieś znaleziona.
   - … domu. - Spogląda ponownie na chłopca, powtarzającego jego ostatnie słowo, i kiwa głową, odgarniając mu włosy z twarzy. Nawet mimo tego, jak bardzo są brudne, jest w stanie stwierdzić, że są takie same jak jego własne.
      Nie wydając żadnego więcej dźwięku, znikają z uliczki.
      Jak bardzo by Gabriel nie próbował tego ukryć, zdaje sobie sprawę, że ledwo przekroczy bramę rezydencji, Kai wyczuje to, co szaleje w jego środku. Mimo to, nie zamierza się bawić w tłumaczenia. Otwiera drzwi tak energicznie, że Młody wzdryga się, ale nie próbuje uciekać z jego rąk. Rusza prosto do gabinetu, gdzie wyczuwa znajomą obecność. W tej chwili nawet nie próbuje się już skupiać na niczym innym, potrzebuje znaleźć tylko tę jedną osobę.
      Tych drzwi już nie musi otwierać - uprzedziła go Nico, ledwo przed chwilą wchodząc do gabinetu z herbatą. W normalnej sytuacji zapewne nie odpuściłby sobie, nie robiąc na ten temat żadnego komentarza, ale teraz nie jest normalna sytuacja. Kai zresztą wygląda, jakby tylko na niego czekał, cały spięty. Cóż, po takiej aurze, jaką Gabriel roztacza wokół siebie, można spodziewać się wszystkiego. Wbija wzrok w przyjaciela, sięgając do kieszeni, po czym rzuca na jego biurko nóż, zdejmując w locie zaklęcie. Nie przejmuje się, czy poplami przy tym krwią jakiekolwiek papiery, które Foster czytał - nie jest byle dzieciakiem w sztuce magicznej, poradzi sobie.
   - Aaron nie żyje. - Nie słyszy siebie, wypowiadającego te słowa, jedynie poszerzające się w szoku źrenice Kaylocka są potwierdzeniem, że faktycznie to zdanie opuściło jego umysł. Nie wie, jak zabrzmiał jego własny głos - suchy, pozbawiony jakiejkolwiek emocji, i przy tym tak zimny, że nawet Nico musiała to odczuć. Widzi, jak Kai podnosi się, gotów zadać jakieś pytania, ale jego samego powoli opuszczają resztki opanowania i wie, że nie może tutaj zostać. Podchodzi do niego i podaje mu Geda.
   - Ged, to przyjaciel. Zajmie się tobą przez chwilę. Niedługo wrócę - mówi, zdobywając się jeszcze na resztkę uspokajającego uśmiechu; sam zaraz potem odwraca się, tak po prostu, i znika. W końcu wie, że kto jak kto, ale Kai będzie w stanie rozpoznać, że Młody jest dokładnie taki, jak Gabriel. Że jest synem Lucyfera.
      Pojawia się na tyłach ogrodu. Furia, która go wypełnia, jak na ironię, pozwala mu działać zupełnie spokojnie. Staje pod dużym, starym drzewem. Jest idealne. Nie ma sensu bawić się w trumny, czarownikom to nie jest potrzebne, wręcz przeciwnie. Krótkim ruchem ręki odsłania odpowiedni kawałek ziemi, a potem zdejmuje z szyi medalion. W następnej chwili łapie się na tym, że już zmierza z nim w stronę własnych ust. Potrząsa głową, a potem przywołuje zaklęcie, umieszczając ciało w dole. Ten widok, pozornie tak spokojny, zupełnie wywiewa z niego wszystkie uczucia. Na moment staje się zupełnie pusty. Gardło mu zasycha, a on sam jest niezdolny do jakiegokolwiek ruchu. Ostatnim wysiłkiem odwraca głowę, a potem zmusza siebie do wypowiedzenia zaklęcia, zakopując tym samym ciało i przywołując prosty nagrobek. Łapie się na tym, że za mało wie, by móc cokolwiek na nim napisać, i żal wypełnia całą pustkę, szalejącą wewnątrz. Zaciska dłoń w pięść, a na kamieniu pojawiają się pojedyncze litery.

A A R O N   D Y E R

      Zarzuca na szyję medalion, chociaż nie ma w nim już żadnej magicznej mocy. Opuszcza wzrok, zamykając oczy piekące tak, jakby ktoś sypnął mu w nie garścią piachu. Są zupełnie suche. To nie pomaga - jak żywe stają mu przed oczyma obrazy z tamtej alejki. Powoli opadające ciało, niemy krzyk, zamarły na jego ustach. Niemal nieświadomie rozkłada skrzydła i zrywa się ku niebiosom, na których jeszcze nie zaczęły gasnąć zasłonięte chmurami gwiazdy. Leci, chociaż nie patrzy przed siebie, a jedynie drży na całym ciele, obejmując się ramionami. Byle dalej od ludzi, byle dalej od wszystkich obcych świadomości, które znienacka zaczynają wypełniać jego umysł, którego nie potrafi w tej chwili przed tym ochronić.
      Krew ponownie zaczyna szaleć, a on sam czuje, jakby jego dusza była zwyczajnie pożerana przez ciemność. W głowie echem odbijają się słowa ojca, które usłyszał podczas ich spotkania. Pewnego dnia i tak staniesz się taki jak ja. W końcu nie wytrzymuje, a jego krzyk roznosi się po całym niebie, niosąc się z całą jego mocą, rozpędzając chmury i odsłaniając zachodzący księżyc. Mimo jego słabego światła ma wrażenie, że cienie wokół niego tylko się zagęszczają. Czuje obcą obecność wokół siebie, ale zna ją doskonale. Przecież towarzyszy mu ona przez całe życie, rosnąc, rosnąc, rosnąc.
   - To dla ciebie nieskończenie zabawne, prawda?! - krzyczy, łapiąc się za głowę. W żyłach ma płynny ogień, każdy kolejny oddech jest wysiłkiem. - Nieskończenie długie życie, z którego raz za razem wszyscy znikają? Właśnie tego dla mnie chciałeś, czyż nie tak? Więc proszę, napatrz się, ojcze! Naciesz się! Oto ciemność, której we mnie szukałeś! - Rozkłada szeroko ręce, pozwalając demonom, które wiecznie go wypełniają, wylec na zewnątrz. Ciemność zakrywa niebo, rzucając cień na ziemię, a on sam wpatruje się z takim uporem w niebo, jakby właśnie tam widział znienawidzoną, ojcowską twarz Lucyfera. A potem znienacka, powoli, opuszcza ręce; wszystko znika, wracając do normy, a on sam uśmiecha się, chociaż jego oczy są zupełnie, świdrująco czarne, na całej swojej powierzchni. - Nie dam ci pochłonąć tego dziecka, jak zrobiłeś to ze mną - wypowiada niemalże bezgłośnie. Cała rozpacz, którą dotąd odsuwał od siebie, wraca do niego z całą siłą, wraz z ostatnim, znikającym cieniem. Oczy zapełniają mu się łzami, podczas gdy składa skrzydła i pozwala sobie runąć w dół.

Nie przypominam sobie, byśmy kogokolwiek zapraszali. ~ Włam do Rezydencji I

Nicoletta  Samantha  Kai  Scarlett  Gabryś  Aaron


pozdro dla kumatych 
#KaiZSokołemNaRamieniu #SWAGKai

                Nicoletta jak zwykle wstała późno. Chodzenie z Dnia wcale nie oznaczało, że ma rezygnować z wampirzego stylu życia. Tak więc, kiedy wyszła z łóżka, było koło godziny 13. Wzięła prysznic, załatwiając przy tym wszelkie sprawy łazienkowe. Odświeżona, ubrała się w czarne legginsy oraz fioletowo-bordową tunikę. Następnie ruszyła do kuchni, sprawdzając przy okazji, że wszyscy wybyli. Normalnie by tego nie robiła, ale przeważnie domownicy nie lubili, a przynajmniej takie było jej wrażenie, gdy piła krew ze szklanki. Z mniejszej lodówki w pomieszczeniu, którą Kai wstawił tu specjalnie dla Nicoletty, zgarnęła paczkę z krwią. Przelała ją do szkła, a na koniec wsadziła słomkę. Nie dziwne więc, że nie wszyscy pragnęli to oglądać. Ale ona przyzwyczaiła się do tego. Każdy wampir musiał się odżywiać. Z prawie-drinkiem, przeszła do salonu, stwierdzając, że skoro nikogo nie ma, może rozłożyć pergaminy tutaj. Ułożyła wszystko na podłodze, studiując, raz po raz pociągając łyka ze słomki.
                Nie kryła się zbytnio. Stała w cieniu rozłożystego drzewa wraz z czarownicą i bacznie obserwowała rezydencję Fostera. Kto do niej wchodził, wychodził, rozpoznawała poszczególne twarze. Wiedziała, że jak na razie, gdyż pewnie kogoś jeszcze przygarną pod swoje skrzydła, dom zamieszkiwały cztery osoby. Właśnie dwie z niej wychodziły i kierowały się w stronę miasta. Samantha zerknęła na Scarlett, która opierała się o pień drzewa. Na jej twarzy gościł ten charakterystyczny dla niej dziecięcy uśmieszek. Sam uniosła brew w niemym pytaniu. To był idealny moment, aby zacząć działaś. W końcu tamta chciała dowiedzieć się czegoś o wampirzycy. - Możesz ściągnąć zaklęcia ochronne? - Założyła ręce na piersi, wlepiając w nią neonowe spojrzenie. Nie słynęła z cierpliwości.
                Cały czas uśmiechając się, uciekła myślami do dalekich regionów. Przywołała ją Sammy. Oh, nie powinna jej tak nazywać, ale w końcu to takie słodkie imię! - Jasne, że mogę. - stwierdziła, zupełnie, jakby dziewczyna pytała o podanie ziemniaków przy wspólnym stole. Scarlett dysponowała naprawdę dużą mocą. A przy tych czarach... Zamknęła oczy, odpychając się nogą od drzewa. Wyjątkowo proste do złamania zaklęcia. Dla niej. Same tarcze były potężnie zbudowane, ale nie odczuwała ich naporu. Utrzymała ręce przy ciele, dłonie równolegle do ziemi. W jej umyśle wariowały słowa, aury, magia. Z lekko rozchylonych ust wyciekały szeptem formułki. Bach. I już po kłopocie. Odetchnęła lekko, obracając się z uśmiechem do Sam. - Mówiłaś coś? - zapytała ironicznie, przekręcając głowę; czekając i zapraszając towarzyszkę do wejścia.
                Uderzenie w tył głowy. Poczułby je w każdym miejscu na świecie, w każdym możliwym stanie. Nawet, gdyby leżał nieprzytomny, wiedziałby, że to się stało. A to nie ratowało nikogo. Brzmiało jak kpina. Cała fala magii, która utrzymywała bariery rezydencji, dotarła do niego z minimalnym opóźnieniem. Zacisnął pięści, z trudem powstrzymując szalejącą wściekłość, która sama z siebie zaczęła unosić jego włosy do góry. Co za bezczelność...! Rozwinął skrzydła, znikając iluzją ze świadomości wszystkich ludzi wokół i wzniósł się w powietrze, szybując prosto do rezydencji. Nie zamierzał pozwalać na coś takiego w milczeniu. Zawisł nad nią w powietrzu, wciąż niewidoczny, i zaczął szukać wzrokiem tego, czyja to była wina. Uprzednio obudził psy, zdejmując z nich iluzję. One również zaczęły węszyć... A potem ruszyły biegiem poprzez rezydencję, dając tylko pół minuty na reakcję, nim dotrą na miejsce.
                Przewróciła oczami w wyrazie irytacji i żwawym krokiem poszła za Scarlett prosto do rezydencji. Wiedziała, że nie będzie łatwo. Mogła wybrać inne miejsce na spotkanie z Nicolettą, ale nie miała zbyt wiele czasu. Potrzebowała również namiarów na Alastaira Raleighna, w wiadomym tylko dla Sam celu. Inni Mroczni nie wykazywali zainteresowania jej planami. Weszła do środka i od razu udała się do salonu, pamiętając rozkład pomieszczeń po halloweenowym balu i czując wyraźny zapach krwi, który rozpoznałaby dosłownie wszędzie. Jak gdyby nigdy nic, usiadła na kanapie i zilustrowała wzrokiem Nicolettę Grace. - Chodząca za Dnia. -  skinęła jej ledwo zauważanie głową. - Pozwól, że przejdę od razu do konkretów. - Uśmiechnęła się kpiąco, pochylając się do niej. - Ja pomogę tobie, ty pomożesz mi.
                Może i nie była czarownicą, ale tą dawkę magii wokół rezydencji wyczułby każdy. Aż dziw, że Przyziemni nie stali tutaj tłumami. Więc kiedy niewidzialna dla Nico bariera opadła, poczuła, jakby na chwilę znalazła się w spadającym samolocie. Zaraz potem do rezydencji wkroczyła Samantha Morgenstern. - Chodząca tam, gdzie jej nie chcą. - odpowiedziała Nicoletta i również skinęła głową, pozostając z kamienną twarzą. Za rozgoszczoną na kanapie Mroczną, stała inna blondynka. Czarownica. Niedobrze Carmen, niedobrze... Sama Mroczna Nefilim nie stanowiła aż takiej obawy, jak w obstawie dziecka Lilith. Pomimo dziecięcego wyrazu twarzy, tamta sprawiała wrażenie potężnej. Trzeba było przyznać, że Sam wiedziała gdzie szukać sprzymierzeńców. Brew wampirzycy poszybowała w górę. Konkretów? Potrafiła świetnie skrywać emocje, bo to, co w tej chwili miała ochotę zrobić tej szmacie... - Pomożesz? - prychnęła. - Nie potrzebuje twojej pomocy, ani też nie mam Ci nic do zaoferowania.
                Szedł przed siebie wraz z Gabrysiem i Aaronem. Mieli zamiar zawitać w najbliższym antykwariacie i przeglądnąć księgi, ale oczywiście 'coś', a w tym wypadku zdjęcie czarów ochronnych, musiało im przerwać.  Nie zdążyli zajść za daleko, rezydencja była dobrze widoczna z ich odległości, nie zdążyła zniknąć za wysokimi wieżowcami Los Angeles. Już miał zwrócić się do Gabysia, ale ten dosłownie dostał skrzydeł i  zaczął gnać w stronę domu. Nie zwiastowało to niczego dobrego. Kaylock zaklął pod nosem, ale najwyraźniej żaden Przyziemny nie zareagował na nagłe zniknięcie czarownika. Spojrzał porozumiewawczo na Aarona. Rozprostował palce, które zdążyły zacisnąć się w pięści i czuł jak jego energia przesmyka się pomiędzy nimi. Po chwili obaj przeteleportowali się w okolice rezydencji. Najpierw Kai chciał ustalić z kim ma poczynienia, a potem atakować. Nie pofatygował się jednak, aby się skradać czy prostym zaklęciem wyciszyć swoje kroki. W końcu wtargnęli do jego domu.
                Aaron został wyciągnięty na miasto przez Kaia. Właściwie czarownik nie musiał długo go przekonywać. Wystarczyło, że wspomniał o Gabrielu i książkach. W połowie drogi nagle coś się stało. Aaron wpatrywał się zszokowany w skrzydła czarownika. Nie miał o nich pojęcia. Oderwał wzrok, dopiero kiedy Gabriel był już daleko, a Kai przeteleportował ich obu niedaleko rezydencji. Chłopak był nieco zdezorientowany. Spojrzał pytająco na Kaia, po czym zmienił się w sokoła i czekał na jakiekolwiek słowa czasownika.
                Psy były szybsze od Gabriela. Zdołały zmienić kierunek biegu, mimo początkowego planu, i wyskoczyły ze ściany, stając po obu bokach Nico. Była mieszkańcem rezydencji, a pozostałe dwie osoby zdecydowanie były obce. Wystarczający powód, by to one były celami. Obnażyły kły, ale jeszcze nie atakowały. Taki dostały rozkaz. - Widzę, że mamy w domu bardzo ciekawe towarzystwo - lodowaty głos Gabriela nadchodził od strony drzwi, gdy ten po prostu w nich stanął, opierając się ramieniem o framugę i krzyżując ręce na piersi. Jego oczy sugerowały wieczną pustkę dla tych, kogo dorwie, ale jeszcze nie atakował. Schował tylko skrzydła i z trudem powstrzymywał emanowanie mocą. Zazwyczaj to ukrywał. Lubił udawać, że nie ma za wiele mocy. Tym razem niezbyt mu to szło. - Ale nie przypominam sobie, byśmy kogokolwiek zapraszali.
                Uniosła brew z pewnym siebie uśmiechem. - Doprawdy? - Wstała z kanapy i założyła ręce z tyłu. Podeszła do wampirzycy i pochyliła się nad nią, nogą szturchając papiery rozłożony na podłodze. Nic godnego uwagi Mrocznej, jednak wzięła jeden z nich do ręki i szybko przeczytała. - Nie planujesz przypadkiem przejąć tutejszego klanu? - zerknęła na nią. - Jeśli tak, coś marnie ci to idzie. - zmięła papier w kulkę i rzuciła ją w stronę Nicoletty. Miała nadzieję, że wampirzyca połknie przynętę i nadzieje się na jej haczyk. Przeszła przez pokój, zerkając przy tym na stojącą za kanapą Scarlett. Dała jej znak, jaki wcześniej ustaliły, aby zaklęciem unieruchomiła dziewczynę, ale zostawiła jej zdolność mówienia. Wygodnie było mieć czarownicę po swojej stronie. Te całe zaklęcia znacznie ułatwiały życie. Nagle usłyszała psie warczenie. Demoniczne psy. Jeszcze tego jej brakowało. Położyła ręce na biodrach, wlepiając wściekłe spojrzenie w mężczyznę stojącego w drzwiach. - Gabriel Lacroix, cóż za miłe powitanie. - kiwnęła głową w stronę psów. - Nowe zwierzaki? - Nie była przygotowana na demony w tej rezydencji. I to jeszcze podporządkowane komuś demony. Na twarzy Samanthy pojawił się uśmiech. - Panna Grace nic nie wspomniała? Jaka szkoda... - pokręciła głową z dezaprobatą.
                Demoniczne psy wypadły tuż za jej plecami, po obu stronach. Mimo, że pamiętała jak sprzeczali się z Gabrielem o to, że pogryzą Nico, teraz wiernie stały u jej boku, gotowe rozszarpać wszystko i wszystkich. Widok ich właściciela, z rozwiniętymi skrzydła, z emanującą aurą wściekłości... Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że przejmowała się tym co się dzieje bardziej, niż ktokolwiek widział. Rzuciła zaniepokojone spojrzenie Gab'owi, dając mu wyczytać, że Samantha już rzuciła dla niej karty. Nicoletta spróbowała się podnieść, kiedy stwierdziła, że nie jest w stanie się ruszyć, zupełnie tak, jakby jej nogi ktoś przewiercił na stałe, dokładnie w tym miejscu. Miała ochotę krzyczeć, ale już dawno oduczyła się przerażenia.
                Stała z boku, przypatrując się działaniom Sammy. Bardzo interesowała ją Chodząca za Dnia, gdyż ta umiejętność była wbrew naturze Dzieci Nocy. Co sprawiło, że Nicoletta Grace była inna? Wyglądała na wiek podobnie do Scarlett, choć pewnie było to pojęcie bardzo względne. Z uśmiechem przypatrywała się rzeczom, które rezydencja miała w środku. Pamiątki z różnych miejsc. Dobrze wiedziała, że wampirzyca nie mieszkała sama, i choć raz już tu była, to chętnie poznałaby właściciela osobiście. Z rozkazu Sammy, machnięciem ręki unieruchomiła wampira. Nadal stała w miejscu. Aż do czasu, gdy ze ściany, dosłownie ze ściany wypadły dwa demony, piekielna postać psów. Jakie słodkie, pomyślała, przekrzywiając głowę w bok i przypatrując się im. Miała ochotę przywitać się z nimi, emanując aurą, ale przeszkodził jej głos, zapewne właściciela. Ciemnowłosy, skrzydlaty. Czarownik. Ktoś jej rasy. Od dawna nie miała do czynienia z jakimkolwiek swoim pobratymcem. Przewierciła go wzrokiem oczu, które w tym samym czasie zmieniły kolor z niebieskich, na fioletowe, brązowe. Był wzburzony, ale Scarlett dałaby głowę, że nie tylko jego czary wyczuwała w powietrzu. - Niezłe znamię. - uśmiechnęła się, sprawiając tradycyjne wrażenie wariatki.
                Gabryś miał swoje skrzydła, Aaron potrafił zmieniać się w zwierzęta, a Kai nie miał żadnego pożytku ze swoich kłów. Jednymi słowy był z nich najbardziej podobny do zwykłych, bezużytecznych ludzi. Wskazał Aaronowi swoje ramię, na którym przysiadł jako sokół. Wątpił, aby Sam wiedziała, że jego przyjaciel jest zmiennokształtny. Będą mieli przynajmniej element zaskoczenia. Wszedł do środka i udał się do salonu, z którego dochodziły wszystkie dźwięki. Ze stoickim spokojem zorientował się w sytuacji. Rapha i Zillah były obok Nicoletty i warczały na Samanthę Morgenstern. Kai mógł się spodziewać, że prędzej czy później zaatakuje rezydencję, ale nie sądził, że zrobi to sama. Trzech czarowników na jedną Mroczną i pewnie wiedziała co stanie się po usunięciu zaklęć ochronnych . Zdecydowanie głupie posunięcie. Przeniósł wzrok na Gabriela. Stał w drzwiach i emanował silną mocą. Kai tylko raz widział go w takim stanie i nie skończyło się to za dobrze. - Co cię sprowadza w nasze skromne pro... - urwał, gdy zobaczył blondynkę stojącą za kanapą. Od razu rozpoznał jej rysy twarzy i dziecięcy uśmiech. Jej widok był niczym rozdrapywanie dawnej rany, tej z czasów, gdy był jeszcze normalnym człowiekiem, bodajże piętnastolatkiem. - Sam, co jej zrobiłaś? - Niezauważalnie zacisnął ręce w pięści. Spotkał ją już. Czarna Wdowa we własnej osobie. Jak mógł jej wtedy nie poznać? - Co. Jej. Zrobiłaś. - można było wyczuć ostrzegawczy ton w jego głosie. Był bliski rzucenia w Mroczną sterty zaklęć, a nawet ją zabić.Valerie stanęła po złej stronie. Nie wiedział co robiła przez te 586 lat, czemu zniknęła, gdzie była.
                To był właśnie on, właściciel. Blondyn, poznany jako Nikt, na balu. To jego czary były tak proste, tak znajome. Skromne? Uśmiechnęła się. Skromne to one na pewno nie były. Spojrzał na nią, a jej oczy zatrzymały się w tęczy barw na naturalnym brązie. W jego spojrzeniu widać było przerażenie. - Nicolettcie? Nic. Zwykłe zaklęcie unieruchamiające. - oznajmiła gładko, wciąż z uśmiechem. Co z tego, że pytał się Samanthy.
                 Miała sztylety schowane pod skórzaną kurtką, ale na nic by się jej one nie znały, gdyby zaczęto ją atakować magią. Jej przegraną pozycję przypieczętował Kaylock Foster, wchodzący do środka z sokołem na ramieniu. (#KaiTakiCool #SWAG) Samantha spojrzała porozumiewawczo w stronę Scarlett. Musiała stąd zniknąć. Albo teleportacja, albo wybicie okna, gdyby czarownica nagle zmieniła strony, co było niewykluczone. Inaczej wyobrażała sobie "rozmowę" z Nico. Obróciła się w stronę Scarlett, słysząc reakcję Kaia na jej osobę. Nie spodziewała się tego. Właściwie gdyby się dokładniej przyjrzeć, to byli całkiem podobni. Prawy kącik jej ust uniósł się ku górze. Zatem Kai miał szaloną siostrzyczkę. Tyle nowych możliwości właśnie otworzyło się przed Mroczną. - Scar, teleportuj mnie stąd. - oznajmiła krótko. Wysłała Mevowi smsa, jednak wątpiła, aby pofatygował się i dla odmiany to on uratował jej tyłek, a nie ona jemu. Puściła mimo uszu pytanie Kaia, jednak wzięła do serca jego ostrzegawczą nutę w głosie.
                Zdecydowanie nie podobała mu się cała ta sytuacja. I było bardzo wiele powodów ku temu. Mógł jednak znieść wiele, ale wszystko przesądziła reakcja Kaia na czarownicę. Przyjrzał jej się raz, krótko, i to mu wystarczyło, by zrozumieć wzburzenie przyjaciela. Nie znali się przecież od dziś i po tylu wiekach trudno byłoby mieć jakiekolwiek tajemnice. Szczególnie takiej wagi. A potem nawet nie musiał się skupiać. Nie bez powodu studiował magię przez tyle czasu. Widział wyraźnie nici wiążące zaklęcia, pływające w powietrzu; strzępki swojej i Kaia magii, tylko czasowo rozerwanej przez tę czarownicę. Nie dezaktywowała tych zaklęć, tylko zrobiła w nich dziurę, i to wyraźnie tylko dlatego, że jej moc była w jakiś sposób powiązana z mocą Fostera. To mogłoby podnieść go na duchu, gdyby nie był tak wkurzony. Ledwo ruszył palcem, nawet nie tyle przecinając, co zwyczajnie neutralizując nici zaklęcia wiążącego Nico. - Nie wydaje mi się - odezwał się do Sam głosem wypranym z emocji, po czym używając resztek tamtego zaklęcia, przywiązał jej nogi. To słowo również było niedopowiedzeniem, skądinąd. Gdyby teraz ktokolwiek spróbował ją stąd wyteleportować, skończyłaby na wózku inwalidzkim. Nie, żeby nie miał ochoty skazać jej na to samodzielnie... - Jeszcze się nawet nie przywitałem, jeśli o tym mowa. - Było coś w jego głosie, co sprawiło, że psy zjeżyły się, ukazując zęby. Demoniczna krew wibrowała, co musieli poczuć wszyscy, którzy ją mieli. Ostatnimi czasy Gabryś miewał coraz większy problem z powstrzymaniem świadomości, jak potężny jest jego ojciec... A teraz nawet się nie starał.
                Gabriel, bo tak miał na imię ów czarnowłosy czarownik, rozwiązał jej zaklęcie, wykorzystując je przeciwko Sammy. Czarownice wiązał z nią dług, a skoro weszła tu z nią, to powinna z nią wyjść. - Myślałam, że zostaniemy dłużej. - stwierdziła, nie patrząc na Sammy, lecz obracając się w stronę czarownika. Nieładnie blokować czyjeś zaklęcia. Rzuciła tarczę wokół swojej towarzyszki, chwytając równocześnie Nicolette, unosząc ją do góry. – Nieładnie wykorzystywać czyjeś zaklęcia. - jej oczy zaświeciły się czerwienią, a twarzy przybrała złośliwy wyraz.
                Przyglądał się wszystkiemu z uwagą. Nie rozumiał nic z wymiany zdań, którą właśnie usłyszał. Nie znał historii Kaia zbyt dobrze, ale musiał znać czarownice, która współpracowała z Mroczną. Wzbił się w powietrze, gdy ujrzał jeżące się psy. Demoniczne psy. Były po ich stronie, ponieważ najwyraźniej należały do Gabriela, którego się słuchały. Szybko zmienił się w identycznego psa. Dookoła posypały się iskierki. Zawarczał na nieproszonych gości, po czym spojrzał na Gabriela. Chciał mu pomóc, choć widział, że go nie potrzebuje.
                Oh, w końcu mogła się ruszyć, ale nie miała bladego pojęcia, co rozgrywa się pomiędzy resztą. Bo Kaiowi na pewno nie chodziło nią. Przecież miała wszystkie kończyny na miejscu. Wzrokiem próbowała wydobyć coś z blond czarownika, ale w tym samym coś poderwało ją do góry. Zawisła w powietrzu, zupełnie, jakby ktoś zawładnął jej ciałem. Czarownica, Scar. To ona wykorzysta ją teraz jako kartę przetargową? Co tu się do cholery dzieje?
                Westchnął poirytowany. Valerie zmieniła się i to jak. Nie dość, że stanowili swoje przeciwieństwa, to Kaiowi wydawało się, że coś się jej przydarzyło, wywróciło jej dawny punkt widzenia o 180 stopni. Niepokoił się o nią, bo nadal pamiętał ich wspólne wyprawy do lasu oraz skręcanie ptakom karków, aby zdobyć coś do jedzenia. Valerie robiła to bez jakichkolwiek skrupułów, z uśmiechem na ustach. Wolał dowiedzieć się co Sam z nią zrobiła i czy uwolniła tą jej 'nutkę' szaleństwa, bo dobrze wiedział, że na Letty ciążyło zaklęcie unieruchamiające. Nie miał zamiaru teraz ujawniać, że Scar jest jego siostrą, chociaż Sam pewnie już to zauważyła, ale to nie był odpowiedni moment na rodzinne rozmowy. Wyczuł wibrowanie demonicznej krwi Gabrysia i od razu spojrzał w jego kierunku. - Valerie, nie igraj z ogniem. - mówił lodowatym tonem i kierował te słowa do czarownicy, ale patrzył na Gabriela. - Opuść Nicolettę. Powoli. - Miał nadzieję, że czarownik wyczyta z jego oczu, że szykuje się do ataku. Musiał powalić Scarlett, nie miał wyboru, jak na razie to ona stanowiła tu największe zagrożenie. Poza tym wątpił, aby nagle zmieniła stronę. Jednak gdyby zaatakował blondynkę, nie wiadomo co w odwecie zrobiłaby Nicolettcie, a Gab mógł ją przechwycić.
                Chciała zdać się na swój plan B. Okno znajdowało się parę metrów obok niej, Nico wraz z psami była po przeciwnej stronie. Szybkim ruchem sztyletu rozbiłaby szybę i po prostu uciekłaby do najbliższej siedziby Mrocznych. Mogło się udać, gdyby nie to, że nie jej nogi przykleiły się do podłoża. Dobrze wiedziała kto przymocował ją zaklęciem. Gabriel. Również poczuła wibracje jego krwi. Zaintrygował ją. Była ciekawa jego rodowodu i przepełniającej go potędze. Korzystając na tym, że chwilowo o niej zapomnieli, gdyż wszyscy skupili się na Scarlett, która również "coś" z nią zrobiła, sięgnęła po telefon. Napisała krótkiego smsa do Vanory, licząc na posiłki. Zważając na łączącą je więź, po której nadal zostały im wspomnienia, miała nadzieję, że się zjawi.
                Wibracje demonicznej krwi. Trudno było nie widzieć potęgi bijącej od jej przeciwnika. Trudno było nie zrozumieć nie wypowiedzianych gróźb. Żywy ogień płonął w oczach dziewczyny, znajdując ujście w drgającym powietrzu. Cała atmosfera w pomieszczeniu była przesycona magią. Scarlett czuła każdy swój napięty, drżący mięsień. Valerie? Musiał ją z kimś pomylić. Valerie, Valerie, Valerie. To imię odbijało się echem w jej myślach. Poczuła niemal namacalne połączenie z chłopakiem obok. Chyba sobie żartował. Nikogo nie będzie opuszczać. Potraktował ją tak, jakby sama dla siebie była zagrożeniem. Absurd. A życie potrafiło być takie zabawne. Kątek oka zobaczyła zaniepokojony wzrok blondyna, zawieszony to na Gabrielu, to na Nicolettcie. Zależało mu na niej...? Zacisnęła więzi czarów mocniej wokół wampirzycy, atakując jej ciało magią. Równocześnie bardzo powoli, niewyczuwalnie skupiła się na uwolnieniu Samanthy. Była winna jej dokładnie taką samą wolność co ona jej. Będą kwita. Z wyczuwalny trudem w bijącym sercu puściła pnącze zaklęcia z nóg tamtej.
                Jej ciało zapadło się w sobie. Niewidzialny ciężar przygniatał klatkę piersiową, wyciskając urywany oddech. Nie musiała oddychać. To był odruch. Ale ból jaki odczuła wraz z tym, niemoc odzyskania władzy we własnych kończynach. Krzyknęła cicho, a jedna samotna łza przecięła blady policzek. Nie płakała odkąd skończyła osiem lat. Ale to... To nie był płacz. Jedna łza, nie była nawet pewna, czy należała do niej...
                Ma zmysły naprężone do granic możliwości. Wszystko w nim drży, emanując mocą, bo nie próbuje nad tym panować. To pierwszy raz od wieków, gdy się nie powstrzymuje, jakby nie patrzeć. A i wtedy był o wiele słabszy. Niby moc jest czymś, co się ma, a nie zdobywa, ale dopiero z czasem odkrywało się kolejne części tejże mocy. Zdobywało dostęp. Tymczasem nie musi nawet patrzeć na swój cel. Żaden z nich. Znów słyszy ten głos w głowie, który podpowiada mu, gdzie co się znajduje; nie wie, czym on jest, ani skąd się wziął, ale teraz nie ma czasu znów się nad tym zastanawiać. Kula z jego magnuma przestrzeliła telefon Sam, ale był niemalże pewien, że to już za późno, już wezwała pomoc. Nie chciał robić tego magią, zostawiłby za dużo jej śladów. Czuł spojrzenie Kaia i wiedział, co ten chce zrobić, ale nie mógł poświęcić temu zbyt wiele czasu i uwagi. Nie zamierzał, mimo wszystko, pozwolić jej zranić Nico... Nawet jeśli wiedział, kim była. "Kai" odezwał się w jego umyśle, starając się ukryć jak najlepiej mógł to połączenie. "Nie mamy czasu. Fałszywy ruch i wszystko się posypie." Jak na swoją wściekłość, zachowywał niezłą trzeźwość umysłu, gdy to mówił. - Goście nie powinni wystawać na życie mieszkańców domu - zauważył, wystawiając ręce przed sobą, a potem przesunął dłońmi obok siebie - tak, jakby chciał klasnąć, ale rozminęły mu się ręce. Zaklęcie, rzucone na Nico, teraz zaczęło działać na czarownicę, a wampirzyca opadła na ziemię. "Jak mamy szczęście, to masz dziesięć sekund. To jej własne zaklęcie, potem się uwolni."
                Puszczona i uwolniona od przytłaczającego bólu Nicoletta nie wiedziała co się stało. Upadła na podłogę, obijając sobie kości. Zwinęła się do pozycji embrionalnej, chwytając dłonie w pasie. Zaszlochała bez łez, czując się jak dziecko. Żaden z tych czarowników tutaj jej nie zaatakował. Nigdy nie potrafiła sobie wyobrazić jakby to było, ale nie przewidywała tego. A tymczasem kuliła się na podłodze. To było poniżające, ale nie miała sił nic z tym zrobić. Czuła, że czarownica dotknęła jej duszy, której nie do końca wierzyła, że ma.
                Kai dopiero teraz wytężył zmysły. Spowolnił swoje bicie serca, nie pozwalając, aby gniew czy żądza mordu na Sam, za to co zrobiła Valerie, go opanowała. Potrafił wyczuć niemalże każde rzucone zaklęcie w tym pomieszczeniu, czuł energię emanującą od Gabriela i usłyszał jego głos w głowie. "Wiem" odpowiedział krótko, uważnie rozglądając się po pomieszczeniu. Aaron stał i warczał na Sam, która miała uwolnione nogi. Mogła rzucić się w stronę okna, ale psy pobiegłyby za nią od razu, a Mroczna nie była aż taka nierozważna. Spojrzał na Nico, która wylądowała na ziemi. Chciał do niej podbiec, widząc jak szlocha, i sprawdzić czy wszystko w porządku. Z ciężkim sercem odwrócił spojrzenie. Nie miał na to czasu. Skupił się na słowach Gabrysia. 10 sekund. Za mało, aby ją uspokoić i powiedzieć prawdę. Westchnął, przypominając sobie skuteczne zaklęcie, którego dość dawno nie używał. Wyciągnął ręce przed siebie, formując coś na kształt prostopadłościanu. Niewidzialne ściany przepuszczały słowa, ale odbijały magię z zewnątrz i wewnątrz. Jednym słowem Scarlett była zamknięta w klatce dopóki czarownik rzucający zaklęcie jej nie zlikwiduje. Kai kiwnął głową w stronę Gabrysia. Została jeszcze kwestia Sam.
                Jej telefon właśnie dostał kulkę. Rzuciła samsunga na ziemię i zacisnęła ręce w pięści. Będzie musiała postarać się o nowy, co nie jest takie proste czwarty raz w miesiącu. Poczuła jak zaklęcie pętające jej nogi znika. Jak na razie nie ruszała się ze swojego miejsca, czekając na jakikolwiek znak od Vanory. Obserwowała te całe ich czarowanie, ale najbardziej zainteresowała ją szlochająca na podłodze Nico. Nie sądziła, że będzie w takim stanie po jakimś zaklęciu wiążącym? Lewitującym?  Nie znała się na magii, ale to zaklęcie nie wyglądało na mocne. Sam miała do dyspozycji jeszcze sztylety, ale były niczym w porównaniu do magii.
                Zaskoczył ją. Użył jej własnego zaklęcia, jej własnej magii. Wampirzyca upadła, a Scarlett została oszołomiona tak samo jak tamta przedtem. Wygięła ciało w łuk, co miało być następnym krokiem. Krzyknęła, a następnie przedarła barierę, uwalniając się. Teraz leżała jak wampirzyca, na podłodze, dysząc. Sama sobie sprawiła ból. I to Gabriel sprowadził to na nią. Uniosła dłoń, chcą rzucić jakikolwiek urok. Nie była w stanie. Czar odbił się od klatki, w której została uwięziona. Zawarczała z wściekłości, dysząc z wycieńczenia, zadanego magią. Miała dość sił, wystarczająco. Ale nie miała jak walczyć.
                To nie tak, że życzył komukolwiek, by wylądował w tym zaklęciu. Znał je aż za dobrze, sam oberwał nim zdecydowanie zbyt wiele razy. Teraz nie miał jednak zwyczajnie innego wyjścia. Tyle dobrze, że Kai zrozumiał i zareagował odpowiednio szybko. Inaczej wszystko poszłoby na marne. Albo przynajmniej częściowo. Nawet, gdyby czarownica próbowała puścić na niego jakiś urok, zdołałby się bez problemu obronić. To nie byłaby w żaden sposób równa walka. Teleportacja w obrębie domu była czymś bajecznie prostym, przynajmniej dla Kaia i Gabrysia. W końcu sami dostosowywali zaklęcia. Gdy o tym myślał, to prawie za tym tęsknił. Za ich współpracą z wtedy. Dawno nie budowali tak silnych zaklęć, co wtedy. W mgnieniu oka znalazł się przy oknie. - Czegokolwiek chciałaś, wygląda na to, że niezbyt ci wyszło - podsumował, zwracając się do Sam. "Aaron, pilnuj drzwi." Nie chciał mówić tego na głos, by nie wypowiadać jego imienia. Ściągnąłby tylko na niego kłopoty i związaną z imionami magię. Nic korzystnego.
                Sam stała w miejscu i grzebała po kieszeniach swojej kurtki, zapewne szukając steli czy czegoś innego. Desperacko starała się znaleźć wyjście z tej sytuacji, choć wiedziała, że była na straconej pozycji. Kai z przyjemnością pozadaje jej tortury. Za Scarlett. Rezydencja była zabezpieczona przed jakimikolwiek runami i sprzętami Nefilim, więc Mroczna nie miała jak uciec. Na dodatek Aaron z psami od razu by ją dorwali. Valerie leżała na podłodze w niewidzialnej klatce. Dla jej własnego bezpieczeństwa. Tak, z miłości. Wiedział, że dopóki nie puszczą Samanthy wolno, będzie miała wrażenie, że ona też jest ich więźniem. Kai krótko się wahając podszedł do Nicoletty. Szlochała. - Letty... - głos mu się załamał. Delikatnie podniósł ją z podłogi i umiejscowił na kanapie. Kątem oka zerknął na Gabrysia i Sam.
                Grzebała po kieszeniach swojej kurtki i spodni. Jak mogła zapomnieć o tak istotnym fakcie, że zawsze nosiła ze sobą zapałki, ze stelą bywało różnie, ale też ją miała. Wytężyła słuch. Zdawało jej się, że usłyszała znajome okrzyki zniecierpliwienia. Vanora. Przygryzła dolną wargę, kontynuując szukanie pudełka z zapałkami. Mogła rzucić w któregoś czarownika sztyletem, ale jeszcze skierowaliby to w jej stronę, a to nie był najlepszy dzień na umieranie. Nie miała jak uciec. Gdyby wybiła okno, psy od razu by za nią poleciały, a do drzwi miała za daleko. - Nie gadaj, Lacroix. - Założyła ręce na piersiach, w jednej dłoni skutecznie chowając zapałki. Nie wiedziała co ją podkusiło na tak nierozważną akcję. - Bardziej ciekawi mnie to, co ze mną zrobicie.
                Powoli podszedł do Gabrysia, nie spuszczając Sam z oka. Musieli zdecydować co z nią zrobić. W piwnicy, zdana na tortury, niechybnie by zginęła, a wraz z nią Mroczni, których utworzyła. To by znacznie ułatwiło sprawę im i Nocnym Łowcom, jednak Valerie zalegała u niej z długiem i nie wybaczyłaby mu, gdyby więził Samanthę. Westchnął i zerknął przez ramię na swoją siostrę. Nadal starała się jakoś wyjść z klatki, jaką Kai dla niej utworzył, ale nie przynosiło to żadnych efektów. Będzie musiał z nią porozmawiać. Nawet nie wiedział czy go pamięta. - Jesteś wolna. - oznajmił i spojrzał na Gabriela z uśmiechem. - Pokażesz jej wyjście?
                Powstrzymał westchnienie. Wcale nie miał na to ochoty, ale nie miał większego wyboru. Jakby nie patrzeć, mieli teraz większe priorytety, niż jego osobista wściekłość i chęć skrócenia Sam o głowę. Przynajmniej. Poza tym, to jednak mówił Kai. Był jego najbliższym przyjacielem i mimo wielu różnych rzeczy, dalej miał autorytet. Szczególnie teraz. Nie odpowiedział, ale Mroczna zniknęła, a na dywan spadły tylko zapałki, które trzymała w dłoniach. Tylko Gabryś z Kaiem mogli wiedzieć, że pojawiła się poza granicami rezydencji, lądując twarzą w dół na chodniku. Nie miał ochoty jej obracać. Oparł się plecami o ścianę, wciąż trzymając skrzyżowane ręce na piersi. - Aaron, zabierz stąd Nico i nie zaglądajcie tutaj na razie. Nic fizycznie jej się nie stało, to psychiczny ból, a Kai ma tutaj rozmowę do przeprowadzenia - powiedział w końcu, przymykając oczy. On z kolei musiał zająć się barierą. Rezydencja zdecydowanie zbyt długo stała bez niej.
                Aaron stał z boku, pilnując drzwi i nie rozumiejąc relacji, jakie panowały między zebranymi w rezydencji Kaia. Nagle Mroczna zniknęła, a Gabriel zwrócił się do młodego czarownika, który przyglądał mu się psimi oczami. Uniósł uszy, słuchając uważnie. Na jego słowa skinął głową i wrócił do swojej postaci. Podszedł do dziewczyny i powoli wyciągnął do niej rękę. - Jestem Aaron. Jeszcze się nie znamy, ale jestem starym przyjacielem Kaia. Nie musisz się mnie bać - powiedział delikatnym kojącym głosem. Wyciągnął do niej ręce i nie słuchając, czy ma zamiar protestować, wziął ją na ręce. W ostateczności mógł się zmienić w niedźwiedzia. W tym stanie nie byłaby mu stawić czoła, gdyby był tak potężnym zwierzęciem.
                Nie dotykaj mnie. - nie wiedziała, czy udało jej się wypowiedzieć te słowa. Płacz dziecka zagłuszał jej uszy. Dziecka, które straciło rodziców. Dziecka, które zbyt szybko musiało stać się dorosłym. Była dorosłą, pewną siebie kobietą, ale to właśnie złamało jej mury. Jakby to na co pracowała tyle lat zostało zburzone. Jak dziecko. Mała rzymska sierota. Nie pozwalała sobie na takie myśli, a jednak zaklęcie wydobyło z niej to wszystko. Brak nadziei. Brak rodziny; kiedyś, teraz, kiedykolwiek. "Jesteś potworem Nicoletto. Lepiej będzie, jak wyjedziesz. Dla wszystkich." I wbrew jej woli wykrzyknęła jedyne imię, które stwierdziło, że warto ją ratować. - Kaaaaai!
                Poczuła się jakby ktoś właśnie ją spoliczkował. Nie spodziewała się tego, co przed chwilą padło z ust czarownika. Wolna? Sądziła, że będą starać się odegrać za te wszystkie popełnione przez nią tortury. Wreszcie ktoś by się nad nią znęcał. Taka niemiła dla sadystycznej Sam odmiana. Nim zdążyła mruknąć, że świetnie wie gdzie znajdują się drzwi wyjściowe, już lądowała twarzą na chodnik przed rezydencją. Syknęła z bólu i obróciła się na plecy. Powinna poczuć pudełko zapałek, które zwykle trzymała w tylnej kieszeni spodni, ale najwidoczniej zostały w środku. Powoli stanęła na nogi i zobaczyła Vanorę, opierającą się o motor. Sam otrzepała skórzaną kurtkę i niespieszno podeszła do niej, tym samym sygnalizując, że ją wypuścili, a nie uciekła. - Uszczerbek na dumie, co? - mruknęła do Mrocznej. Zdana na łaskę Czarowników. Jak to idiotycznie brzmiało, nawet w jej myślach.

poniedziałek, 11 maja 2015

To Samantha Morgenstern. Prędzej nas zabije lub weźmie okup. - Góry, Dzień VII

Mev   Marlene   Samantha   Lilith   Diana   Melissa   Matthew   Kai  Nicoletta

Mev wszedł po cichu do apartamentu Samanthy. Znał dobrze rozkład pomieszczeń. Wiedział gdzie szukać jeńców. Wiedział, że Sam nie ma, a on może się wykazać. Wiedział, że nie ma dużo czasu. Wjechał windą na piąte piętro. Wszedł na korytarz, skręcił w lewo. Nowoczesny pokój, w którym na środku stało krzesło z przywiązana do niego dziewczyną. Więc to ta Waylandówna... Nie wyglądała najlepiej. Ale co tam. Podszedł z przodu i stanął przed nią wyciągając miecz. - Dzień dobry, Ruda. - Ale ona nawet nie drgnęła. Nieprzytomna. Przeszedł do kuchni i nalał do garnka zimną wodę. Wrócił do dziewczyny i oblał ją cieczą. Od razu się obudziła. Mokre rude włosy opadały na przylepiający się do ciała przemoczony t-shirt. - Dzień dobry, Ruda – powtórzył.
Ciemność zmieniła się w jasność. Mokrą jasność. Otworzyła oczy. Przed nią stał chłopak, wysoki brunet, fioletowe oczy. Mev. - Ty nieprzyzwoity... - nie dokończyła. Była cała mokra, jej włosy pod wpływem wody pociemniały, a morskie oczęta patrzyły z nienawiścią, mimo że przed chwilą ogarnięte były błogim snem. Związane ręce miała z tyłu i nie mogła ogarnąć uporczywych kosmyków. Na dodatek była teraz w samym podkoszulku. W LA przecież było ciepło. Top przylgnął do jej ciała, a na dodatek liny dociskały ją do krzesła. - Witam Panie, nie-jestem-mężczyzną. - prychnęła, wybitnie jak nie ona.
Mev spojrzał nastolatkę ze złością. - Jestem facetem i dobrze to wiesz - odłożył miecz na bok. Jak mógłby trafić w jej czuły punkt? Set. - Jak ci się romansuje z panem Setem, Rudzielcu? - wykrzywił twarz w wrednym uśmiechu. Może jeszcze jeden garnek wody na nią podziała?
Zostaw Seta w spokoju! - syknęła. Niech nie waży się mu grozić. - Jest milion razy lepszy od ciebie! - nie zamierzała zwierzać się temu chamowi. - Wam wszytki zależy na jednym. Na moim talencie! - powiedziała oburzona. Wiedziała, że jest tu tylko i aż dlatego. Nienawidziła Mrocznych całym sercem, a widok Meva, boleśnie przypominał jej uczucia do Seta. Jego objęcia i pocałunki. Serce ścisnęło jej się z tęsknoty. Przez zimną wodę dostała gęsiej skórki na nagich ramionach.
Mev parsknął słysząc słowa dziewczyny. Set był jej chłopakiem, dlatego się tak wzburzyła. A talent? Jak ona się myliła. - Owszem, Ruda, wielu zależy na Twoim talencie. Ale nie wszystkim. Bo to chyba nie jest twoją jedyną zaletą - uśmiechnął się do niej. Podszedł i uwolnił ją od krzesła, ale niemagiczne kajdanki nadal trzymały jej ręce. Bez broni i steli nic złego nie zrobi. Dziewczyna podniosła się; była nieco niższa niż on sam. - Wiesz, że jestem z natury zły, prawda? - powiedział. Bycie Mrocznym mu na to pozwalało. Pozwalało na wszystko, bez konsekwencji. A Waylandówna, naprawdę, nie była brzydką dziewczyną. Spojrzał na zdziwione spojrzenie i namiętnie wbił jej się w usta. Miękkie, ciepłe, smakujące truskawkami. Prawa ręka trzymał ją z tyłu przytrzymując prawie delikatnie. Oj tak. Jego mroczne serce mocno pożądało rudowłosej.
W pierwszej chwili, odruchowo, oddała pocałunek. Też był brunetem, to prawda, też miał jasne oczy, to prawda. Ale to nie był On. To nie był Set. A mimo to serce biło jej szybciej, napędzane strachem, złością, tęsknotą. Spróbowała uwolnić usta, ale Mev trzymał ją wystarczająco mocno. Wplótł rękę w jej rude włosy, uniemożliwiając Len odsunięcie głowy. Drugą dłonią, trzymając dziewczynę w tali, głaskał jej plecy. Przygryzł jej wargę, pozostawiając na niej swój smak; metaliczny, jakby ciemne winogrona. Mroczny całował ją dalej, zatracają się w tym. Biło od niego pożądanie.
Wstrzymał oddech, gdy Ruda oddała pocałunek. Może coś, albo kogoś, w nim zobaczyła. Wsunął dłoń w jej włosy, trzymał, żeby nie uciekła. Poczuł nagłe spięcie przechodzące przez jej ciało. Nie mógł jej pozwolić myśleć, że ją kocha, bo Mroczni nie kochają. Natarczywie ścisnął w palcach rude kosmyki. Ponownie ją pocałował, ale tym razem już nie został mu oddany.
Mev chciał pogłębić ich pocałunek, ale Len zdecydowanie próbowała się od niego odsunąć. Nie było to łatwe, bowiem gdy ktoś cię całuje trudno zachować jasność umysłu. Gdy odchylił ją trochę, wykorzystała ten fakt, podnosząc kolano i boleśnie kopiąc go w krocze. Chłopak puścił ją, a ona nie mogąc złapać równowagi, upadła na podłogę. Włosy spadły jaj na twarz, przysłaniając oczy, a usta piekły od pocałunków Meva. Łzy popłynęły po jej twarzy. - Ty skukinsynu! - krzyknęła do niego. Jej słowa rozzłościły chłopaka. Nie wierzyła, że byłby w stanie uderzyć kobietę, dopóki jego kopniak nie posłał jej pod ścianę. Zakaszlała, równocześnie chwiejnie, na tyle na ile można przy związanych dłoniach, wstała, podpierając się ściany. Gdy ostrza poleciały w jej kierunku, wcisnęła głowę ku ciału, gwałtownie zaciskając powieki. Koniuszek płatka jej ucha krwawił nieznacznie. Lenny, słysząc słowa Meva, skamieniała. Serce podskoczyło jej do gardła, by następnie się zatrzymać. To nie tak!, chciała wrzeszczeć. Ten idiota ją wkręcił. Aniele, tak bardzo nie chciała ranić Seta. Zawiódł by się na niej, a prawie już jej zaufał. Złamało by mu to serce, albo przynajmniej to co o niej myślał. Zaczęła szarpać kajdankami, nie mogąc uwoli rąk z tyłu. - POMOCY! - wrzasnęła. Skoro nie mogła walczyć to może ktoś ją usłyszy. Napotkała roześmiane fioletowe oczy. Była żałosna, ale płonęła w niej nienawiść. Nie mogła zrobić nic, poza posłusznym staniem przed Mrocznym. Nie mogła stąd uciec, mimo że mogła chodzić, nie mogła go uderzyć. Mogła tylko stać. I to budziło w niej irytacje, gniew, poczucie beznadziejności. - Nienawidzę cię. - powiedziała z całą mocą na jaką było ją stać.
Mev uśmiechnął się widząc załamaną dziewczynę. Jej nędzny widok sprawiał mu radość, dumę z tego, że udało mu się ją złamać. - Wiesz, że mnie nie obchodzi, jakie ty uczucia do mnie żywisz? Zostawię cię Samancie, ona zrobi Ci dużo gorsze rzeczy. - podszedł do niej i szarpnął na włosy. Nożem uciął duży łukiem rudych włosów, tak że trudno byłoby nie zauważyć. - To - podniósł do góry rękę z włosami - jest pamiątką ode mnie. - Wyszedł z pokoju zostawiając dziewczynę.


Samantha przeładowała pistolet. – Wiesz co mamy robić? – Zwróciła się do Lilith, która szła obok niej. Na horyzoncie widniał domek, który miały zamiar odwiedzić i wyjść niezauważone z jeńcami. Musiała pokazać Lenny kto tu rządzi. – Reszta wyszła na stok, powinni niedługo wrócić. Na dole siedzi około czwórka Nocnych Łowców. – Wskazała na pistolet, który miała także Lilith. – Załadowane są strzałkami usypiającymi. Celujemy we wszystko co się rusza. Zabieramy maksymalnie trójkę, a resztę wiążemy i zostawiamy. Bez rozlewu krwi, jasne? – Zatrzymały się w odległości paru metrów od domku, ale nie mogli ich ani usłyszeć, ani zobaczyć.
Jasne. Żadnego rozlewu krwi. -powiedziała Lilith ze sztucznym opanowaniem. Tak naprawdę miała dość ciągłego rządzenia się Sam. Sto tysięcy razy bardziej wolałaby doprowadzić do krwistej masakry. Patrzeć jak gęsta, ciemnoczerwona krew wypływa z ich ran, ogarniała ją wtedy prawdziwa euforia. Chętnie powiedziała by jej to wszystko w twarz, ale wolała nie ryzykować. Nie miała ochoty dostać strzałką. Widząc jak Sam rusza, powoli powlokła się za nią.
Diana siedziała leniwie rozwalona w fotelu przy kominku, nogi miała przerzucone przez podłokietnik. W jednym uchu miała słuchawkę, wcześniej słuchała muzyki, teraz jednak prowadziła sms'ową rozmowę, która to pochłonęła ją praktycznie całkowicie.
Siedziała na miękkim dywanie, przy kominku i piła herbatę. Płomienie radośnie skakały w kominku, ogrzewając powietrze wokół niej. Wszyscy wybrali się na stok, a ona została w domu sama z Mattem, który aktualnie spał i z Dianą, która robiła coś na swoim telefonie. Nagle drzwi do środka otworzyły się, obijając o ścianę i zostawiając trwały ślad. Siła była ponad przeciętna. Nim zdążyła się podnieść, coś trafiło ją centralnie w szyję. Upuściła kubek, który rozbił się na mniejsze części i wyjęła strzałkę. Świat wokół Melissy zawirował i pochłonęła ją ciemność.
Właśnie była w połowie odpisywania na sms'a. Kiedy drzwi się otworzyły, była zupełnie nieświadoma nadciągającego niebezpieczeństwa. Pierwsza myśl była taka, że pewnie reszta znudziła się zjeżdżaniem i postanowiła wrócić do domku. Ocuciło ją dopiero, kiedy coś świsnęło jej przed nosem i uderzyło w Mel. Kubek Melissy wypadł jej z rąk i roztrzaskał się na podłodze, to sprawiło, że brunetka momentalnie poderwała się z fotela. Jednak było już za późno, zdążyła się ledwie obrócić, a coś trafiło ją tuż pod obojczyk. Spojrzała przed siebie na dwie nieznajome blondynki, obraz jednak w denerwujący sposób zaczynał jej się rozmazywać. Odruchowo sięgnęła jeszcze w kierunku piekącego miejsca na ciele, w które wbiła się strzałka. Palce jednak stały jej się jakieś takie drętwe i niewładne. Nie zdążyła nawet wyciągnąć strzałki, kiedy osunęła się na podłogę zapadając w wymuszony sen.
Tylko trójka Nocnych Łowców była w salonie i po chwili już leżeli pogrążeni w głębokim śnie. Sam i Lilith miały nieomylnego cela. Podeszła bliżej kominka, w którym zgasł już ogień, i chwyciła Melissę za kostkę, ciągnąc ja ku drzwiom. To samo zrobiła z chłopakiem, który i tak wcześniej śnił na kanapie. Kiwnęła głową Lil, aby to samo uczyniła z Dianą. Miała nadzieję, że pociągnie ich przez największą ilość kamieni, skoro nie mogła ich zabić. Portal został otwarty i właśnie do niego zmierzali. Lenny spała w swoim pokoju, zamknięta na cztery spusty i starała się pozbyć szoku. Mimowolnie na tę myśl, Sam się uśmiechnęła. Kochała zabawiać się skazańcami. Przeszli przez portal i po chwili znaleźli się w apartamencie Samanthy. Obie rozbroiły jeńców. Sam wyciągnęła trzy, mocne sznury z szafy i przywiązała trójkę łowców do krzeseł. Głowy im zwisały, a obudzić się mieli za parę minut. Sam zerknęła na zegar. Mev wyszedł kwadrans temu i do tej pory powinien wrócić już ze swojej wyprawy. Gdzieś po jej domu szwendała się także Cameron, która zdradziła własną krew. Sam usiadła na krześle i czekała.
Matt był prawie pewien, że nie zasnął na krześle przywiązany do niego. Spojrzał na blondynkę, która siedziała na innym krześle - Cześć, nie znam cię. Może mnie rozwiążesz?- zapytał i rozejrzał się po pomieszczeniu. Niedaleko siedziała Diana i Melisa. Świetnie jestem otoczony babami, pomyślał.
Obudziła się chwilę po chłopaku. Uniosła głowę, która wydawała się nadzwyczaj ciężka. Dopiero po chwili zorientowała się, że jest przywiązana do krzesła. - Co jest kurwa..? - warknęła próbując poruszyć związanymi rękami. Rozejrzała się zdezorientowana dostrzegając również związanych Matta i Mel oraz wrednie uśmiechającą się blondynę, w której to teraz ulokowała błyszczące spojrzenie gniewnych oczu. - Co to za cyrk do cholery? - wycedziła przez zęby zdając sobie sprawę, że za wszystko odpowiada blondynka, a przynajmniej ponosi część winy.
Senność ją opuściła. Uniosła głowę i zamrugała parę razy, aby ostrość wróciła. Pierwsze, co rzuciło jej się w oczy, były liny. Krępowały ich trójkę. Nadal była odrętwiała, a starała skupić się na swoim położeniu. Byli w jakimś salonie, rozbrojeni, a przed nimi siedziała uradowana Samantha Morgenstern. Melissa zacisnęła ręce w pięści. Pytania same narzucały jej się na język, ale postanowiła nie marnować na nią śliny. Spojrzała na Nocnych Łowców. - Matt, ona nam nie pomoże. To Samantha Morgenstern. Prędzej nas zabije lub weźmie okup. - Rzuciła blondynce wrogie spojrzenie, na co ona się zaśmiała.
Obserwowała reakcję Nefilim, gdy się budzili. Wywnioskowała, że chłopak był dość naiwny, bo przecież widział, że ona nie jest przywiązana. Diana została uznana, jako 'ta normalna', zdaniem Sam, a Melissa, która obudziła się jako ostatnia, nie miała u niej zdania. W końcu przy ich ostatnim spotkaniu, blondynka oberwała od niej krzesłem. Przez nią musiała siedzieć w celi. - Jesteście tu przez Lenny. - Oznajmiła chłodnym tonem. - Jeśli nie będzie współpracować, to wy będziecie cierpieć. - Wstała z krzesła. Nie zamierzała wyjaśniać, co Ruda ma zrobić, dlaczego akurat oni i czemu to miejsce.
Słysząc słowa Mel chłopak momentalnie otworzył szeroko - O ty przeklęta, a ja byłem miły! - krzyknął. Cholerne liny, pomyślał, próbując wyciągnąć ręce na zewnątrz - Jak tylko się stąd wydostanę, to cię zabije. To był najlepszy urlop mojego życia, gdzie była najpiękniejsza dziewczyna na świecie! - wykrzyknął szamocząc się.
Patrzyła na blondynkę spod byka. Słysząc słowo "współpracować", kącik jej ust drgnął i powędrował ku górze. Ta, jasne, już ona to widz. - Gdzie jest Lenny? - rzuciła zdawkowo mierząc dziewczynę, mimo wszystko chłodnym spojrzeniem. Zaraz jednak doleciały do jej uszu słowa Matt'a, na które to przewróciła oczami. No kurwa, tragedia życia.. Spróbowała poruszyć rękami, było dość mocno związane i powoli zaczynały drętwieć.
Przystanęła, gdy usłyszała chłopaka. - Wielu lepszych próbowało. - Otaksowała go wzrokiem. - Dziewczyna powiadasz? - Zbliżyła się do niego i spojrzała mu wyzywająco w oczy. - Chodzi ci o tą wampirzycę, która niedawno zatrzymała się u Potężnego Czarownika Brentwood’u? - Sam miała swoich szpiegów, więc wiedziała praktycznie wszystko, o tym, co się dzieje w Los Angeles. - Jeśli Marlene Wayland nie wykona moich poleceń, następna w kolejce będzie twoja ukochana. - Przerzuciła spojrzenie na Dianę. - A gdzie jest twój Romeo? - Uśmiechnęła się drapieżnie.


Zadzwonił po Catarinę Loss i po chwili już przenosiła Gabrysia do z powrotem do Los Angeles. Nici z poszukiwania artefaktu. Będą musieli wrócić tu innym razem. Już myślał, że zazna trochę spokoju i nacieszy się górskim klimatem, ale Letty znalazła coś na śniegu. Kai podbiegł do niej. Pochylała się nad krwią, trzymając w rękach sztylet. - Daj, bo jeszcze się tym pokaleczysz. - Mruknął. Bez swojej odziedziczonej umiejętności, potrafiłby rozpoznać ostrze. - Mroczni? Oni tutaj? - Zerknął na wampirzycę. - Kogo zabrali?
Gdy znalazła ostrze, od razu wiedziała, że coś jest nie tak. Nie była specjalistką od broni, ale jako była Nefilim z łatwością rozpoznała Mroczne ostrze. I tą krew. Nigdy w życiu by się nie pomyliła, a ten zapach znała lepiej niż jakikolwiek inny, w końcu była wampirzycą. - Lenny. - szepnęła. - Zabrali Lenny! - krzyknęła. - przecież jeszcze parę minut temu Kai ją ostrzegał! To nie było możliwe! - Jak niby mieliby się tu dostać? - spytała rzeczowo, ledwo panując nad sobą. Nigdy nie okazywała uczuć, ale Kai zawsze wiedział co ją przejmowało. A teraz? Teraz wiedział jeszcze lepiej co oznaczał u niej brak barier. - LENNY!
Krew wyglądała na świeżą. Zerknął na Letty i wstał. - Spokojnie. Może odbył się tu pojedynek, Len została zraniona i ktoś ją znalazł. - Powiedział ze stoickim spokojem. - Chodźmy sprawdzić czy nie ma jej z innymi. - Wyciągnął rękę w stronę wampirzycy. Po śladach wywnioskował, że raczej zaciągnęli ją do portalu, bo w pewnym momencie się urywały, ale nie chciał tego mówić Letty. Wolał też sprawdzić co z Yen.
Nie przyjęła jego ręki, nie mówiąc o spojrzeniu mu w twarz. Nie powinien widzieć jej zranionej, mimo, że wiele razy jej się to zdarzało. - Kai nie jestem idiotką. Widzę, że tam był portal. - powiedziała tylko. Bez słowa odbyli dalszą drogę, docierając do domku Nefilim. Nico do tego czasu zdążyła przybrać zwykłą, kamienną maskę. Weszli do środka, pozostawiając chłód za sobą. Uwagę brunetki przyciągnął rozbity kubek obok kominka. Coś tu było nie tak...
Nate jeszcze trochę kręcił się obok Seta, mimo że ten twierdził, że czuje się dobrze. Jak zawsze wiedział lepiej. Kiedy jednak zszedł na dół, łupnęło go w wątrobę dziwne przeczucie - salon był dziwnie opustoszały. Poczuł jak jego mięśnie spinają się w niepewności. Postąpił parę stopni w dół, aż wreszcie jego wzrok przykuł w pierwszej kolejności rozbity kubek i substancja wsiąkająca w dywan. Podszedł do plamy, przycupnął i zamoczył w niej opuszki, sprawdzając z nawyku konsystencję, tak jak robił to z plamami krwi, przecierając ją w opuszkach. Nie stężała, podejrzewał że jeśli wydarzyło się tu coś złego to było to stosunkowo niedawno. Zmarszczył nos, z cichym "co jest kurwa" zauważając też leżący na podłodze telefon. Wciągnął powietrze, dziwnie spięty i już miał się podnieść by to sprawdzić, jednak wtedy do domku weszła zupełnie obca mu dziewczyna razem z tym czarownikiem, co to raz był w jego rezydencji. Ściągnął brwi i rzucił im pytające spojrzenie, prostując się. - Właściwie o to samo mógłbym Was zapytać. - stwierdził. - Cały dzień siedziałem z Setem na górze, więc jeśli wywiązałaby się jakakolwiek walka, z pewnością bym usłyszał. - mruknął, mając nadzieję, że może okoliczność ich zniknięcia powie cokolwiek czarownikowi, bądź jego koleżance. Zamienił z nimi jeszcze kilka treściwych słów, po czym zawrócił w pośpiechu po resztę Łowców. Wracali do Los Angeles, tym razem przez Portal. W Instytucie Nate wraz Setem uzbroili się w swoją ulubioną broń i odpowiednie runy, podobnie do reszty Nocnych. Kai rzucał właśnie zaklęcie lokalizujące, które miało wskazać im cel misji.
Kai tymczasem przeszedł resztą przez portal i rzucał zaklęcie lokalizacyjne. Trzymał sztylet Sam i po chwili wiedział już dokąd się udać. Zdradził reszcie lokalizację i już szli w stronę wysokiego apartamentowca obmyślając strategię. Nie wierzył, że znowu pomaga Nefilim. – Uratujemy ją. – Powiedział do Letty, aby podnieść ją na duchu. Wiedział jak bardzo się o nią martwiła. Doszli do właściwego budynku i poczekali, aż wszyscy Przyziemni opuszczą jedyną działającą windę. Widocznie niedawno w Los Angeles było zwarcie i jeszcze nie uruchomili wszystkich urządzeń. Mieli zamiar w siódemkę osób wepchnąć się do jednej, ciasnej windy, razem z bronią. Zapowiadało się świetnie. Czekali i z każda mijającą minutą Kai miał wrażenie, że już za późno. Był realistą. No i na samej górze, w swoim apartamencie była Samantha Morgenstern, postrach Los Angeles. Winda w końcu dotarła i wepchnęli się do niej. Nacisnęli właściwy guzik i jechali w górę. Muzyczka, która brzmiała z głośników jeszcze bardziej go dobijała. Nagle usłyszeli huk i winda się zatrzymała. Potem zgasły światła i włączyło się awaryjne. – Jeszcze tego brakowało. – Powiedział, przyciśnięty do zimnej ściany. Skończy się tym, że dziewczyny sobie poradzą i będą musiały ich ratować.


Otworzyła drzwi prowadzące do pokoju Lenny. Dziewczyna była pogrążona w śnie na łóżku stojącym pod ścianą. Samantha podeszła do niej i jeszcze jej nie budząc narysowała jej runę wiążącą, a na jej nadgarstkach pojawiły się kajdanki. Postanowiła pokazać jej Nefilim, którzy nadal byli przywiązani do krzeseł. Szturchnęła rudą, delikatnie jak na nią, a ona coś wymamrotała i otworzyła oczy. – Wstawaj. – Len miała to samo ubranie, w którym została porwana. Sam nie była na tyle dobra, aby pozwolić jej używać łazienki. Wyprowadziła ją z pokoju, trzymając sztylet w jednej ręce, nie wiedziała jak Lenny zareaguje. – Wstawać! – Tupnęła nogą, a Nefilim się obudzili.
Len obudziło szturchanie. Niezbyt delikatne. - Wcale nie dlatego... - mruknęła do sennej postaci. I wtedy poczuła piekący ból w nadgarstkach. Znów była związana. Poczuła, że ktoś stawia ją na nogi i zgadywała, że to Sam. Jeszcze się nie bała, jedną nogą wiąż przebywając w sennych marzeniach. Dopiero kiedy kątem przymkniętych oczu zobaczyła czuprynę Mel, oprzytomniała. W pierwszym odruchu rzuciła się do przodu. Jednak oczywiste było, że za nią stała, trzymając ją, Samantha. - Przestań! Wypuść ich! - wrzasnęła, nie wierząc w to co widzi. Mroczna spełniła swoje słowa, porwała ich. Nie! Przecież Clave miało zapewnić im opiekę! To miał być bezpieczny wyjazd! Poczuła łzy napływające jej do oczu i upadła na kolana. Oprawczyni nie powstrzymywała jej upadku. Zresztą mając związane ręce i tak nie mogła nic zrobić. Z nogami rozszerzonymi po bokach, trzymając płonące kajdanki przed sobą, zwiesiła głowę. Rude włosy zasłoniły załzawioną twarz. Dlaczego ona jej nie uwierzyła? Nienawidzi jej. Nienawidzi Sam jeszcze bardziej. Nie była wstanie podnieść wzroku na siedzących przed nią Mel, Dianę i Matta. Związanych. Unieruchomionych. Wydawała się teraz taka słaba. Jak teraz miała ich uratować, nie doprowadzając do katastrofy?
Matt'a obudziły krzyki tej wariatki - Kuźwa, powaliło cię debilko czy co! - krzyknął. Był jeszcze nabuzowany po wczorajszych groźbach o skrzywdzeniu Nico. Otworzył jeszcze senne oczy. Jego uwagę przykuła Lenny. Płakała. Nie wiedział co zrobić. Nigdy nie potrafił pocieszać nikogo - Len - powiedział cicho - Nie płacz, to nie twoja wina. Wydostaniemy się stąd - spróbował  uśmiechnąć się do dziewczyny, lecz nie wychodziło. Sam nie wierzył w to co mówił. Był jedynym facetem w całym otoczeniu. W innym wypadku bardzo by go to cieszyło, lecz nie teraz. Musiał im pomóc. To śmieszne. Nie potrafił pomóc samemu sobie. Popatrzył jeszcze raz na Len i szepnął - Będzie dobrze.
Przez ostatni rok sporo się wydarzyło, a Diana przywykła do zasypiania w różnych dziwnych pozycjach, jednak tego rodzaju sen nigdy nie był głęboki. Wystarczył najdrobniejszy szmer, żeby mogła się obudzić. Teraz też towarzyszyła jej czujność, której zabrakło w domku, bo mylnie przyjęła, że są tam bezpieczni tak samo jak mogliby być bezpieczni w Instytucie. Nie potrzebowała tupnięcia Sam, obudziło ją szczęknięcie zamka w drzwiach, w których po chwili stanęła blondyna trzymając Lenny. Wciągnęła głośno powietrze widząc histeryczną reakcję rudowłosej. Nie było przecież aż tak źle, wszyscy żyli i jak na razie o dziwo mieli się dobrze. A przynajmniej na razie. - Lenny przestań beczeć i wstawaj, jesteś Nocnym Łowcą, a nie jakimś popychadłem - rzuciła ostro w duchu mając jednak nadzieję, że to ocuci dziewczynę i podziała lepiej niż jakiekolwiek słowa pocieszenia. Szarpnęła się jeszcze raz, więzy wydawały się już nieco luźniejsze, ale nadgarstki miała poocierane prawie do krwi. - Matt, ma rację - dodała nie sądząc, że przyjdzie jej się kiedyś zgodzić z chłopakiem. - Wydostaniemy się stąd, a wtedy uosobicie pomogę Ci skopać dupsko tej blond ździrze - warknęła posyłając Sam złowrogie spojrzenie.
Poznała Lenny na tyle, że mogła przewidzieć jej reakcję. Pozwoliła jej opaść na podłogę, a łzy spływały po jej policzkach. Typowa, krucha, Łowczyni. Nijak nie pasowała jej do Wayland’ów. – Płacz sobie póki możesz. – Powiedziała i przysiadła na innym krześle. Nie sądziła, że tak słaba i wymęczona psychicznie dziewczyna będzie w stanie zrobić jej broń marzeń. Z pewnością by coś namieszała, a nie chciała nagłej destrukcji ostrza, gdy będzie je zatapiać w ciele Anioła. Mogłaby też sterroryzować Clary Herondale, zabierając jej dziecko, aby użyła swoich umiejętności i wymyśliła dla niej specjalną runę. To też było niebezpieczne, bo zawsze może zrobić anty runę i plan legnie w gruzach. Nie było idealnego sposobu bez ryzyka. Podniosła wzrok i zerknęła na Dianę. Zaintrygowała ją swoim charakterem. Może nadawałaby się na Mroczną? Rekrutów nigdy za wiele. – Tyle ciepłych słów. Coraz bardziej was lubię. – powiedziała sarkastycznie i podeszła do Matta. Odchyliła oparcie i wyniosła go do przejścia. Miała go już dość. Działał jej na nerwy. Ciągle trzepał tym swoim językiem i może by go tak odciąć? Albo coś bardziej męskiego, skoro i tak nie będzie miał z tego pożytku. Znając życie i zahamowania Sam, nie pożyje za długo. Postawiła go na samym środku Sali tortur i wyszła do Lenny i Diany. Nie było jej dosłownie minutę.
Pieprz się! - krzyknęła jeszcze do Sam. Cholera! Diana miała racje. Kiedyś by się tak nie zachowała. Kiedyś, ale wszystkie słowa, które padły od tego czasu w Idrisie i tu w Los Angeles, wszystko zmieniły. Gdy tylko Sam wyszła podniosła głowę, patrząc na Di. - Przepraszam. - szepnęła, starając się zatamować łzy. - Macie jakiś plan? Nie wiem nawet jak miałabym zrobić dla niej tę broń. - miała poczucie winy. To przez nią oni tutaj wylądowali. Teraz jednak trzeba było myśleć o ucieczce. - Przepraszam...
Tylko głuchy nie obudziłby się po wrzasku Sam. Melissa aż podskoczyła, ale zdążyła jeszcze przy tym ziewnąć. Nie spała najwygodniej, ale zawsze miała twardy sen. Już miała potrzeć oczy i się rozciągnąć, bo jeszcze nie zdążyła puścić świata snu, ale sznury skrępowały jej wszelkie ruchy. Po chwili rozpoznała miejsce. Jeszcze tu siedzą? Serce ją ścisnęło, gdy zobaczyła zapłakaną Lenny. Miała ochotę pogadać sobie z Sam. Najlepiej z mieczem. Albo przy obiedzie. Z trucizną. Wreszcie wykorzystałaby prezent od ciotki, która się w tym specjalizuje. – Czego od niej chcesz, przebrzydła suko? – zapytała, starając się, aby wypowiedź zabrzmiała jak najbardziej jadowicie. Nadgarstki bolały ją niemiłosiernie, a nogi całkowicie jej zdrętwiały. Nie miała zamiaru zostać w tym apartamencie, ani chwili dłużej. Sam posłała jej piorunujące spojrzenie, z pewnością nie zapomniała jak Melissa walnęła ją krzesłem. Potem zabrała Matta do jakiegoś tajnego korytarza. – Len, wstawaj. Nie mamy na to czasu. – Ponagliła rudą. – Rozbroiła nas, ale gdzieś musi trzymać broń. –Ściszyła głos, mając na uwadze, że Sam raczej nie mieszka sama.
Byli Łowcami, ryzyko było wliczone w cenę, a poza tym, to sami byli sobie winni. Gdyby byli bardziej uważni i ostrożni, to na pewno by tu teraz nie siedzieli. Diana aż prychnęła na myśl, że dali się podejść niczym małe dzieci.- To nie Twoja wina - powiedziała z ciężkim westchnieniem słysząc jak Len ich przeprasza. Miała zamiar powiedzieć o broni, ale Melissa ją uprzedziła. - Jedynym plusem w tej chwili jest to, że ta jędza związała nas sznurem, a nie przykuła kajdankami - wymruczała rozglądając się po pomieszczeniu. Brunetka znów spróbowała poruszyć związanymi nadgarstkami, ale sznur jeszcze za mocno trzymał, żeby mogła spróbować przecisnąć dłoń. - Wątpię, żeby zostawiła tu naszą broń - mruknęła w miarę cicho, Sam wydawała jej się na to zbyt przebiegła. - Spróbuj znaleźć coś w miarę ostrego czym można by przeciąć sznur - powiedziała, po czym szybko dodała. - Albo przepalić - może któreś z nich pali i zostawiło zapalniczkę, albo chociaż zapałki..
Słowa Mel przywołały ją do porządku. Rozejrzała się po pokoju, a raczej czymś w rodzaju pokoju, a korytarza. Na pobliskiej szafce Len znalazła sztylet. Bolały ją nadgarstki, ale pomimo bólu nie chciała się poddać. Na palcach podbiegła do Mel, starając się przeciąć więzy. Gdy jej się udało, oddała sztylet dziewczynie, bo nie dałaby razy rozwiązać Diany. Po jej nadgarstkach ściekała krew. Tępy ból pulsował w czaszce. Znów upadła na kolana, patrząc jak Mel przecina więzy Di.
Lina upadła na podłogę, a ona przeciągnęła się szybko. Wszystko jej zdrętwiało, a krew ponownie zaczęła docierać do kończyn. Nie mogli tracić czasu, Sam mogła przyjść w każdej chwili. Chwyciła  sztylet i przecięła więzy Diany. Zamknęła regał, który był drzwiami do tunelu, z którego Mroczna jeszcze nie wyszła. Następnie zaczęła szukać broni. Gdzieś ja musiała trzymać. Melissa spojrzała na Lenny. Przydałaby się też stela. – Pomóż mi. – Powiedziała do Diany i razem zaczęły przesuwać kanapę pod regał. Umknęło jej to, że Matt jest tam z Sam w środku.
Drzwi zamknęły się tuż przed nosem Sam. – Kurwa. – Kopnęła w drzwi, ale nie otworzyły się. Niepotrzebnie zostawiała Nefilim samych. Zapomniała, że mają jeszcze oleju w głowie, aby się oswobodzić. Pozostało jej tylko jedno, aby wyjść cało z tej sytuacji. Jej usta wygięły się w szatańskim uśmiechu. Wróciła do sali tortur. Matt nadal siedział przywiązany do krzesła. Sięgnęła po swój ulubiony sztylet i podeszła do niego. – Pocierpisz sobie za przyjaciół.  – Powiedziała, nadal się uśmiechając. Chwyciła pewnie ostrze i końcówką dotknęła policzka chłopaka. – Zobaczymy jak bardzo kochasz tę swoją wampirzycę. I czy ona kocha tak samo ciebie. – Zaczęła ryć inicjały dziewczyny na jego twarzy. Były duże i krwawe. O to jej chodziło. Następnie przecięła linę i przyłożyła mu sztylet do gardła zostawiając ślad. – Niczego nie próbuj. – Kiwnęła w stronę wyjścia.
Kiedy Mel przecięła liny Diana podniosła się z krzesła prostując z wyraźną ulgą. - Co za zajebiste uczucie - wymruczała pod nosem przeciągając się z niekrytą satysfakcją. Tyłek bolał ją od siedzenia, a poobcierane do krwi nadgarstki piekły. Mieli sporo szczęścia, że Lenny znalazła tu sztylet. Brunetka rozejrzała się po pokoju, ponaglona jednak przez Melissę pomogła jej przesunąć kanapę. Podeszła do Lenny, przykucnęła dotykając jej ramienia, wzrok jednak skupiła na założonych rudej przez Sam kajdankach, które jak widać zacisnęły się dość mocno. Odruchowo sięgnęła do kieszeni, w której zawsze nosiła stele, ale tym razem jej tam nie było. Zaklęła pod nosem starając się opanować rosnącą z każdą chwilą irytację. - Lenny wstawaj, czas się stąd zmywać - powiedziała łagodnie potrząsając ramieniem dziewczyny. - Zaraz znajdziemy jakąś stelę i cie rozkujemy - powiedziała zdając sobie jednak sprawę z tego jak marne to pocieszenie.
Krew z nadgarstków spłynęła aż po łokcie. Im mocniej się przeciwstawiasz, tym mocniej boli. Łzy cisnęły jej się do oczu, przez ten cholerny, piekący ból. Zaczerwienione oczy spojrzały na Dianę. - Nie możemy tam zostawić Matta! Z mojej winy! - krzyknęła, gdy inny krzyk stał się słyszalny za drzwi korytarza. - MATT! - wrzasnęła, podbiegając do drzwi, które tamowała Mel. - Wpuść mnie tam! On nie może tam zostać! Maaaatt! - Len darła się. Spojrzała na przyjaciółkę. - To będzie moja wina Mel! Moja! - mimo, że szepnęła, wydawało się, że krzyczy. Płonące więzy zacisnęły się jeszcze mocniej, wyciskając z niej łzy.
Przeszukała pokój, który chyba należał do Samanthy, ale znalazła tylko marnie wyglądający nóż. Lepszy taki niż żaden. Spodziewała się, że pomieszczenie będzie bardziej… mroczne. Martwe ciała w szafie, szczątki zwierząt walające się na podłodze i tym podobne. A tu trafił jej się wyczyszczony, nowoczesny pokój. Zawiodła się. Skierowała się do kuchni i tam natrafiła na sztylet. Z uśmiechem wróciła do dziewczyn, ale jej mina szybko zmarkotniała, gdy zobaczyła co wyczynia Len. Podała sztylet Dianie, a sama chwyciła przyjaciółkę za ramiona i delikatnie ja potrząsnęła. – Len, spokojnie. Wydostaniemy go. – Krew spływała jej z nadgarstków. Odciągnęła ją na bok. Znała działanie kajdanek. – Musisz się uspokoić. – Spojrzała jej prosto w oczy, w których krył się strach. – Możemy zginąć w każdej chwili. Takie już życie Nocnych Łowców. Nie zamartwiaj się o Matta. Da sobie radę. Bierz głębokie wdechy. Lepiej ci? – Zapytała i spojrzała na jej ręce.
Przyglądała się Lenny z niejaką konsternacją. Po raz pierwszy widziała dziewczynę w takim stanie i miała nadzieję, że po raz ostatni. Na szczęście, po chwili zjawiła się Mel, wciskając w ręce brunetki sztylet. - Mel ma rację, uspokój się Lenny, bo ci te kajdanki zaraz ręce udyndolą - mruknęła i szturchnęła łokciem Mel. - Pomóż mi odsunąć tę kanapę - westchnęła i wsadziła sztylet za pasek, żeby zabrać się za osuwanie kanapy i regału, którym wcześniej zabarykadowały przejście.
Krew ściekała z jego policzka. Bolało jak cholera, lecz nie dał tego po sobie poznać. Mógł to znieść. Dla przyjaciół zrobiłby wszystko. Oddychał spokojnie nie chcąc zrobić nic gwałtownego - Oni cię znajdą i zabiją. Nie obchodzi mnie to, że zginę. Ważne, że po mnie zginiesz ty - szepnął wpatrując się w jej puste wyrazu oczy.- Biedna z ciebie dziewczyna, nie potrafisz czuć nic prócz nienawiści - pomyślał po czym powiedział prawie bezdźwięcznie - Naprawdę mi cię szkoda.
Sam wzruszyła ramionami. – Każdy kiedyś zginie. Wy dla honoru, ja dla osiągnięcia celu. Są znacznie gorsze rzeczy niż śmierć. – Powiedziała i ‘pomogła’ mu wstać. Przystawiła mu sztylet do szyi i popchnęła do przodu. Był od niej wyższy, ale to Sam była silniejsza. W końcu była Mroczną. – A znałeś lepsze uczucie niż nienawiść i zemsta? – Szepnęła mu do ucha. – To one napędzają nasze życie i nadają mu sens. Bez nich byłoby za kolorowo. Zbyt pięknie. A świat jest bezlitosny i eliminuje słabsze osobniki, takie jak ty. – Ugryzła go za płatek ucha i docisnęła sztylet, a pojedyncza stróżka krwi spłynęła po jego szyi. – Odczuwamy też pożądanie. – Przewróciła oczami. – Zachowaj swoją litość dla siebie. – Stanęli tuż przy drzwiach, a Sam usłyszała jak meble zostały odsunięte.
Dziewczyna ugryzła go w ucho co było dość nie komfortową sytuacją - Pożądanie mówisz. Tak, istotnie istnieje, lecz nie dla ludzi, takich jak ty. Ciebie nikt nie pożąda - mruknął ze sztyletem przy gardle. Za drzwiami ciągle coś przesuwano. Miał nadzieję, że przyjaciele nie zaryzykują dla niego.
Nie muszę być pożądana. Wystarczy, że ja pożądam. - Powiedziała i pocałowała go w policzek, a na ustach zostało trochę krwi z jego ran. Drzwi się otworzyły. Posłała Nocnym Łowczyniom zbyt przesłodzony uśmiech. - Niczego nie próbujcie, albo on zginie.
Len uspokoiła się trochę i wyszła do innego pokoju. Melissa wolała, aby nie oglądała tego, co kryje się za drzwiami. Nie wiadomo co Sam zrobiła z Mattem. Chwyciła sztylet i pomogła odsuwać kanapę. To co zobaczyła zmroziło jej krew w żyłach i przez chwilę nie była zdolna do jakiegokolwiek ruchu. Matt miał litery na twarzy N.V.G., które obficie krwawiły. Na dodatek za nim stała Sam i przyciskała sztylet do jego szyi.
Wydostała się z pokoju dołączając do Mel i podobnie jak i ona zamarła w progu, gdy tylko ujrzała twarz Matta. - Co za popieprzona psychopatka - wyrwało jej się samo. Zacisnęła dłoń na rękojeści sztyletu, przyszło jej do głowy, że mogłaby spróbować rzucić, ale równie szybko zrezygnowała z tego pomysłu, Mroczna była szybsza i silniejsza, mogłaby uniknąć ostrza, a w zemście poderżnąć Mattowi gardło. - Puść go - dało się wyczuć w jej głosie pewną stanowczość. - I tak stąd nie uciekniesz. Reszta na pewno zdążyła zauważyć nasze zniknięcie, a teraz zapewne są w drodze na górę - rzuciła jakby chcąc przemówić blondynie do rozsądku.
Gdy tylko Mel kazała jej uciekać, Len pobiegła korytarzem. Chciała walczyć, potrzebowała tego. Jednak w tym stanie nic nie mogła zrobić. Po kilku zakrętach osunęła się obok ściany, przymykając przekrwione od płaczu oczy. Była słaba i nic na to nie poradzi. Clave miało racje, wysyłając ją tutaj. Nie sprawdziła się w praktyce, choć była świetnym wojownikiem. Podkoszulek, wczoraj był mokry od wody; szybko, z przerażeniem przegoniła z głowy widmo Meva. Teraz był mokry od krwi. Leżąca pod ścianą dziewczyna stała nad przepaścią własnych myśli. Schowała twarz w czerwonych dłoniach. Kajdanki nie pozwalały krwi krzepnąć, więc ona płynęła, plamiąc ciało rudowłosej. Ból jaki przy tym jej zadawały był nie do zniesienia. Tępy, ostry, przeszywający. Na horyzoncie zobaczyła postać. - Nie dotykaj mnie! - chciała wrzasnąć, ale z jej ust nie wydobył się żaden dźwięk. Zupełnie jakby struny głosowe zapomniały jak drgać. Wielkie, morskie oczy miała zamglone, gdy ciemnowłosa postać chwyciła ją w ramiona, rysując runy. Ranna dziewczyna nie była świadoma otoczenia. Zupełnie jak leśne zwierzątko, rzucone w wir miasta. Wszytko przysłaniał ból, zarówno fizyczny jak i psychiczny. "To twoja wina." To jedno zdanie odbijało się echem w jej głowie.
Chwyciła pewniej sztylet. Chciała zaatakować Sam, ale zraniłaby przy tym Matta, którym osłaniała się blondynka. Czekała na właściwy moment. Napięła mięśnie i stanęła w pozycji bojowej. Nagle Mroczna puściła chłopaka i pognała na górę. Nie było sensu jej gonić, pewnie już opuściła budynek na demonicznym motocyklu. Opuściła otrze i podeszła do Matta, oglądając jego twarz. Niedługo się zagoi, a jak Yen ubłaga Kaia, to już po tygodniu jego twarz powinna wrócić do dawnej świetności. - Idę się rozglądnąć. - Powiedziała. Miała zamiar znaleźć Lenny, ich rzeczy i przeszukać biuro Sam. Możliwe, że dowie się czegoś ciekawego o Nocte Mones. Wyszła z pokoju i powędrowała do innego. Zobaczyła rudą siedzącą na podłodze i chłopaka stojącego nad nią. Oczywiście, że go rozpoznała. - Mev Waters. Znowu się spotykamy. - Wyjęła z powrotem swój sztylet i zasłoniła sobą przyjaciółkę. - Bijesz słabszych od siebie? - Uniosła pytająco brew. - Zostaw ją jeśli ci życie miłe. - Nie wiedziała czy miała jakiekolwiek szanse w pojedynku z Mrocznym, ale postanowiła się o tyn przekonać na własnej skórze.
Mev stał nad rudowłosą. Miał za zadanie wyniszczyć ją kompletnie, ale przeszkodziła mu w tym, znana doskonale, Melissa. Ileż ona jeszcze problemow mu sprawi. A może to będzie ten ostatni? Nie miał humoru, nie chciał się patyczkować, ani lekceważyć przeciwnika. Wiedział do czego zdolna jest rozzłoszczona Youngheart. Odszedł od leżącej na ziemi dziewczyny wyciągając miecz. - Życie mi miłe, ale Tobie? - podszedł do szatynki która również wyciągnęła swoją bron. Zamachnął się i skierował ostrze na wysokość jej szyi.
Była w marnej sytuacji. Mev miał solidną i długą broń, a ona marny, zardzewiały sztylet. Spodziewała się, że Sam będzie mieć pełno naostrzonej broni, ale znowu się zawiodła. Melissa nie dała po sobie poznać jak marna jest jej sytuacja. Cieszyła się w duchu, że wyrobiła sobie u niego opinię i tak szybko jej nie zaatakuje. Tylko, że wtedy była też przy niej Yen. Ukradkiem zerknęła na Lenny, która nie zmieniła swojego położenia. Nagle Mev zaatakował, a ona z trudem uniknęła ostrza. Schyliła się i rzuciła sztyletem, co nie było najmądrzejszym posunięciem, bo pozbawiła się jedynej broni, a Mev z wrednym uśmiechem, który miała ochotę zmyć mu z twarzy, zdążył ją złapać nim go drasnęła. Zapomniała, że w końcu walczy z Mrocznym, którzy są szybsi i silniejsi.


No kurwa, niesamowite. Nate myślał że zaraz wyjdzie z siebie. Chciał rozprawić się z drzwiami windy od razu, ale został upomniany, no bo przecież narobi hałasu, a po co zwracać na siebie uwagę. W końcu jednak miarka jego cierpliwości przebrała się. Miał to szczęście, że wszedł ostatni. Położył dłoń na drzwiach, zbadał ich strukturę, po czym uderzył parę razy wierzchem dłoni, słuchając dźwięku. Powinien dać sobie z nimi radę, stop nie był jakiś cholernie solidny. Zacisnął więc dłoń w pięść, polecając swojemu parabatai odsunąć się możliwie jak najbardziej, bo potrzebował miejsca do zamachu. Uderzył parę razy w okolicach zamka, odkształcając go. Kiedy skrzydło wygięło się na tyle, żeby mógł wsunąć dłoń, wcisnął je z powrotem w szyny, niestety nie do końca, bo z racji zniekształceń się nie dało, potem to samo zrobił z drugim i nie czekając na resztę ruszył korytarzem.
Gdy winda otworzyła swoje drzwi, Nicoletta z wampirzą szybkością pobiegła, by szukać siostry. Mieszkanie Mrocznych było, o dziwo, na pierwszy rzut oka, całkiem normalne. Skierowana odgłosami walki, odnalazła siostrę. Lenny leżała pod ścianą, miała głowę przechyloną na bok, a oczy niewidzące. Jej stan przyprawił Nicolettę o dreszcze. Tuż nad nią ciemnowłosy chłopak trzymał, dziewczynę, chyba Mel, jeśli dobrze zapamiętała imię. Nefilim była w kiepskiej sytuacji; Mroczny trzymał ją z mieczem pod gardłem. Nie widział jej jeszcze więc Nico wykorzystała tą przewagę. Mieczem, który zabrała ze sobą, odtrąciła oręż chłopaka. - Zabierz stąd Marlene! - krzyknęła do Mel, uwalniając ją. Sama zaatakowała Mrocznego. Mieli równe szanse, a miecz to była jej ulubiona broń.
Mev wiedział że ma przewagę nad dziewczyną. Atakował ją i na początku dobrze sparowała jego ciosy, ale z każdą chwilą traciła siły, których Mroczny miał nieporównywalnie więcej. Gdy dziewczyna poprawiała sztylet w ręce, wykorzystał ten moment do zadania jej bolesnego ciosu w przedramię. Ostrze przebiło się przez skórę, a rana uniemożliwiła jej dalszą walkę. Wtedy do pokoju wbiegła wysoka dziewczyna, wyglądająca na siostrę rudowłosej. Od razu przyłożył miecz do gardła Melissy, tak mocno, że malutkie kropelki krwi zaczęły ściekać po jej szyi. Obca dziewczyna pociągnęła ją do siebie i wyciągnęła miecz. - Wampirzyca! - krzyknął. - Od kiedy mieszasz się w sprawy Nocnych Łowców? - podniósł miecz do góry bo okazać że się jej nie boi i nadal ma przewagę
Od kiedy? Od kiedy atakujecie naszych sprzymierzeńców demoniczny śmieciu! - zaatakowała, wiedząc, że ma większe szanse. W końcu wampiry się nie męczą. Chwilę się pojedynkowali, aż Nicoletta, uchylając się, podcięła nogi Mrocznemu. Chłopak upadł do tyłu, a ona przyszpiliła go oboma mieczami do podłogi. Nie miał jak wstać.
Unikała ciosów, bo tylko to jej zostało. Nienawidziła nieporadności. Mev mógł jej chociaż oddać sztylet i stoczyć walkę jak równy z równym, ale nie miał poczucia godności. Stęknęła z bólu, gdy potraktował jej przedramię mieczem. Krew zaczęła kapać na podłogę, brudząc ją, a Mel odeszła parę kroków do tyłu. Nie była w stanie walczyć. Mev już miał ją zaatakować, gdy ktoś zablokował jego cios. Melissa podbiegła do Lenny i pomogła jej wstać. Rozpoznała wampirzycę, która przyszła jej z pomocą. Wyszły z pokoju. Ciemnowłosa podtrzymywała przyjaciółkę i usadziła ją na kanapie. Zerknęła na Dianę, która szukała broni. - Weź narysuj mi iratze. - Powiedziała, widząc, że ma stele w ręce. Rana bolała ją niemiłosiernie i czuła się jakby straciła rękę.
Widząc Mel i Lenny podeszła do nich energicznym krokiem. - Okay - rzuciła chociaż zawahała się, przez krótką chwilę nad tym, kim najpierw powinna się zająć. Obrzuciła spojrzeniem Lenny, która wyglądała jakby zupełnie nie wiedziała co się wokół niej dzieje. Rana Melissy jednak dość mocno krwawiła, dlatego to najpierw jej narysowała iratze na ramieniu, po czym pochyliła się nad rudowłosą. - Lenny już wszystko w porządku - powiedziała łagodnie i rysując runę pozbyła się kajdanek z nadgarstków dziewczyny, następnie narysowała jej na ramieniu uzdrawiającą runę. Nie miała zamiaru pytać jak się czuje, to chyba było widać już na pierwszy rzut oka, zamiast tego przydałoby się coś na pokrzepienie i podniesienie na duchu. Jak na złość nic takiego w tej chwili nic nie przychodziło jej do głowy. Zerknęła więc na Mel. - Co tam się dzieje? -Zapytała prostując się, bo z pokoju obok dochodziły odgłosy walki. Teraz do niej dotarło, że skoro Mel i Matt są tu, a Len z nimi, to kto tak z kim walczy..?
Bolało jak Diana nakreślała jej runę, ale gdy oderwała stelę było jej lepiej. Potem zajęła się Lenny, która musiała tu przejść prawdziwe piekło. Była rozbita psychicznie i wiedziała kogo to wina. Jak następnym razem spotka Sam, to ją zabije. Diana zdjęła jej kajdanki, które wręcz się wryły w jej skórę i przebiły do krwi. Trzeba będzie się stąd zmywać. Zawsze mogą przyjść posiłki dla Mrocznych. - Nasza ekipa ratunkowa wreszcie dotarła. Nicoletta walczy z Mevem. - Wyjaśniła i weszła do pokoju, który wyglądał jak biuro. Zaczęła przeszukiwać szufladę jedną ręką, bo druga jeszcze dochodziła do siebie.
Nicoletta z Mevem..? Żeby ona jeszcze wiedziała, kim oni są i kto jest po której stronie. Nieważne. -W porę - mruknęła pod nosem, chyba bardziej do siebie niż do Melissy. Zerknęła teraz na rudą i zagryzła wargę. - Chodź Lenny, zmywamy się stąd. Wrócimy do Instytutu, tam sobie odpoczniesz - odgarnęła jej delikatnym ruchem włosy z twarzy, którą to z kolei musiała uciapać sobie krwią, kiedy to przykładała do niej ręce. Wzięła ją pod ramię prowadząc w kierunku wyjścia.
Gdy usłyszał słowa Mel jego oczy rozszerzyły się. Zaczął biec najszybciej jak potrafił w stronę odgłosów walki. Zatrzymał się przed wejściem szybko ograniczając co i jak. Mroczny miał przewagę nad Letty. Zacisnął rękę na rękojeści sztyletu i ruszył na Mrocznego
Len nawet nie wiedziała jak znalazła się w tym pokoju. Otumaniona poczuła tylko jedną rzecz: więzy na jej nadgarstkach zniknęły, ukazując otwarte rany. Prawie całe ręce miała we krwi, a zamglone oczy niewiele widziały. W takim stanie nadawała się tylko do Cichego Miasta. Z całego tego gwaru w jej głowie wychwyciła jedno imię: Nicoletta. Musi jej pomóc! Ale ciało Len znów jej nie posłuchało. Nic nie powiedziała, ani nie zareagowała. Diana próbowała ją zaciągnąć do wyjścia. Bo to była Diana, tak? Wszystkie bodźce zlały się w jedno. Jeden wielki niemy krzyk.