shadowhunters
Wszystko skończyło się szczęśliwie. Demoniczny kielich został zniszczony, Mroczni Nocni Łowcy pokonani, a nowe porozumienia zawarte. Na świecie zapanował pokój, a wszyscy uradowani opuścili Idrys wracając do swoich Instytutów. Głos w Twojej głowie zaśmiał się. Najlepiej by było, gdyby Demony nie ruszały się ze swojego wymiaru i nie atakowały, biednych, głupich Przyziemnych. My, Nocni Łowcy, stworzeni przez Anioła Razjela, mamy brać na swoje barki ciężar tego świata, zapobiegając wszelkim konfliktom i wojnom. Ulepszeni runami i nafaszerowani treningami, walczymy z demonami i Podziemnymi.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Melissa Youngheart. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Melissa Youngheart. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 czerwca 2015

Witam nową Głowę Instytutu Los Demonles

Henry&Melissa

   Powiadomiono go odpowiednio wcześniej, kiedy ma przejąć obowiązki Głowy Instytutu w Los Angeles. Z początku nie chciał opuszczać Idrisu, do którego powrócił po wielu latach, ale spotkał go poniekąd zaszczyt. Nie każdego dnia Clave kogoś wybiera, żeby przejął obowiązki zmarłego Łowcy, który pełnił taką funkcję. Nigdy nie był w Stanach. Większą część życia spędził w Idrisie oraz w Madrycie z matką, dlatego postanowił nie przenosić się przez portal. Wziął swój ukochany motor i ruszył w trasę. Oczywiście, musiał przeprawić się do Ameryki statkiem, ale była to przyjemna podróż, która zajęła mu kilka dni. Mógł pozwiedzać, poznać kawałek innego świata. Instytut dostrzegł już z daleka i na moment wstrzymał oddech. Nie wiedział, czy sobie poradzi. Musiała panować tam grobowa atmosfera przez takie nieszczęście, jakie ich spotkało. Clave długo nawet nie wiedziało, że z Głową Intytutu coś się dzieje. Zaparkował pod wejściem, po czym zszedł z motoru i poprawił swoją skórzaną kurtkę. Pchnął niepewnie drzwi. Nikt na niego nie czekał, a przecież się nie spóźnił. Po pewnym czasie znalazł gabinet i zapukał do drzwi, licząc, że zastanie tam kogoś zapoznanego z tematem.
   Obrazy ciągle jej się przyglądały. Twarz ludzi nie zdradzały żadnych emocji, ale Melissa wręcz czuła ich śledzące spojrzenie, które wręcz na niej wymuszało zajęciem się sprawami Instytutu. Teraz wiedziała co cały czas czuła Lizzie. Przeglądała papierkową robotę i nadrabiała wszystkie zaległości, których nagromadziło się całkiem sporo, zwłaszcza, że ostatnio olewała raporty i urwała wszelki kontakt z Clave, które wręcz nad nią stało i patrzyło jak pomału Mroczni przejmują panowanie nad Los Angeles, czekając aż Mel schowa dumę do kieszeni i zrezygnuje ze stanowiska. Bo prawdę mówiąc była beznadziejną Głową Instytutu, którą automatycznie została po śmierci przyjaciółki, otwarcie przyznawała to sama przed sobą. Istny przykład dla innych, który pakuje się w różnej maści kłopoty, ma w dupie rozkazy Clave i w wolnym czasie łazi po kostnicach, od tak dla rozrywki. Nie zapominając o tym, że tonie w papierkowej robocie. Wszystkim poszłaby na rękę, stając się nikim więcej niż sztampowym Nocnym Łowcą w Instytucie. Sięgnęła po kolejny list, wyciągając go z koperty i śledząc szybko tekst. Zacisnęła usta w wąską kreskę, przyswajając słowa i odrzuciła papier na podłogę, ukrywając twarz w dłoniach oraz powstrzymując napływające łzy. Kolejna kondolencja o śmierci Elizabeth Lovelace. Kurwa, jakby ich było potrzeba więcej. Wystarczy raz, a dobrze. Mogliby złożyć się na jeden, wielki list, zamiast wysyłać tysiąc mniejszych. Ciągle rozdrapywali świeżą ranę na jej sercu, spowodowaną stratą kolejnej osoby. Kolejnej, której nie potrafiła ochronić. Kolejnej, która była jej przyjacielem. Na dokładkę Elizabeth pociągnęła za sobą do grobu Yennefer Waters. A Mel czuła się całkowicie bezsilna. Myśl, że ktoś zabił Yen, jej parabatai, podczas gdy ona była w tym czasie bezpieczna w Instytucie była nie do zniesienia. Bezsilność, co za denne uczucie. Jeszcze gorsze niż obojętność. Wzięła głęboki oddech, starając się uspokoić i podniosła się z biurka, na którym leżała, tak było jej łatwiej zebrać myśli. W Gabinecie panował istny chaos. Kartki walały się wszędzie, otwarte księgi ulokowane w najróżniejszych miejscach w pokoju, a w szufladach długopisy i teczki pomieszane. Takie warunki "pracy" jak najbardziej jej odpowiadały. Kompletny burdel, po części odzwierciedlający stan jej umysł. Nie do ogarnięcia. Od co najmniej dwóch tygodni walczyła sama ze sobą o winę śmierci białowłosej, starając się przy tym nie rozklejać, co niezbyt jej wychodziło, oraz praktycznie cały czas unikając kontaktu z kimkolwiek. Może powinna zniknąć z Instytutu na jakiś czas. Mogłaby nocować u przyziemnej znajomej, bo widok pustego łóżka i rzeczy Yen, jakby dziewczyna miała zaraz wrócić, pogłębiał ją w żałobie. - Cholera, Mel, weź się pozbieraj. - warknęła sama do siebie. Najgorsze w tym wszystkim było, że Mroczni dali jej nadzieję i zmiażdżyli ją niczym karalucha. Podrzucili ledwie żywą Nocną Łowczynię do Instytutu. Melissa robiła wszystko co mogła, aby poprawić jej stan zdrowotny, ale nie byli w stanie przywrócić jej do życia. Każdy posiłek zwracała, włosy wypadały jej garściami, a oczy wydawały się już martwe, jakby ktoś coś w niej złamał. Odeszła po dwóch dniach, dołączając do swojej rodziny w Cichym Mieście. Łzy znowu napłynęły jej do oczu, a ona wzięła kolejny głęboki oddech. - Nie rozklejaj się. - zaczęła chodzić wokół biurka z rękami założonymi na piersi, kopiąc kartki, które nawinęły jej się pod nogi, jeszcze bardziej niszcząc ład w pokoju. Najchętniej by coś rozwaliła. I to porządnie. Znacznie wygodniej było zastąpić stratę żądzą zemsty, niż cały czas rozpamiętywać i zamykać się w sobie. Dla niej chyba już było za późno. Kopnęła krzesło, które poleciało w kąt pokoju. Czerwona runa parabatai wyraźnie widniała na jej prawym ramieniu. Chciała się jej pozbyć, wydrapać, wyciąć. Z każdym detalem pamiętała zerwanie więzi. Jakby ktoś wbijał w jej ciało multum małych, ostrych igiełek, specjalnie zahaczając o jej nerwy, a większe ostrze wymierzając prosto w serce. Potem była tylko pustka. Jakby utraciła połowę swojej duszy. Podeszła do ściany i z całej siły potraktowała ją prawym sierpowym. Usłyszała dźwięk łamanych kości. Syknęła z bólu, łapiąc się drugą ręką za nadgarstek prawej i osuwając się na podłogę. To ją ocuciło. Szybko jej się zrośnie, gdy nałoży sobie iratze. Należało jej się cierpienie. Stelę z pewnością zostawiła w pokoju. No nic, zaraz przemknie niezauważalnie korytarzem i zagrzebie się w swoim łóżku. Ręka już jej zaczynała puchnąć. Oparła głowę o zimną ścianę i zamknęła powieki. Gdy usłyszała pukanie, mimowolnie zaklęła pod nosem, nie spodziewając się nikogo. Dźwignęła się z podłogi i przemierzyła pokój, ostrożnie otwierając drzwi. Zlustrowała wzrokiem mężczyznę, nadal trzymając rękę na klamce, gotowa zatrząsnąć mu drzwi przed nosem. Zadarła głowę do góry, aby spojrzeć mu w jego niebieskie oczy, utrzymując z nim kontakt wzrokowy. Mimo że uważała ten kolor za zdecydowanie zimny, tak samo jak charakter danej osoby, jego wydawał się ciepły. Odchrząknęła, mając nadzieję, że jej głos nie będzie zdradzał jej samopoczucia i specyficznego drżenia. - Jesteś... - uniosła brew, opierając się o framugę drzwi, chcąc, aby dokończył jej zdanie. Zauważyła runy, a że swobodnie wszedł do Instytutu, to był Nocnym Łowcą. Ewentualnie Mrocznym, chociaż ci ostatnio wstrzymali się z nadmiernymi atakami. Czyżby kolejny nowy?
   Zanim zapukał, usłyszał trzask, jakby łamanej kości. Chciał wejść bez pozwolenia. Mogło się coś stać, ale gdy już miał rękę na klamce, drzwi otworzyła mu jakaś dziewczyna. Spojrzał jej prosto w oczy z przejęciem. Wyglądała, jakby wszystko było w porządku. Przynajmniej na pierwszy rzut oka, bo gdy patrzył tak na nią, z każdą chwilą dostrzegał coraz więcej. Wyglądała, jakby miała się zaraz popłakać albo jakby już to zrobiła. Zamrugał, nie wiedząc, co powiedzieć. Nie miała zamiaru go wpuścić? - Henry - odpowiedział od razu, wyciągając do niej dłoń. - Nightingale... Clave mnie przysłało - dodał powoli, jakby ostrożnie dobierając słowa. Drugą rękę uniósł, by palcami przeczesać swoje blond włosy. Kąciki jego ust drgnęły w niepewnym uśmiechu. Z jego oczu biła dobroć. Miał twarz, której tylko głupiec by odmówił. W dodatku był beznadziejnym kłamcą. - Nie dostałaś listu? - spytał, chcąc wybadać sytuację. Przecież Clave musiało powiadomić Instytut.
   Starała sobie przypomnieć czy kiedykolwiek miała styczność z jego nazwiskiem. Coś jej się o uszy obiło, ale nie była pewna czy to była prawda, czy tylko plotki. W każdym razie Marcus Youngheart miał tendencję do opowiadania o członkach Clave przy rodzinnym obiedzie, których Mel tak bardzo unikała. Nijak nie pasowała do swojej rodziny. Do tych rządzących twardą ręką, zadufanych w sobie ciekawskich Nocnych Łowców. Oczywiście, że nie wszyscy tacy byli, ale przeważnie ród Youngheartów składał się z takich typów. O jej tyrańskiej babci, której życzyła szybkiej śmieci, już nie wspominając. Powinna rozważyć zmianę nazwiska. Spuściła wzrok, nie chcąc, aby wyczytał z jej twarzy więcej niż powinien. W takich chwilach była niczym otwarta księga, dlatego wolała przebywać wyłącznie w swoim towarzystwie, na które nie narzekała. - Melissa Youngheart. - przedstawiła się, patrząc na jego wyciągniętą rękę. Chwyciła go lewą dłonią za nadgarstek i nią potrząsnęła. Zapewne słyszał, że złamała sobie rękę, nie musiała tego przed nim ukrywać. To też nie była jego sprawa, aby się mieszał. - Clave cię przysłało..? - uniosła brew, ważąc słowa. Ciekawe gdzie słyszała już taki sam tekst, taką samą bajeczkę. Jak na razie nie miała zamiaru go wpuszczać. Zerknęła przez ramię na kompletny bałagan panujący w gabinecie. - Nie czytam tego, co przysyła mi Clave. Nie ufam im. - odkąd pozwolili zabić Lizz, dodała w myślach. A przecież pisała do nich masę próśb, przedstawiając panującą sytuację. Kazali jej czekać, aż sytuacja stanie się krytyczna. - I nie ufam tobie. - przedstawiła jasno. Mimo że wyglądał na niegroźnego i przystojnego faceta, to nie miała zamiaru popełniać swoich błędów i nabierać się drugi raz.
   Mrugnął, słysząc jej nazwisko. Marcus Youngheart najbardziej ze wszystkich był przeciwny, by właśnie Henry'ego wysłać do Instytutu w Los Angeles, ale Clave zdecydowało. A gdy już podjęli jakąś decyzję, nie dało się ich od niej odwrócić. Sam Henry nic do niego nie miał, ale naprawdę nie przepadał za osobami, które pastwiły się nad innymi, nieważne z jakiego powodu. Przeniósł wzrok z jej oczu, na jej rękę, którą ujęła jego dłoń. A jednak dobrze słyszał trzask łamanej kości. Teraz zauważył, że jej prawa ręka już nieco opuchła. Kompletnie ignorując jej słowa, ze stoickim spokojem sięgnął za pasek po stele, po czym sięgnął po jej złamaną rękę. Starał się być delikatny ale zarazem stanowczy. Nie zwracał uwagi, czy próbuje protestować. Bez słowa narysował jej iratze. Spojrzał na nią spod długich rzęs. - Nikt nie mówi, że musisz mi ufać - stwierdził,  dalej ją trzymając. - Ale ja nie kłamię - powiedział, a w jego niebieskich oczach widać było prawdę. Problem polegał na tym, czy dziewczyna mu uwierzy. Puścił jej dłoń, schował stele, a następnie wyjął z wewnętrznej kieszeni kurtki pogiętą kartkę. - List od Clave. Trochę pognieciony, ale podróżowałem motorem kilka godzin...
   Wiele osób nie przepadało za Marcusem Youngheartem, ale nikt nie zarzucił mu nigdy, że nie potrafi rządzić. Miał to we krwi, przekazywana umiejętność z pokolenia na pokolenie. Od babci, która siała terror we własnym domu, chcąc wszystko kontrolować. No i nie znosiła sprzeciwu, za co dawniej Mel wiecznie się obrywało i musiała iść do pustej piwnicy przemyśleć swoje zachowanie. Clave liczyło się z decyzją Konsula, ale w tym wypadku chyba nic nie było w stanie ich przekonać. W końcu Melissa dość niedawno stała się pełnoletnia i nie była idealnym materiałem na głowę instytutu, a Marcus nie mógł dłużej przekonywać Rady, że świetnie się do tego nadaje, a wręcz, że takie jest jej powołanie i rodzinna tradycja. - Ej! - wyrwało jej się, gdy sięgnął po jej rękę. Oczywiście, że starała się ją wyrwać, ale trzymał ją stanowczo, a każdy ruch wywoływał syknięcie z bólu. A może i tak było lepiej. To była ledwie namiastka cierpienia towarzyszącego Lizz i Yen. Czekała aż nakreśli jej iratze, zbytnio się nie ruszając, aby stela nie skierowała się w przeciwną stronę, a runa nie zmieniła swojego działania. - Nie mam zamiaru. - mruknęła pod nosem, patrząc nieufnie w jego oczy. Delikatnie zabrała nadal opuchniętą rękę, która powinna wrócić do pierwotnego stanu za jakiś kwadrans. Wzięła od niego kartkę, rozwijając ją i zaczynając czytać. Na słowo "motor" zerknęła na niego na chwilę. Może rzeczywiście nie kłamał, a przynajmniej tym słowem jakoś złagodził jej nieufność. - List od Clave. - przytaknęła głową, chowając kartkę do kieszeni. Tak na wszelki wypadek. Weszła do pokoju, usuwając mu się tym samym z przejścia i dając mu znak, że też ma wejść. - Witam nową Głowę Instytutu Los Demonles. - powiedziała sarkastycznie, umyślnie zaznaczając przewagę Mrocznych nad nimi. Oparła się o biurko, lustrując wzrokiem bałagan w pokoju. Powinna go wcześniej ogarnąć.
   W sumie nie wiedział, czemu tak bardzo chcieli jego. Wcześniej wszyscy byli uprzedzeni, jakby był nosicielem jakieś choroby zakaźnej. Nagle wszystko się zmieniło. Może liczyli, że przez niego Instytut upadnie na dobre i będzie łatwym celem do wzięcia na siebie winy? - Trzeba szybko coś z tym zrobić. Nie wierć się - wymruczał, uważnie przyglądając się jej dłoni. Ostrożnie narysował na niej iratze. Odetchnął, kiedy skończył. Niedługo jej kość powinna się zagoić. Uśmiechnął się do niej delikatnie, gdy wzięła od niego kartkę. Zauważył, że nieco złagodniała na słowo "motor", ale się nie odezwał. Wszedł za nią, rozkładając się po pomieszczeniu. Nie podobały mu się te portrety. Zupełnie jakby go obserwowały. Patrząc na nie, pomyślał sobie, że zdejmie je, gdy tylko nadarzy się okazja. Wrócił swoim szafirowym spojrzeniem do dziewczyny. Rozumiał jej ból po stracie bliskiej osoby, ale nie miał zamiaru tego mówić. Ani tym bardziej składać kondolencji. Pamiętał, jak to było, gdy zmarli jego dziadkowie. Nigdy nie słyszał tyle fałszywych słów co wtedy. Przygryzł dolną wargę, spoglądając na nią niepewnie. - Jeśli chcesz, możesz iść odpocząć, a ja się tym zajmę - zaproponował. W końcu teraz cała papierkowa robota była częścią jego obowiązków.
   Nie ściągała tych wszystkich portretów ze względu na Lizz. Ona je lubiła. Normalnie Mel już dawno wyrzuciłaby je za okno, nie przejmując się tym, że kogą komuś spaść na głowę. Wiecznie ją obserwowały. Niby jakaś tradycja. Wieszali na ścianie wszystkie głowy instytutu, tak jakby wieszali ich na linie. Stryczek, szybka śmierć. Lina ocierająca się o skórę, wbijająca Jabłko Adama... Melissa wbiła palce boleśnie w skórę, przywołując się do porządku. Musiała pozbyć się takich rozmyślań. Pokręciła głową. - To był mój gabinet, a przekazuję ci go w dość... chaotycznym stanie. - To nie była jej wina, że świetnie odnajdywała się w bałaganie. W porządku za to wcale. Nigdy nie wiedziała gdzie co położyła. - Dość już odpoczęłam. - westchnęła, spoglądając na mężczyznę - A ty bez mojej pomocy nie dałbyś sobie rady - uśmiechnęła się wyzywająco.
   Przyglądał się jej z delikatnym uśmiechem i współczuciem malującym się w jego głębokich, przyjaznych oczach. Nie znał ani jej ani Elizabeth osobiście, więc nie chciał się wypowiadać na temat zmarłej głowy instytutu. Dziewczyna wyglądała na silną, ale smutek po stracie przyjaciela zawsze jest ciężki. Henry nie chciałbym, żeby ktoś obcy próbował go pocieszać w takiej sytuacji. Pokręcił głową na znak, że nic się nie stało. - Nie szkodzi - mruknął, od wracając od niej wzrok, by przyjrzeć się papierom leżącym na biurku. - Pewnie nie - przyznał krótko, z niewiarygodnym spokojem, zerkając na nią kątem oka, a kącik jego ust uniósł się w przyjacielskim uśmiechu. Wyciągnął do niej dłoń, w której trzymał papierek. - A ty beze mnie nie znalazłabyś oryginalnej wersji listu od Clave - dodał po chwili milczenia, wręczając jej kopertę.
   I dobrze, że nie starał się jakkolwiek jej pocieszać, ani słówkiem nie wspominał o Elizabeth Lovelace. Nie ścierpiałaby kolejnej fali empatii i rozczulania się nad nią, zwłaszcza, że w ogóle go nie znała. Powinno go chyba interesować dlaczego przejmuje rządy, w jakich okolicznościach zmarła Głowa Instytutu i jak stoją sprawy z Mrocznymi. Najwyraźniej nie wszyscy ludzie byli tak ciekawscy jak Melissa. A może po prostu ktoś mu wcześniej powiedział, chociaż nie wymieniła słowa z Clave od ponad miesiąca. - Na pewno... - mruknęła pod nosem, zbierając papiery porozrzucane wokół biurka. Niektóre z nich były w dość opłakanym stanie, ale dołączyła je do jednej kupki. Utworzył się z tego niemały stosik do przeglądnięcia i odesłania z powrotem. Masa roboty. - Jeśli... - urwała, widząc jego wyciągniętą rękę. Wzięła list i szybko go przeczytała, marszcząc brwi. No tak, leżał na biurku wśród masy innych dokumentów, zapewne na samym dnie. Jak mogła go przeoczyć. - Wróżę ci świetlaną przyszłość jako Głowa Instytutu. - rzuciła kopertę na biurko, następnie siadając na meblu i rozglądając się ostatni raz po pomieszczeniu. Pewnie i tak będzie tu często wchodzić, nawet bez wiedzy Nightingale'a, aby czasem poszperać w aktach i znaleźć jakąś ciekawą sprawę. Jak to robiła za czasów Elizabeth. - Już sobie idę - powiedziała, unosząc ręce w obronnym geście, widząc jak na nią patrzy. Może błędnie odczytała jego spojrzenie. - rozgość się tutaj. - zeszła z biurka i zaczęła zmierzać w stronę wyjścia. - Gdybyś sobie z czymś nie radził, to nadal jestem zastępcą.
   Domyślał się, jak się czuje, bo w końcu on sam stracił ważną dla niego osobę. Tęsknił za ojcem i wciąż go wspominał. Nie chciał jeszcze bardziej ranić dziewczyny. W sumie nie rozumiał, czemu to on miał zostać Głową Instytutu. Nie kwestionował decyzji Clave, które wyznaczyło właśnie jego. Melissa pewnie się zastanawiała, czemu on i gdyby spytała, nie umiałby odpowiedzieć. Był świetny w walce i uczył się już zarządzania Instytutem od matki, ale to niczego nie oznaczało. Rozglądał się po gabinecie, myśląc nad tym, ile pracy go czeka. Posłał dziewczynie delikatny uśmiech w podzięce za miłe słowa. Henry domyślał się, że dziewczyna jeszcze nie raz zajrzy do gabinetu, gdy rozglądała się po pomieszczeniu z tęsknym wzrokiem. Nie miał nic przeciwko. W końcu musiała tu spędzić dużo czasu. Przechylił głowę na bok, patrząc na nią wymownie, jakby chciał powiedzieć, że wcale nie to miał na myśli. Obszedł biurko, by po chwili za nim usiąść. Chciał już teraz zabrać się do roboty, której było mnóstwo. Przygryzł dolną wargę, spoglądając niepewnie na stos papierów. - Liczę, że mnie odwiedzisz, jeśli się tu zasiedzę - rzucił niby żartem, ale naprawdę chciał, by do niego przyszła. Wydawała się miła. Mogli zostać dobrymi przyjaciółmi. 

wtorek, 12 maja 2015

"Pożyczyłam" pewną rzecz z Jasnego Dworu, a oni już robią wielkie halo

Melissa    Isabelle   Alan

  Nie lubiła czuć się jak zwierzyna łowna. Skręcała w uliczki, popychając ludzi i starając się zgubić ogon. Kto by pomyślał, że jej prześladowcy aż tak nie lubią natrętnych Nefilim. Chciała tylko dowiedzieć się czy poszukiwany przez nią czarownik ma kontakty z Ophelią. Słynęła z tego, że nie grzeszyła cierpliwością, więc nie zadowoliła się odpowiedzią "dowiem się i dam ci znak". Została wyrzucona z Jasnego Dworu, a czterech Faerie celowało do niej z łuku, co jakiś czas wypuszczając strzały, gdy nadarzyła się ku temu okazja. Jedna z nich drasnęła ją w ramię, rozcinając jej czarny t-shirt i zostawiając ranę. Syknęła, karcąc się w myślach za przytłumiony refleks. Skręciła w lewo i zobaczyła znajomą sylwetkę. Najgorsze było, że od tyłu przypominała samą Melissę, bo razem z Isabelle były podobnego wzrostu i miały długie, ciemne włosy. - Izzy! - ostrzegła ją, nim wepchnęła ją do jakiejś szczeliny. - Shh... - Zakryła jej ręką usta, patrząc niepewnie w prawo. Miała nadzieję, że zastosuje się do jej polecenia. Zobaczyła Faerie wraz  z psami tropiącymi. Wstrzymała oddech. Nie była uzbrojona, stelę też zostawiła gdzieś w instytucie.  
  Isabelle, jak każdy czasem, potrzebowała chwili sam na sam. W tym celu wybrała się na wieczorny spacer po ulicach LA. Nie do pomyślenia było to, że jej parabatai, który był jak starszy brat, się na to zgodził. Początkowo planowała trzymać się głównych ulic, ale wkrótce mimowolnie zaczęła włóczyć się po zaułkach miasta. Lekko się przeraziła, gdy usłyszała za sobą odgłosy pościgu. Chciała się odwrócić, ale już ktoś trzymał jej rękaw i ciągnął ją w szczelinę. Strach ustąpił miejsca przelotnej radości, gdy zorientowała się, że nieznajomy to Mel. Dziewczyny nie znały się długo, ale wystarczająco by się polubić. Gdy usłyszała jej prośbę stwierdziła, że była niepotrzebna, bo nie miała zamiaru się odzywać.
  Psy węszyły wokoło, nie wskazując na to, że zdążyły zakodować jej zapach. Serce Melissy dudniło w piersi, jakby miało zaraz wyskoczyć, a kieszeń, gdzie wcisnęła woreczek z przedmiotem, zaczęła jej niezwykle ciążyć. Faerie rozluźnili cięciwy i również zaczęli się rozglądać. Jak ona chciała, aby po prostu sobie poszli. Miała respekt do tej rasy i zero broni przy sobie. To się wkopała. Co za impulsywna i nierozważna akcja. Wyjrzała delikatnie ze szczeliny, gdy mężczyźni zeszli jej z pola widoku. Natychmiast tego pożałowała, bo pies zaczął szczekać. Cofnęła się jeszcze bardziej do tyłu, popychając Izzy. - Co Buford? - usłyszała niski głos i zobaczyła strzałę wycelowaną w ciemność. Zacisnęła rękę w pięść, a drugą chwyciła Isabelle za nadgarstek. Pociągnęła ją za sobą na dół, gdy grot przeciął powietrze tuż nad ich głowami. Były w cholernym, ślepym zaułku.
  Powoli zaczynała orientować się w sytuacji. Mel znowu się w coś wpakowała, a ona mimowolnie została w to wplątana. Z duszą na ramieniu nasłuchiwała szczekania psów sygnalizującego o tym, że zostały znalezione. Gdy w końcu to nastąpiło obie cudem uniknęły strzały, która pędziła i ich stronę. Isabelle musiała szybko reagować. Bez zastanawiania wyjęła stelę zza paska i nakreśliła na odsłoniętym nadgarstku dziewczyny runę niewidzialności, a sama schyliła się udając, że wiąże sznurowało. Gdy zobaczyła rycerza Faerie podniosła się i spojrzała na niego pytająco. Ten zaklął pod nosem i pobiegł w stronę głównej ulicy.
  Narysowanie runy niewiele dało. Niewidzialność działała tylko przez parę minut na Podziemnych, a zwierzęta ze swoim węchem i tak przebijały się przez każdy znak. Za Melissą i Izzy znajdowała się zbyt wysoka ściana, aby ją przeskoczyć, a przed nimi czterech Faerie, którzy nadal zaglądali do szczeliny. Jeden z rycerzy spojrzał na Isabelle, która udawała, że wiąże sznurowadło. Poszedł w stronę głównej ulicy wraz z resztą. - Izzy, musimy uciekać. Runa nie będzie działać za długo. - mimowolnie powiedziała "my", chociaż to Melissę starali się namierzyć, ale uznała, że jej towarzyszka już wystarczająco się w to wmieszała.  Mel nie odda im tak łatwo swojego znaleziska. Za długo szukała pierścienia i był dla niej zbyt cenny, będą musieli zabrać go z jej martwego ciała. Pociągnęła Isabelle za sobą, skręcając w inny zaułek. Instytut znajdował się na drugim końcu miasta, więc musiały znaleźć jakieś inne, tymczasowe schronienie.
  To co usłyszała zdecydowanie nie sprostało jej oczekiwaniom. Liczyła raczej na dokładny plan dalszego działania, powitanie i wytłumaczenia. W tej właśnie kolejności. No i bardzo nie spodobało jej się, że mówiąc o ucieczce dziewczyna użyła określenia 'my'. Po ostatnimi wybryku z Matt'em miała dość niebezpiecznych przygód na najbliższy czas. Znów ciągnięta przez Mel zauważyła sklep z perfumami, który dopiero był zamykany przez Przyziemnego właściciela. - Tutaj! - Powiedziała półgłosem, gdy mężczyzna oddalił się od sklepu. Nie chcąc robić bałaganu Izzy narysowała runę otwarcia na drzwiach i weszła do środka przepuszczając przed sobą Mel. - Dość zabawnie się składa - Zaczęła Isabelle przeciągając palcem wskazującym po ladzie.- ale wygląda na to, że wszytko jest tu z jarzębiny. Jesteśmy bezpieczne. - Uśmiechnęła się i przysnęła perfumy, które właśnie wzięła ze stolika.
  Nie było czasu na dokładne objaśnianie czy wymyślanie planu. Musiały działać szybko. Melissa ciągnęła Isabelle za sobą, mijając zakręty i przecznice i szukając jakiegoś rozwiązania. Jak na razie nic jej nie przychodziło do głowy. Niemal słyszała szczekanie psów, które złapały ich trop. Co chwilę oglądała się do tyłu, aby zobaczyć jak daleko znajdują się rycerze Faerie. Jej towarzyszka gwałtownie stanęła, a Mel o mały włos nie wywaliła się na chodnik. Już miała zamiar przekląć głupotę dziewczyny, ale zobaczyła sklep. Ich jedyny ratunek. Nie pospieszała jej, gdy rysowała runę, choć presja sytuacji była łatwo odczuwalna. Szybko weszła do sklepu, rozglądać się uważnie. - Mhm. - Mruknęła niezbyt zdecydowanie. Powinna jej chyba powiedzieć w co właściwie ją wplątała. - "Pożyczyłam" pewną rzecz z Jasnego Dworu, a oni już robią wielkie halo.  - przewróciła oczami i ułamała nogę od stołu. Tak na wszelki wypadek, w końcu nie miała się czym bronić. Wszystkie flakoniki z perfumami zbiły się na podłodze. Podeszła do jednej z szafek i wylała na siebie parę zapachów. Miała nadzieję, że skołuje psy. Spojrzała znacząco na Isabelle, aby poszła w jej ślady. Zaparła się nogami i przewaliła jeden regał ze szkłem. Właściciel zastanie miłą niespodziankę następnego dnia. Na szczęście w sklepie nie było kamer.
  Isabelle ze zdumieniem patrzyła na to co robiła dziewczyna. Sama wychodziła z założenia, że jeśli już trzeba się gdzieś włamać to tak by nie zostawić śladu swojej obecności. - Wiesz - zaczęła. - czasami mam wrażenie, że robisz bałagan tylko po to, żeby był. - Podeszła do i tak już zniszczonego stołu i ułamała drugą nogę. - Jakby nie patrzeć jarzębinowa noga stołu to niezła broń. Szczególnie, gdy w grę wchodzą rycerze Fearie. - Spojrzała z powątpiewaniem na duże okno wychodzące na jedną z ulic. Szybko rzuciła broń i pociągnęła za obrus. Po chwili była już na drugiej stronie sklepu i usiłowała przymocować go tak by zasłonić wnętrze pomieszczenia.
  Miała nadzieję, że wszystkie zapachy skołują psy. Zerknęła na Isabelle, strącając kolejną fiolkę na podłogę. Tylko ślepy by nie zauważył gdzie włamywałaby się Melissa albo co akurat pożyczyła. Nie musiała ukrywać swoich intencji, w końcu i tak nikt by jej nie wykrył. Uśmiechnęła się do Isabelle. - Lepiej robić coś konkretnie, albo wcale tego nie robić. - powiedziała. Chwyciła nogę od stołu, gdy skończyła rozbijać butelki. - Pomyśl jak to wygląda. Dwie dziewczyny grożące drewnianą nogą od stołu czterem mężczyznom z psami. - wykonała gest obrazujący jej słowa. Zobaczyła co próbuje zrobić Izzy i jej pomogła. Kątem oka zauważyła Faerie, ale schowała głowę za prześcieradłem. Chyba ją zauważyli, chociaż modliła się, żeby okazało się inaczej.
  Wspólnymi siłami udało im się zakryć okno. Nagle zauważyła, że Mel się schyliła i uświadomiła sobie, że Faerie ją zauważyły. Szybko pociągnęła towarzyszkę w dół tak, że teraz obie kucały. Chwyciła swoją nogę od stołu, a drugą podała Mel. Nie zostało im nic oprócz czekania. Wkrótce dało się usłyszeć jak ktoś próbuje nacisnąć klamkę, ale klnie siarczyście. Wszystko było jasne. Drzwi były z jarzębiny, a intruzami byli rycerze Faerie. Nagle drzwi wyleciały z zawiasów, a oni wbiegli do środka. Izzy zerwała się na równe nogi i uderzyła pierwszego z nich z tył głowy. Upadł na ziemię, a miejsce, gdzie skóra zetknęła się z nogą od stołu, zaczęło skwierczeć. Obie dziewczyny stanęły naprzeciwko napastników z wyciągniętymi rękami trzymającymi broń. - Ani kroku dalej! - Krzyknęła Isabelle. Wizja Mel się ziściła. Groziły rycerzom drewnianymi nogami.
   Wzięła nogę od stołu i wyczekiwała, niczym przyczajony tygrys, rycerzy Faerie. Usłyszała jak starają się otworzyć drzwi i uśmiechnęła się pod nosem, gdy jeden z nich zaklął. Wstała na nogi, wiedząc, że i tak szybko je znajdą i podrzuciła jarzębinową broń. Nie była przesadnie ciężka. Ze stoickim spokojem obserwowała jak wyważają drzwi. Kiedyś złoży kondolencje właścicielowi tego sklepu. Kiedyś. Przez myśl jej przemknęło, że skoro prawie wszystko było tu zrobione z jarzębiny, to ta osoba mogła wiedzieć o Świecie Cieni. Wyciągnęła przed siebie rękę. Najwyraźniej się rozdzielili, bo przyszło ich tylko dwóch z jednym psem. Izzy właśnie powaliła jednego na ziemię, a drugi napiął łuk celując w Melissę.  Zdążyła się schylić, nim strzała przebiła jej głowę. Kolejne zostały puszczane w jej kierunku, a czas Isabelle zajął pies, więc nie mogła mu wytrącić broni z ręki. W pewnym momencie Mel przewróciła stół, chowając się za nim. Urwała kolejne nogi, na chwilę wyglądając zza mebla i rzucając nimi w stronę mężczyzny. Usłyszała krzyk, gdy jarzębina dotknęła jego skóry i szybko podbiegła do wróżka przyciskając do jego szyi swoją "broń". - Oddam to, co ukradłam. - Kiedyś, za jakiś miesiąc, dodała w myślach. Potrzebne było jej do zaklęcia tropiącego. - Odwołaj resztę rycerzy albo zginiesz. - powiedziała lodowatym tonem, patrząc mu prostu w oczy i przyciskając mocniej nogę.
   Isabelle kątem oka obserwowała poczynania Mel. Sama musiała zająć się psem, który ją zaatakował. Walka była o tyle trudniejsza, gdyż przeciwnik poruszał się na czterech łapach, sięgał jej do pasa, a skakał do gardła. A to nie były warunki, w których Izzy dobrze sobie radziła. Wolała walczyć z dużymi i silnymi, bo wtedy jej szybkość dawała jej znaczną przewagę. W końcu poradziła sobie i już chciała ruszyć z pomocą Melissie, kiedy zauważyła jeszcze kilku rycerzy biegnących w stronę sklepu. Chwyciła ją za rękę i pociągnęła za sobą do wyjścia, a potem wzdłuż ulicy. Nagle zobaczyła żółtą taksówkę zaparkowaną przy chodniku. Stwierdziła, że to jedyna opcja ucieczki. Popatrzyła wymownie na swoją towarzyszkę broni pozwalając jej działać.
   Patrzyła wyzywająco w dwukolorowe oczy rycerza Faerie, który wyglądał, jakby toczył walkę sam ze sobą. Nie dziwiła mu się. Na szali było jego życie i posłuszeństwo wobec królowej. Ciężki wybór. Poprawiła chwyt i już miała go pospieszyć, bo słyszała ujadanie psa, który raz po raz skakał na Isabelle. Nie miały zbyt wiele czasu, a Dziki Łowca ociągał się z podjęciem decyzji, licząc pewnie na przybycie posiłków. Nagle odgłosy toczącej się za nią walki ucichły. Korciło ją, aby się obrócić, ale nie mogła nawet na chwilę spuścić mężczyzny z oczu. Nagle poczuła ciągnięcie za rękę, a drewniana noga wypadła jej z ręki. - Izzy. - syknęła. Mogła go jeszcze trochę przycisnąć. Wybiegły ze zdemolowanego sklepu z perfumami i biegły wzdłuż głównej ulicy. Jak na razie nigdzie nie widziała rycerzy, ale znalezienie Nefilim nie powinno być dla nich wielką trudnością. Spojrzała na Isabelle, a potem na taksówkę. Westchnęła. Znowu to ona będzie siać postrach. Spokojnym, ale stanowczym, krokiem podeszła w okolice samochodu. Spodziewała się ujrzeć taksówkarza, ale na jego miejscu siedział jakiś chłopak, na oko szesnastolatek, który słuchał muzyki i co jakiś czas wybijał rytm o kierownicę. Nie zauważył jej. Dała znak Isabelle, aby podeszła i była gotowa usadowić się na przednie miejsce. Melissa podeszła bliżej auta i otworzyła drzwi, na co czarnowłosy dopiero zareagował. Nim zdążył cokolwiek powiedzieć, Mel wyciągnęła go z taksówki i usadowiła się na miejsce kierowcy. Kluczyki na szczęście były w stacyjce. Isabelle usiadła obok niej i po chwili wyjechały na ulicę.
   To był naprawdę fatalny dzień. Nie dość, że zaspał do szkoły to jedynym sposobem, by dostać od ojca usprawiedliwienie było towarzyszenie dziadkowi w korporacji taksówek. Nienawidził tej roboty. Był tam już nie raz i zawsze zastanawiał się po co. Na ogół ograniczał się do zamiatania podwórka ,ale dzisiaj dziadek poprosił go by pojechał z nim do ojca do sklepu z perfumami. Celem było powiadomienie go o nieobecności syna. Teraz siedział w taksówce na miejscu kierowcy i słuchał muzyki. Dziadek nie wracał od kilku minut, ale nie robiło mu to różnicy. Nagle usłyszał otwierające się drzwi, a zaraz potem jakaś dziewczyna wyciągnęła go z samochodu. Oszołomiony chciał ją powstrzymać, jednak zamiast tego usiadł na tylnym siedzeniu. Druga dziewczyna już zajęła miejsce obok kierowcy. Od tyłu były niezwykle do siebie podobne. Gdy jedna z nich przekręciła kluczyk krzyknął. -Co wy robicie?! Kim wy jesteście?!
   Od razu zrozumiała sygnał Mel. Odczekała chwilę i wsiadła do środka. Bardzo nie podobał jej się fakt, że taksówka nie była pusta. Melissa bez żadnych oporów wypchnęła go z pojazdu. Isabelle miała ochotę zrobić to samo z nią, ale postanowiła, że zrobi to, gdy ich życiu już nie będzie groziło niebezpieczeństwo. Gdy chłopak wsiadł na tył auta nie widziała co o tym myśleć. Z jednej strony to źle bo będą go miały na głowie. Z innego punktu widzenia gdyby został na miejscu zbrodni pewnie zadzwoniłby po policję. A to byłby dopiero problemem. Izzy nie pytała nigdy czy Mel umie prowadzić. Miała nadzieję, że tak. Gdy usłyszała zapalający się silnik chłopak zaczął krzyczeć. Dziewczyna użyła swojego ulubionego sposobu. - Jesteśmy Nocnymi Łowczyniami. Uciekamy przed pół aniołami i pół demonami. Jest nam przykro, że się tu znalazłeś. Nie było to planowane. -Powiedziała całą prawdę wiedząc, że jej nie uwierzy. -To, że nas widzisz oznacza, że masz Wzrok. A to z kolei oznacza, że przysporzysz nam mniej kłopotów niż sądziłyśmy. Ja jestem Isabelle, a to jest Melissa. -Chłopak patrzył na nią w ciszy udając spokój. Dziewczyna widziała jednak napięcie w jego szczęce.
   Przez chwilę oddychał ciężko i sapał, jakby właśnie biegł. Chwilę później postanowił udawać całkowity spokój. Patrzył na nią chłodnym spojrzeniem i uważnie słuchał co mówi. To wszystko brzmiało jak bajka lub żart. Mimo że wierzył w każde jej słowo nie chciał pokazać, że daje się nabrać. -Nie chcesz mówić to nie mów. - Prychnął. - Jeśli uważasz, że powiem Ci jak się nazywam jesteś w błędzie. Możecie mnie później odstawić? - Domyślał się odpowiedzi, więc włożył jedną słuchawkę, w której usłyszał słowa ,,Nothing to lose''. Uważnie przyglądał się dziewczynie siedzącej na miejscu pasażera. Na jej ręce zauważył symbol podobny do tego na jego ramieniu. Pogłośnił piosenkę tak, by obie ją usłyszały i uśmiechnął się. Jednak nie był to uśmiech ani radosny ani szczery.
   Słyszała go. Czemu usiadł z tyłu? Nie wiedziała. Mógł przecież zostać na miejscu i zgłosić je na policję, a tak nie było nawet świadka. Ewentualnie właściciel taksówki mógł dać ogłoszenie o porwaniu czy zaginięciu syna lub wnuka. Melissa włączyła silnik i usłyszała krzyk. Zignorowała to. Ustawiła odpowiedni bieg i nacisnęła gaz. Powoli zaczynała łapać tą arcytrudną sztukę jaką było prowadzenie samochodu. Wyjechały na główną ulicę, na której wyjątkowo nie było korków. Dzięki o Aniele, chociaż tyle dobrego. Obserwowała drogę i zaklęła pod nosem, gdy w lusterku zobaczyła rycerzy Faerie. Przyspieszyła. Zerknęła ku znajomej. Nie musiała od razu wyjawiać mu całej prawdy. Albo mogła chociaż podać fałszywą tożsamość. Zacisnęła zęby, gdy chłopak udał nieporuszonego. - Zatem, Panie Nic Mnie Nie Obchodzi, stul pysk. - warknęła, cały czas patrząc na ścigających ich Faerie. - Możemy równie dobrze wrzucić cię do najbliższego dołu albo jednym ruchem skręcić ci kark. - powiedziała lodowatym tonem, zerkając na niego w lusterku. - Ścisz to. - gdy chłopak jeszcze bardziej pogłośnił muzykę, rzuciła mu wrogie spojrzenie, patrząc na niego przez ramię. Wcześniej upewniła się, że droga była pusta, ale gdy obróciła się z powrotem do przodu, jakiś mężczyzna dosłownie przed nimi wyrósł. Wszystko zadziało się w jednym momencie. Melissa zaczęła kręcić kierownicą, facet wylądował na masce taksówki, a przednia szyba zaczęła pękać. Dopiero teraz zahamowała. Czekała chwilę na siedzeniu, otwierając usta z zaskoczenia, dusząc w sobie krzyk. Miała nadzieję, że żyje. Nie chciała nikogo zabijać. To przez tą Czarną Owcę, przyciąga pecha na kilometr. Kurczowo zaciskała palce na kierownicy.  - Kurwa. - Przywołała się do pionu i błyskawicznie wyszła z auta. Mężczyzna leżał na ziemi, z głęboką raną na głowię. Przyłożyła ucho do jego piersi. Usłyszała niestabilne bicie serca. - Izzy! Dzwoń na karetkę! - Krzyknęła. Na szczęście nieopodal był szpital. Chwyciła go za ramiona i położyła w bezpiecznej pozycji na chodniku. Musiały jechać dalej. Faerie nadal siedziało im na ogonie, a Melissa wolała nie myśleć co jej zrobią jak ją już dorwą. Gdy Isabelle oznajmiła, że karetka zaraz przyjedzie, Mel stanęła przy drzwiach auta. - Zostajesz albo jedziesz. Masz trzy sekundy na decyzję. - Powiedziała do chłopaka, zachowując zimną krew i starając ukryć się drżenie w głosie. Ponownie usiadła za kółkiem. Musiała chwilowo odłożyć swoje sumienie na drugi plan.
   Gdy jej nie uwierzył Isabelle uśmiechnęła się do przedniej szyby. - Jeśli Ci tak bardzo zależy sam się odstawisz. Albo zadzwonisz po kogoś. To już twoja sprawa.  - ,,Bezwzględna Izzy'' pomyślała dziewczyna. Dawno się tak nie zachowywała, ale to była wyjątkowa sytuacja. Gdy chłopak podgłośnił piosenkę ze zdziwieniem stwierdziła, że jest całkiem fajna. Zaczęła delikatnie wystukiwać rytm o bok fotela tak by Mel nie widziała. Nie wyglądała na zadowoloną. Jej groźby nie robiły na niej żadnego wrażenia. Wiedziała, że wrzucenie go do rowu wiązałoby się z gniewem Clave na tyle wielkim, że wolała go sobie nie wyobrażać. Gdy Mel się odwróciła Izzy skarciła ją w myślach. ,, Patrz na drogę!''. Chciała to powiedzieć, ale nie zdążyła, bo zanim się zorientowała jakiś mężczyzna był już na masce samochodu. Isabelle panikowała w duchu, a pękająca szyba nie poprawiła jej humoru. Dobrze, że poduszki powietrzne się nie otworzyły. Mel od razu wyszła z auta i zajęła się swoją ofiarą, za to chłopak siedział jak sparaliżowany. Jego oczy zaszły łzami, jednak ani jedna nie popłynęła po jego bladym policzku. Dziewczyna właśnie wezwała karetkę i jedną nogą wysiadła z taksówki. Cały chodnik był zakrwawiony. Oczywiście jako na Nocnej Łowczyni widok krwi nie robił na niej wielkiego wrażenia. Mel krzyknęła coś do chłopaka, ale Isabelle nie zwróciła na to dużej uwagi. Nie była do końca pewna, ale mężczyzna przypominał jej właściciela sklepu z perfumami.
   Było już pewne, że złodziejki go nie odwiozą musiał się jakoś zabezpieczyć. Przestał zwracać uwagę na cokolwiek. Zaczął udawać, że pisze z przyjaciółmi. Przecież dziewczyny nie mogły wiedzieć, że ich nie ma. Bardzo poważnie rozważał ucieczkę z domu. W tej sytuacji wyglądałaby na porwanie, więc nie miał by kłopotów. Zmierzył obojętnym wzrokiem odwracającą się Melissę i skrytykował pod nosem jej jazdę. Nie trwało długo zanim kogoś potrącili. Niestety chłopak rozpoznał tą osobę. Dziewczyny już zdążyły wysiąść, a on nie ruszył się z miejsca i siłą powstrzymywał łzy. W końcu nie wytrzymał i wypadł z auta niczym grom z jasnego nieba. Wychodząc z pojazdu chwycił telefon, który leżał pomiędzy przednimi fotelami. Zaczął krzyczeć na tą, która kierowała. - Pojebało cię?! -Usłyszał zadane mu pytanie. - Oczywiście, że zostaję! Idiotko potrąciłaś mojego ojca! - Dokończył i padł na ziemię. Jego twarz była mokra od łez.
   - Nie potrąciłabym go, gdybyś ściszył tą cholerną muzykę! - krzyknęła, wskazując na jego palcem. Szpital był niedaleko, a już stad można było usłyszeć sygnał karetki. Jego ojciec powinien przeżyć. Zapewne trafi w ciężkim stanie na SOR, ale przeżyje. Nie potrąciła go przecież umyślnie, a jej sumienie będzie ją męczyć do takiego stopnia, że w pewnym momencie zadzwoni do szpitala i spyta się o jego stan. Oby przeżył. Wsiadła z powrotem do taksówki wraz z Izzy. Melissa miała usta zaciśnięte w wąską kreskę. Faerie zapewne znajdowali się nieopodal. Zerknęła na chłopaka, klęczącego przy ojcu, ale pojechała dalej. Dzieliło je jedynie parę przecznic od Instytutu, nie mogły teraz dać się złapać. Wszystko poszłoby wtedy na marne. Mknęły, skutecznie unikając korków, jeżdżąc skrótami. Z dzielącej ich odległości mogły już zobaczyć budynek.
   - Więc co? - Mówił bardzo spokojnym tonem, choć jego głos się łamał, a łzy płynęły mu z oczu strumieniami. - Uważasz, suko, że to moja wina? - Wyzwanie sprawczyni o dziwo nie przynosiło żadnej ulgi. - Mój ojciec - nigdy nie nazwał go tatą, uważał, że nigdy nim nie był. - prawdopodobnie nie żyje. Bo ty, szmato, nie patrzyłaś na drogę i oczywiście to moja wina. Wiesz co? - Stracił wiarę i chęć do wszystkiego. - Wyznam ci coś. Wielka Wojna. Podczas, której mieliśmy po dziesięć lat. To też moja wina. - Nikt go już nie słyszał. Złodziejki odjechały. Karetka właśnie przyjechała i sanitariusze z niej wysiedli. Zapytali o sprawcę, a on skłamał, że dopiero przyszedł. Patrzył za dziewczynami by wiedzieć gdzie ich szukać. Jego ojciec był już na noszach. Wnosili go nieprzytomnego do środka. Tego było już dla niego za dużo. Zostawił całe zajście za sobą i pobiegł w kierunku, w którym pojechała taksówka. Już jej nie zobaczył, jednak kątem oka dostrzegł jak złodziejki wbiegają do kościoła, którego wcześniej nie widział. Schował się za drzewem i zaczekał aż drzwi się zamkną. Gdy to się stało oparł się o swoją kryjówkę i przyglądał się budynkowi. Jakby przez mgłę zobaczył, że kościół częściowo jest ruiną. Szybkim krokiem poszedł w stronę parku. Na miejscu wdrapał się na drzewo i usiadł na gałęzi zawieszając jedną nogę, a drugą opierając o pień. O dziwo rurki nie utrudniły mu wspinaczki. Nie lubił ruchu. Nie był wysportowany. Często jednak przesiadywał w koronach drzew. Czuł się tam taki oddalony od wszystkich ludzi. Włożył swoje białe słuchawki, które wraz z sznurówkami w tym samym kolorze oraz czarno-białą kefiją zawiązaną na szyi, były jedynym kontrastem od całkowicie czarnego stroju chłopaka. Skrzyżował ręce na piersi, a pod wpływem muzyki łzy same popłynęły mu po policzku mieszając się z krwią po wypadku.
   Patrzyła na chłopaka smutnymi oczami. Melissa najpierw przez nieuwagę potrąciła jego ojca, a teraz jeszcze na niego krzyczała. Była ciekawa czy Mel naprawdę nie przejęła się wypadkiem. Nie znała jej od tej strony. Czarnowłosy Przyziemny, który dotąd towarzyszył im z tyłu został na miejscu, a one ruszyły. Isabelle przejęła się całym zajściem. - Mel? - Powiedziała w pewnej chwili dziewczyna. - Jak myślisz? Co teraz zrobi? - Było jej go bardzo żal. Były prawie przy Instytucie. Mimo, że karetka powinna już być w szpitalu ona ciągle słyszała w głowie dźwięk syreny. Tym razem Mel wyglądała na skupioną. Może wyciągnęła konsekwencje z tego zdarzenia. Nagle Isabelle zauważyła czarny cień przed autem. Mel najwyraźniej również, bo szybko skręciła w lewo. Dziewczyna poleciała do przodu, a później straciła przytomność.
   Przyglądała się jeszcze chwilę chłopakowi nim odjechała. - Szmatę to ty masz na podłodze. - Mruknęła pod nosem na jego obraźliwe uwagi. A niech ją wyzywa, jeśli w taki sposób sobie ulży. Zasłużyła. W końcu posłała jego ojca do szpitala, gdzie będzie walczył o życie. Zmarszczyła brwi, gdy wspomniał o Wielkiej Wojnie. Skąd wiedział? Może nie był tylko pieprzonym Przyziemnym ze Wzrokiem? Odjechała, po jego słowach, nie odzywając się. Zaciskała ręce na kierownicy i patrzyła przed siebie. Sumienie zaczynało ją powoli gryźć. Co będzie, jeśli nie przeżyje? Z tego co słyszała chłopak miał jeszcze dziadka, z matką nie wiedziała jak było. Wtedy Melissa byłaby zobowiązana wziąć go do Instytutu. Clave oczywiście należycie by ją ukarało, ale i tak mało kto stosował się do ich zasad, a ona zręcznie je naginała. Na ziemię ściągnął ją głos Isabelle. - Pewnie będzie przy ojcu. - powiedziała, zaciskając usta w wąską kreskę. Przy ledwo dychającym ojcu, którego ONA potrąciła. - Dobra wiadomość jest taka, że chyba zgubiłyśmy Faerie. - odetchnęła z ulgą. Sygnet, który ukradła, nadal znajdował się w jej kieszeni, czuła jego chłód przez materiał spodni. Już prawie wjeżdżały pod Instytut, gdy Melissa skręciła gwałtownie w lewo, omijając czarny kształt, który "nagle" pojawił się przed nimi. Duża i ciężka gałąź spadła na maskę i dach samochodu, wgniatając go, i rozbijając w drobny mak przednią szybę. Mel skuliła się na siedzeniu i zakryła twarz ręką, ale odłamki powbijały jej się w paru miejscach na skórze. Nie miała jak się wyprostować, bo w tej pozycji dotykała głową sufitu. - Iz? - szepnęła, zerkając w stronę dziewczyny. Na szczęście nic jej nie było. Zemdlała. Melissa sięgnęła między krzesła, ale nie znalazła tam swojego telefonu. Pieprzony Przyziemny. Jeszcze będzie miał kaprys i zadzwoni do Clave albo do Watersa, którego o dziwo miała w kontaktach. Przekręciła się, choć ruchy miała mocno ograniczone, i z całej siły uderzyła w drzwi samochodu, a te wypadły z zawiasów. Najpierw sama opuściła ten pechowy pojazd, a potem wyciągnęła z niego nieprzytomną Nocną Łowczynię. Instytut był tuż za rogiem, mogła doczłapać tam na piechotę. Chwyciła towarzyszkę pod ramiona i zaczęła ją ciągnąc w obranym kierunku. 

Ludzie uważają mnie za zadufanego w sobie i aroganckiego, prawda? A wiesz jaka ona jest? Dużo gorsza.

Dalia   Melissa   Caleb

                Dalia po dłuższym zastanowieniu postanowiła po prostu wybrać się do Los Angeles. Nigdy tam wcześniej nie była, a akurat miała szanse teraz spotkać tam Neala i Caleba. Liczyła na to, że będzie mogła coś pozwiedzać. Co więcej po prostu czuła się w obowiązku by sprawdzić co się z nimi tam dzieje. Martwiła się o nich w końcu od zawsze się nimi opiekowała i byli dla niej jak bracia... A teraz zostali odesłani tak daleko. Kiedy się naszykowała złapała swój plecak i wyszła z Instytutu w Sidney. Udało jej się załatwić portal u znajomego czarownika i przenieść się do LA. Już wcześniej napisała do Caleba, że przyjeżdża i że ma na nią czekać. Kiedy zjawiła się na miejscu rozejrzała się. Czekał na nią tylko Caleb, Neal powiedział że musi coś zrobić i nie przyszedł, chociaż domyślała się, że po prostu nie potrafiłby spojrzeć jej w oczy po tym jak przez niego ich odesłali. Posłała uśmiech blondynowi.- Cześć czołem.- przywitała się z nim ich standardowymi słowami i podeszła do niego nieco bliżej.
                Neal nawet nie chciał słyszeć o tym, że Dalia przyjeżdża. Stwierdził, że ma coś bardzo ważnego i gdzieś poszedł. Czuł się winny, ale w końcu to była kuzynka właśnie jego, a nie Caleba, który sam poszedł po dziewczynę. Nie narzekał, ale czuł się nieco nieswojo. Kiedyś się w niej kochał i już mu przeszło, ale mimo wszystko to było nieco dziwne. Ona od zawsze traktowała go jak brata. Odwzajemnił jej uśmiech i był to pierwszy szczery uśmiech od tygodni, a może nawet miesięcy. - Czołem cześć, nie daj się zjeść - dokończył ich przywitanie. Wysunął do niej ramię w szarmanckim geście i zaśmiał się krótko. Brakowało mu jej. - Tęskniłem, Dalio - wyznał, gdy znalazła się bliżej niego. Już od jakiegoś czasu przewyższał ją wzrostem, ale dalej nie mógł w to uwierzyć.
                Uśmiechnęła się szerzej, gdy Caleb odpowiedział na jej przywitanie. Bez chwili namysłu wzięła go pod rękę, ani trochę nie zdziwił ją ten jego szarmancki gest. Już nie raz przechadzali się tak po ich rodzinnym mieście. - Ja też o dziwo za tobą tęskniłam. - Powiedziała specjalnie z lekko zaczepnym tonem głosu i zetknęła na niego kątem niebieskiego oka. - Jak się tutaj wam podoba? Podpadłeś już komuś? - Zapytała po dłuższej chwili ciszy. Była ciekawa jak "jej chłopcy" się trzymają w tym miejscu. - Jaki właściwie masz dla nas plan? Co będziemy robić? - Kontynuowała zadawanie pytań nawet nie czekając aż chłopak odpowie na poprzednie. Po prostu była ciekawa wszystkiego i oczekiwała, że Caleb jej to wszystko opowie.
                Bez chwili namysłu wzięła go pod rękę. Dla nich było to typowe. Inni mogli pomyśleć, że są parą i kiedyś chciałby, żeby tak mylili, ale teraz już mu przeszło. Mimo wszystko miał gdzieś, co myślą inni. - O dziwo? - parsknął śmiechem i pokazał jej język. Przy niej był najbardziej sobą, jak potrafił. Przynajmniej był szczerze szczęśliwy. Jak mu się podobało? Wcale. Ale czy wypadało jej to powiedzieć? Jej i Neala nigdy nie chciał smucić, ale wiedział, że Dalia zobaczy pozostałości po siniaku pod okiem, którego nabiła mu Melissa. Odwrócił twarz bokiem do dziewczyny, by go jej pokazać. - Tylko trochę - zażartował, po czym wolną ręką przejechał po wyblakłym siniaku. - Ale nie musimy o tym rozmawiać. Chodźmy coś zjeść, jestem głodny, a niedaleko jest knajpka - zarządził i skierował ich do Taki. Po ostatnim pobycie tak miał lekkie obawy, że spotka po raz kolejny Mroczną Łowczynię, ale liczył, że to nie nastąpi. Wszedł do środka z Dalią u boku, a jego oczom ukazał się ktoś inny. Melissa. Zaklął w myślach.
                - Tak, o dziwo. Kto by pomyślał, że można tęsknić za kimś takim jak ty. - Parsknęła śmiechem i dała mu przyjaznego kuksańca łokciem w bok. Takiego Caleba jak ten znała od zawsze, chociaż wiedziała, że często zachowuje się on inaczej przy innych osobach. Znała go już praktycznie na wylot i mało co mógł przed nią ukryć. Uniosła jedną brew zdziwiona, gdy chłopak pokazał jej swojego siniaka pod okiem. Gwizdnęła. - No Młody, kto cię tak urządził? - Zapytała nie mogąc się po prostu nie uśmiechnąć. - Jak najbardziej musimy o tym rozmawiać. - przyznała szczerze. Męczyła by go gdyby nie chciał jej odpowiedzieć o okolicznościach podbicia oka. Zawsze chciała wszystko wiedzieć. - jedzenie? Jestem za. Prowadź. - Stwierdziła praktycznie od razu. Kiedy wyszli do Taki odgarnęła blond włosy na plecy i rozejrzała sie po pomieszczeniu z zaciekawieniem.
                Parę minut temu weszła do Taki. Jak zwykle w restauracji było dużo ludzi, ale kelnerzy znajdowali czas by obsłużyć wszystkich. Melissa siedziała na jednym z wysokich, obrotowych krzeseł przy barze. Trzy tygodnie temu spotkała się tu z Mevem. Zamknęła na chwilę oczy, chcąc odpędzić od siebie napływającą falę wspomnień. Nic nie osiągnęła, alkohol namieszał jej w głowie i znalazła się na łasce Daniela. Wprost idealnie. Kelnerka podała jej zamówiony posiłek, a Melissa wzięła talerz z tostami, chcąc przesiąść się do wolnego stolika. Ukradkiem spojrzała w stronę drzwi. Zauważyła Caleba z jakąś dziewczyną i odwróciła wzrok. Jak na razie nie miała ochoty z nim rozmawiać. Skutecznie unikała go przez dwa tygodnie, które zajął jej Dan. Usiadła przy jedynym pustym stoliku i zaczęła jeść tosty.
                Gdy zagwizdała przewrócił oczami. - Nie "Młody". Od kilku lat jestem wyższy od ciebie - mruknął, ignorując pytanie o osobę, która go tak urządziła. Przecież nie przyzna, że dziewczyna go uderzyła. Wiedział, że jedzenie ją przekona. Był dość głodny, a chciał uniknąć tematu o podbitym oku. - Robią tu niesamowite naleśniki - stwierdził i w tym samym momencie, podchwycił spojrzenie Melissy. Podszedł do baru, by złożyć zamówienie, kątem oka zerkając na Melissę. Usiadła przy jedynym wolnym stole.
                - To, że jesteś wyższy, to nie znaczy, że starszy. - powiedziała uśmiechając się szeroko, uwielbiała mu o tym przypominać. - Młody, kto cię tak urządził, że nie chcesz mi aż tego wyjawić, hm? - Ponowiła pytanie, oczywiście nie mając zamiaru odpuścić, nawet jeśli widziała, że chłopak nie chciał o tym rozmawiać. Rozmowa z nią wyglądała przeważnie jak jakaś spowiedź. - Naleśniki.. Na pewno nie są tak dobre jak te, które ja robię. - Wzruszyła ramionami. Kiedy znaleźli się w środku podłapała spojrzenie Caleba, który zerknął na jakąś dziewczynę. Mało co uciekali jej uwadze.- Znasz ją? - uniosła pytająco brwi praktycznie od razu i sama wlepiła niebieski wzrok w Melissę.
                Praktycznie od razu poczuła na sobie czyjś wzrok. Zaprzestała jedzenie tosta i rozejrzała się po sali. Dostrzegła Caleba i jego towarzyszkę. Dziewczyna wbijała w nią niebieskie spojrzenie. Melissa jej się nie dziwiła, w końcu siedziała sama i zajęła ostatni wolny stół. Uniosła brew i gestem wskazała na miejsce. W końcu nadszedł ten moment, gdy musiała zmierzyć się z Calebem po ich 'kłótni' przy pianinie. Nie wiedziała kim jest blondynka, ale uznała, że nic ją to nie obchodzi. Wkrótce i tak by się dowiedziała jaka ich łączy relacja. Melissa posunęła się, a oni usiedli przy stole. Zauważyła podbite oko Caleba. - Nie przedstawisz mnie? - posłała mu sarkastyczny uśmiech, a potem spojrzała na dziewczynę.
                Kolejny raz zignorował jej pytanie. Spojrzał tylko na nią wymownie. Nie chciał o tym mówić, ale teraz, gdy widział Melissę, istniało ryzyko, że dziewczyna o tym wspomni. Uśmiechnąl się do Dalii czule, gdy pomyślał o jej naleśnikach. - Brakuje mi ich - przyznał z rozmarzeniem, gdy kelnerka zapisała ich zamówienie. Westchnął na pytanie blondynki o Melissę. - Ludzie uważają mnie za zadufanego w sobie i aroganckiego, prawda? - zadał pytanie retoryczne, na które po chwili udzielił odpowiedzi. - Tak. A wiesz jaka ona jest? Dużo gorsza - stwierdził szeptem, przewracając oczami. Była po prostu niewychowana. Ze zrezygnowaniem podszedł do stołu, przy którym siedziała Melissa. Odsunął krzesło, by Dalia mogła usiąść, po czym zajął miejsce między nią, a zmorą jego życia. Uśmiechnął się najsztuczniejszym uśmiechem na jaki było go stać. - Dalio, to Melissa - przedstawił ją z niechęcią w głosie. - Melisso, to Dalia - dodał po chwili już pogodniejszym tonem. Zdecydowanie było słychać różnicę.
                - Może kiedyś ci je jeszcze zrobię naleśniki... jeśli pojawisz sie w domu. - Stwierdziła i oparła dłonie o biodra przygryzając lekko dolną wargę. Zdecydowanie bez niego i Neala w Instytucie w Sydney zrobiło sie bardzo pusto, została jedynie mała Emma, siostra Neala, ona i jej wuj. - bo często jesteś zadufany w sobie i arogancki. - powiedziała zaczepnie przewracając oczami. - Da się być gorszym od ciebie? - Uniosła pytająco brwi.- Ta informacja jeszcze bardziej zachęca mnie do tego, żeby ją poznać. - Szepnęła nachylając się bardziej w stronę chłopaka. Na jej twarzy pojawił się uśmiech, gdy nieznajoma jej dziewczyna zaprosiła ich gestem do swojego stolika. Razem z Calebem podeszła do niego i zlustrowała Mel niespiesznym wzrokiem, teraz z bliska. Skinęła lekko głową stronę Nocnego Łowcy w podzięce, gdy odsunął dla niej krzesło i usiadła. - Milo mi cię poznać Melisso. - powiedziała zwracając się do niej, a uśmiech nie schodził z jej twarzy. Ewidentnie ta dwójka miała coś do siebie, widać to było gołym okiem i słychać to było w ich głosach. Zaciekawiona posłała swojemu kompanowi dyskretne, pytające spojrzenie. - Skąd się znacie? - Zapytała w końcu patrząc to na niego to na nią.
                Przewrócił oczami na jej komentarz. Najwidoczniej się dało, ponieważ ona była znacznie gorsza od niego. Gdyby była chłopakiem i sytuacja wyglądałaby inaczej, oddałby jej. Nie miał pojęcia, czemu ją pocałował. To była najgłupsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobił. Nawet zabawianie się z wampirzycą było rozsądniejsze. Caleb niespokojnie obserwował Dalię, ale nie dawał po sobie nic poznać. Pytanie blondynki nadało mu idealną okazję do odegrania małego przedstawienia i liczył, że ona będzie grać razem z nim. Uśmiechnął się do niej, po czym położył swoją rękę na jej dłoni. - Melissa mieszka w Instytucie - odpowiedział, a imię dziewczyny zaakcentował jakoś inaczej. - Nie wiem, czy można to nazwać "znaniem się", kochanie. Czy kogokolwiek można tak naprawdę poznać? - Kochał takie przedstawienia. Filozoficzne myśli? Czemu nie. Był ciekaw reakcji Melissy na relacje jego i Dalii.
                Uniosła brew, gdy blondynka wlepiła w nią wzrok. Melissa wyglądała chyba normalnie, nie licząc wyblakłych run na rękach. Dawno nie brała udziału w żadnej misji, więc nie były jej zbytnio potrzebne. Usłyszała niechęć w głosie Caleba, gdy ją przedstawiał. Nie zdziwiła się zbytnio, sama nie wiedziała co pomiędzy nimi jest. Szczególnie nie miała pojęcia jakim cudem go pocałowała, a tam myśl ciągle chodziła jej po głowie. - Ciebie też miło poznać, Dalio. - Uśmiechnęła się do niej. Dziewczyna wyglądała na miłą, Melissa miała nadzieję, że nie wpadła w "sidła" Caleba. Po chwili usłyszała jej pytanie, na które nie zdążyła odpowiedzieć, bo ubiegł ją chłopak. Ukradkiem spojrzała na ich dłonie, ale szybko odwróciła wzrok. Nie dała po sobie poznać, aby ją jakoś to ruszyło, a było wręcz przeciwnie. Tylko, że nic jej do tego, taka Calebowa natura... - A wy skąd się znacie? - Rzuciła bardziej w stronę Dalii, częściowo ignorując Caleba.
                Miała ochotę parsknąć śmiechem gdy Caleb nazwał ją "kochaniem", ale tego nie zrobiła. Jeśli chciał tak grać to czemu nie, podłapała temat. Odwróciła dłoń i splotła swoje palce razem z jego, nie przeszkadzało jej to, już nie raz tak kiedyś robili. Uważnie obserwowała Melissę i Caleba, była ciekawa co właściwie tą dwójkę łączy. Zdecydowanie obydwoje zachowywali sie przy sobie dziwnie, co oznaczało, że musiało coś między nimi zajść. Co więcej Cal zaczął odgrywać scenkę z parą, więc logiczne było iż albo chciał wzbudzić w Mel zazdrość, albo jej coś udowodnić.- Jestem kuzynką Neala. - powiedziała szczerze zanim Caleb odpowiedziałby za nią na pytanie Mel.
                Był wdzięczny Dalii za to, że ciągnęła z nim tę farsę. Może wychodził przy niej na totalnego idiotę i bawidamka, ale lepsze było to, niż gdyby miał się do niej zbliżyć. Wolał, by myślała o nim jako o flirciarzu, co już udowadniał całując się podczas gry w butelkę z Jasmine. Nie widział zbytnio jej reakcji, ale nie wyglądała na poruszoną. Nie udało mu się jej zdenerwować, ani zaskoczyć, więc zapewne miała o nim takie zdanie, jaki chciał. Bawiąc się tak, narażał jednak siebie na grad pytań ze strony Dalii. Widział, że dziewczyna mu nie popuści. Kuzynka Neala. Dobra odpowiedź, ponieważ Melissa nie miała pojęcia, jakie więzy rodzinne łączą Caleba i jego parabatai. - Dalio - zwrócił się do blondynki, jakby nagle coś mu się przypomniało. - Na ile zostajesz tak właściwie?
                Ufała mu jak mało komu, więc przeważnie wchodziła we wszystkie te jego gierki i przedstawienia które sobie wymyślał dla podkreślenia swojego image'u, chociaż uważała to jego udawanie za trochę żałosne. Miała zamiar potem w formie rekompensaty za jej 'rolę' męczyć go o to żeby opowiedział jej o co w tym wszystkim chodziło, a szczególnie o to co łączyło go z Melissą. W czystym odruchu zaczęła gładzić kciukiem wierzch dłoni chłopaka, kiedy tak trzymali się za ręce. Słysząc pytanie Caleba odwróciła się w jego stronę żeby na niego spojrzeć. - Nie wiem jeszcze, to zależy jak długo będziesz mnie tu chciał. - powiedziała po chwili namysłu i dodatkowo jeszcze uśmiechnęła się słodko.
                Odpowiedź Dalii niewiele dała Melissie. Bardziej chodziło jej o to, aby powiedziała co ją łączy z Narcyzem. Tego akurat była najbardziej ciekawa. Jak dotąd wiedziała tylko tyle, że Caleb i Neal byli parabatai. Nie podejrzewała, że łączyły ich jakieś więzy rodzinne. Znowu powędrowała wzrokiem ku ich splecionych dłoni. Blondynka zaczęła gładzić wierzch ręki chłopaka. Po pytaniu na ile dni Dalia zostaje, samokontrola emocji Melissy trochę podupadła. - Jedno łóżko chyba nie pomieści trzech osób, chociaż dla ciebie nie ma rzeczy niemożliwych. - Uśmiechnęła się do niego cynicznie. Wyraźnie dała mu do zrozumienia, że widziała jak wchodził z Jasmine do pokoju po grze w butelce. Co tam robili samo nasuwało się na myśl. Mel zobaczyła ich całkowicie przypadkiem, bo sama chciała się dostać do swojej samotni.
                Domyślał się, że dziewczyna chciała wiedzieć, co ich łączy, ale nie miał zamiaru tak szybko tego ujawniać. Nawet nie zauważyła, że Dalia jest nieco starsza od niego. Może to przez ten zarost, który go postarzał. Zostawił rękę Dalii, gdy usłyszał oszczerstwo z ust Melissy. Wyprostował się, ale jego ciało poza tym nie zdradzało zdenerwowania. Tylko jego oczy pociemniały. - Zazdrosna jesteś? - podpuszczał ją z sarkastycznym uśmiechem na twarzy. Wpatrywał się prosto w jej oczy. - Skąd w ogóle pomysł, że moje w łóżko ma pomieścić trzy osoby? Chcesz dołączyć? - zaśmiał się krótko. Już miał coś dodać, ale przyszła kelnerka z ich zamówieniami. Położyła dwa talerze naleśników przed Dalia i Calebem. Chłopak podziękował jej uśmiechem.
                Przewróciła oczami z nieukrywaną irytacją. Caleb znowu zaczynał grać jej na nerwach, co ustanowił z pewnością jako swoje nowe hobby. Tak dla relaksu denerwować Melissę, kupa śmiechu. Niemniej Caleb na zrelaksowanego nie wyglądał. Znając życie zaraz znowu będą wytykać sobie te wszystkie wkurzające rzeczy. Ciemnowłosa pochwyciła jego spojrzenie i utrzymała kontakt wzrokowy. - Chciałbyś, Narcyzie. - Mruknęła. Jej spojrzenie stało się teraz wyzywające. - Och, nie zaciągnąłeś Dalii do łóżka, dobrze wiedzieć. - Uśmiechnęła się do niego sarkastycznie. Zdążyła już polubić dziewczynę, a ona nie wyglądała na głupią. - Niezwykle kusząca propozycja, ale - urwała, gdy podeszła do nich kelnerka. Melissie wydawało się, że zauważyła podobieństwo pomiędzy faerie, a kelnerką z pierwszej wizyty Caleba i Neala w "Taki", ale personel bywał tu bardzo niezróżnicowany. Nocna Łowczyni przeniosła wzrok z powrotem na blondyna, ale kobieta podająca zamówienie rozproszyła na tyle uwagę Melissy, że zapomniała co chciała powiedzieć.
                Nie chciała na razie za wiele się odzywać żeby nie zepsuć Calebowi jego przykrywki. Na prawdę była ciekawe co takiego tym razem wymyślił i kogo udaje. - Jedno łóżko, trzy osoby? - zerknęła na wychowanka tłumiąc śmiech. Nie podejrzewałaby go o to, że może lecieć na tyle frontów na raz. Zdecydowanie Caleb którego znała tak się nie zachowywał. Przeciągnęła się powoli, kiedy chłopak puścił jej rękę i oparła łokcie o blat stołu nieznacznie pochylając się nad nim do przodu. - W sumie ogólnie rzecz biorąc spaliśmy kiedyś razem... - wypaliła dość spokojnym tonem nie mogąc się powstrzymać, żeby tego nie powiedzieć i uśmiechnęła się szeroko. Bo to raz spali w jednym łóżku, gdy on był młodszy i mieszkali wszyscy razem w Instytucie. kiedy podeszła do nich kelnerka z zamówieniem posłała jej uśmiech w formie podziękowania, po czym zerknęła na swój talerz. - Jeśli te naleśniki okażą się lepsze od tych które ja smażyłam tobie i Nee, to od razu stąd wyjdę. - stwierdziła pół żartem pół serio i podniosła widelec wskazując nim na chłopaka.
                Caleb przełknął ślinę. Po ich ostatnich spotkaniach, relacje blondyna i Melissy pogorszyły się tylko jeszcze bardziej. Miał wrażenie, że wspomniana przez nią Jasmine mimo wszystko jest lepszym rozmówca. Mimo że psuła mu nerwy jak mało kto, zdawało się, że czasem nawet go rozumie. Mel za to wcale. - Szanuję kobiety - stwierdził z typowym dla siebie uśmiechem, sugerując, że Melissa nie jest kobietą i nigdy nią nie będzie. Przechylił nieco głowę, a jego uśmiech zmienił się prawie że w zniewagę. Odchrząknął na słowa Dalii. Niezbyt mu pomogły zapewne, ale jednak była to prawda, choć nie w tym samym sensie, co insynulowała Melissa. Westchnął, po czym parsknął śmiechem. - Żadne naleśniki nie są tak dobre jak twoje.
                Posłała mu wściekłe spojrzenie, gdy zobaczyła jego uśmiech. Nie znał jej. Kompletnie nie rozumiała Caleba, a tym bardziej relacji jaka się między nimi utworzyła. Żadna inna osoba tak szybko nie irytowała czy wnerwiała Melissy i tak długo nie opuszczała jej myśli. Wzięła kubek z wodą i zakrztusiła się, gdy usłyszała zdanie Dalii. Nie wiedziała ile lat temu spali razem, bo wyglądali jakby znali się dość długo, więc nawet się nie zagłębiała. Skończyła jeść swój obiad i założyła ręce na piersiach opierając się o oparcie krzesła i zawiesiła swój wzrok na Dalii i Calebie. Otworzyła usta, jakby miała coś właśnie powiedzieć, ale się rozmyśliła. - Powiadają, że przez żołądek do serca - mruknęła. Jeśli sama trzymała by się tej zasady, zostałaby samotną panną z 40 kotami, co nie wydawało jej się aż tak straszną perspektywą. - Nie będę wam przeszkadzać. - Odwróciła wzrok i wstała z krzesła.
                Świetnie dostrzegała tą napięta atmosferę pomiędzy Calebem, a Melissą. Jednakże wychodziła z założenia, że "kto się czubi ten się lubi". Uderzyła lekko przyjaciela w ramie, kiedy ten zasugerował, ze Mel nie jest kobieta, czasami zdarzało mu się przegiąć jak dla niej w tych swoich dogryzkach. W takich momentach jak ten miała ochotę mu walnąć przez łeb. Bądź co bądź kobieca solidarność była w tej chwili ważniejsza niż te jego wredne komentarze. Mel wydawała się być bardzo miłą osoba. Spojrzala na dziewczynę, gdy ta zakrztusiła się woda, oczywiście po swojemu interpretując jej słowa o spaniu razem z Calebem, jednak nie chciała na razie wyciągać jej z błędu. - No ja myślę, że nie są. - Mruknęła z uśmiechem wracając do tematu naleśników i zaczęła zajadać swoją zawartość talerza, która tez była najgorsza. - Oj, nie przeszkadzasz nam. - Powiedziała szybko, gdy tylko Nocna Łowczyni wstała z krzesła. - Nie musisz nas zostawiać samych. - dodała jeszcze po chwili i posłała delikatny lekki uśmiech.
                Widział jej reakcję na słowa Dalii i bardzo go usatysfakcjonowała. Jej wściekle spojrzenie nieco go bawiło, ale powstrzymał uśmiech. Skończyła jeść, ale nie oczekiwał, że od razu sobie pójdzie. W sumie było mu to na rękę. Chciał spędzić miły dzień z Dalią, a ona mu to psuła. Już wszystko szło ku dobremu. Ale blondynka musiała się odezwać. Dalia od zawsze była za miła. Zdecydowanie za miła. Jeszcze ta beznadziejna kobieca solidarność. Skąd to w ogóle się wzięło? Spiorunował Dalie wzrokiem, po czym z sarkastycznym uśmiechem spojrzał na Melissę. - Nie chcę cię zatrzymywać - stwierdził uprzejmie. Aż za miło. - Odprowadzić cię do drzwi? Nie chcę, żebyś się zgubiła, jak będziesz wychodziła - dodał wymownie. Mogłaby już sobie pójść. - Żegnam - pomachał jej z szerokim sztucznym uśmiechem przyklejonym do ust.
                Oparła się o stół, zatrzymana słowami Dalii. Uśmiechnęła się delikatnie w jej stronę. Polubiła ją i gdyby dziewczyna zostałaby na dłużej, Melissa miała pewność, że jakoś znalazłyby wspólny język. Caleb oczywiście musiał wtrącić swoje dwa grosze. Ciemnowłosa zacisnęła ręce w pięści, ale nie widać było po jej twarzy, że jakkolwiek ją to ruszyło. Dzisiaj chciała wypróbować inną taktykę. Podeszła do niego i położyła dłonie na jego ramiona. - Dzięki Dalia, ale jak zauważyłaś... - urwała na chwilę, starając się jakoś nazwać to, co między nimi było - nie przepadamy za sobą. - odpowiedziała w końcu. Chyba trafiła w sedno. Widząc machanie ręką chłopaka, schowała dumę do kieszeni i pochyliła się, a jej usta znalazły się przy uchu Caleba. - Boisz się, że się zgubię? - Szepnęła do niego sarkastycznie. - Nie zamartwiaj się tak Narcyzie, bo jeszcze ci się zmarszczki porobią. - Palcem zaczęła wodzić po runie widniejącej na jego szyi. Nie wiedziała czy nie za dużo sobie pozwala, ale granie na nerwach Caleba zaczęło jej się podobać. - W razie czego Dan wyciągnie mnie z kłopotów. - szepnęła z triumfującym uśmiechem i wyprostowała się. Skinęła głową w stronę Dalii i wyszła z restauracji.

Takie małe, a takie bezczelne i niewychowane

Melissa  &  Caleb

                Caleb nie mógł spać przez rany na plecach i bolące żebra. Nałożył runy, ale nie dało to upragnionego skutku. Przy takich obrażeniach trzeba było je narysować kilkakrotnie. Wstał z łóżka i złapał za stele. Nakreślił ponownie runy. Odetchnął z ulgą, gdy poczuł, jak rany goją się w szybszym tempie. Spojrzał na zegar wiszący na ścianie i podniósł się z łóżka. Dochodziła szósta rano. Spał zaledwie dwie godziny, po tym jak wrócił połamany i Neal znowu zrobił mu wykład. Skierował swe kroki do pokoju, w którym stało pianino. Już kilka razy na nim grał. Podobało mu się, choć było inne od tego, które miał u siebie w Sydney. Usiadł przed nim i położył swoje długie palce na klawiszach. Zaczął grać jakąś melodię, która chodziła mu po głowie. Dopiero po chwili zorientował się, że gra "Imagine" Johna Lennona. Uśmiechnął się ironicznie. Ta piosenka była tak idealistyczna, że nierealna.
                Włóczyła się bez konkretnego celu pustymi ulicami miasta. O tej porze ludzie zaczynali wychodzić z klubów albo jechać do pracy. Latarnie powoli gasły, bo słońce wychodziło zza horyzontu i zaczynało oświetlać Los Angeles. Podczas swojej nocnej eskapady natknęła się tylko na jednego demona i zabiła go z głową w chmurach. Sztylety wsunięte za pasek Melissy były umazane w posoce Eluthieda, która nie była godna jej uwagi, potem ją zmyje. Cały czas chciało jej się śmiać, gdy uświadamiała sobie w jak beznadziejnej sytuacji się znajduje. Nie dość, że zawarła układ z Mrocznym, z którego musiała jakoś wybrnąć, to jeszcze Sam na nią czyhała, a Len odniosła obrażenia na wskutek Meva Watersa, gdy reszta była w lesie. Te ich 'prezenty' stały się łatwo przewidywalne, a Lenny chodziła teraz z wyrytymi inicjałami na brzuchu. Ludzie ją mijali, nie spojrzawszy na nią nawet, a Melissa zawędrowała do Instytutu. Ściągnęła skórzaną kurtkę i powiesiła ją na wieszaku przy drzwiach. Przeszła przez korytarz, ale stanęła gdy usłyszała dźwięk z pokoju muzycznego. Zatrzymała się w przedsionku i z założonymi rękami na piersiach oparła się o framugę drzwi. Wytrzeszczyła oczy, gdy zobaczyła kto siedzi przy pianinie. Caleb, odwrócony do niej tyłem, płynnie grał utwór, który dobiegał już końca. Stała wsłuchana w cudną melodię, nie zdolna do jakiejkolwiek uwagi. Nie chciała mu przerywać, ale gdy ostatecznie skończył, Melissa zaczęła klaskać. - Kolejny ukryty talent, Narcyzie? - posłała mu sarkastyczny uśmiech i weszła do środka. W pomieszczeniu było mnóstwo instrumentów, ale pianino tylko jedno i dotychczas grała na nim tylko Mel, więc można było powiedzieć, że stanowiło taką jej 'własność', o którą mogła walczyć zażarcie jak o miejsce przy kominku i ukochaną książkę.
                Muzyka uspokajała go i porywała w świat, od którego tylko on miał dostęp. Jego własny świat. Wszystko było tam idealne i mógłby nie wracać do ponurej rzeczywistości, gdyby nie idiotyczne założenie, że musi uratować świat. Jeśli nie udało mu się uratować wszystkich, dręczył się tym, uważając, że to jego wina. A muzyka była prosta. I to ona ratowała jego, nie na odwrót. Nie usłyszał kroków, ponieważ tak pochłonięty był grą. Zawsze dawał z siebie wszystko. Chciał, by matka była z niego dumna nawet po swojej śmierci. Gdy grał, czuł jej obecność. Skończył jeden utwór i chciał zacząć grać kolejny, ale nie wiedział jaki. Nagle usłyszał klaskanie. Odwrócił się gwałtownie na dobrze znany mu głos. Zbyt gwałtownie. Żebra go znowu zabolały. Nie mrugnął nawet na przeszywający go ból, jednak wciągnął powietrze do płuc z cichym świstem. Przyłożył dłoń do boku, ale zrobił to na tyle nonszalancko, by dziewczyna niczego nie zauważyła. - Tak mało o mnie wiesz, skarbie - wyszeptał, przesłodzonym głosem. Zmrużył oczy i z sarkastycznym uśmiechem, przyglądał się jej uważnie. - Nie daję publicznych koncertów. Idź sobie - wyganiał ją. Czy Melissa musiała być wszędzie? - Grzeczne dziewczynki już zabiły wszystkie demony i śpią. Mogłabyś wziąć z nich przykład, a nie szpiegować mnie - stwierdził, po czym odwrócił się ostrożnie, ale niezbyt wolno, do pianina i czekał, aż sobie pójdzie.
                Niemal niezauważanie się uśmiechnęła. Niemal na każdym kroku odkrywała jakąś cechę, którą Caleb za wszelką cenę chciał ukryć. Była chyba dobrym detektywem i ninją, a teraz z powodzeniem mogłaby powiedzieć Yennefer ,,a nie mówiłam". W sumie nie wiedziała dlaczego skrywa czytanie książek i grę na pianinie, ale miała zamiar się tego dowiedzieć. Jak to Melissa. Gdy ją wygonił, udała smutną minę, ale podeszła bliżej chłopaka. Położyła swoje dłonie na jego ramionach i pochyliła się. - Ty też mało o mnie wiesz, Narcyzie. - wyszeptała mu do ucha. Nie miała zamiaru nigdzie iść. Dzień nadchodził, a kolejna zarwana noc w tą czy w tamtą nie robiła różnicy, zwłaszcza, że nie chciała mieć kolejnych koszmarów. Niedługo zbliżała się pora na poranne treningi. Melissa usiadła obok Caleba na ławie do pianina. Przez chwilę nic nie mówiła. Po prostu siedzieli obok siebie, Nocny Łowca wpatrzony w pianino, a Melissa na klawisze. Kusiło ją by zagrać cokolwiek, choćby podstawową symfonię. Nie grała odkąd Lenny była w śpiączce, a Yen przesiadywał u Kaia. - Od dawna grasz? - Zilustrowała blondyna wzrokiem. W jej głowie narodziła się pewna myśl i chęć do rywalizacji. Sama grała na pianinie wręcz od urodzenia i mogłaby urządzić sobie z Calebem małe zawody. Już nawet wiedziała co zrobi, gdy przegra, a była pewna, że tak się stanie.
                Zdecydowanie nie była dobrym detektywem. Tym bardziej nie ninją. Miała po prostu szczęście i tyle. Gdyby była dobrym detektywem zauważyłaby, że nie czuje się najlepiej, a ona nie wydawała się zwrócić uwagi na jego ostrożne ruchy. Widocznie był lepszym aktorem niż przypuszczał. Na moment wstrzymał oddech, gdy położyła ręce na jego ramionach. Nie była zbyt delikatna, a on był obolały. W pokoju robiło się coraz jaśniej. Melissa usiadła obok niego, gdy ten naciskał palcem na klawisz. Powstrzymał się i spojrzał na nią. Patrzyła na klawisze, jakby chciała zagrać. Zamrugał. Przez moment w tym porannym świetle przypomniała mu kogoś mu bliskiego.- Niedługo - odpowiedział krótko na jej pytanie. W pewnym sensie nie skłamał. Dla niego te kilkanaście lat nie było zbyt długim okresem czasu. Im będzie starszy, tym lepiej będzie grał, ale nigdy nie przyzna, że długo gra. Nieważne ile lat dla niego i tak będzie to za mało. Uśmiechnął się sarkastycznie. - Masz zamiar mi urządzić jakiś pokaz, jaka jesteś świetna? - spytał, unosząc prawą brew.
                Melissa prawie nigdy nie miała szczęścia, a wręcz przeciwnie. Odkąd pamiętała znajdowała się niesprzyjających sytuacjach albo skręcała w nie ten zakręt i wpadała w kłopoty, z których zwykle ratowali ją inni, a ona nie miała okazji ich uratować. Długi wdzięczności rosły, które po części już pospłacała. Uniosła brew, gdy usłyszała odpowiedź Caleba. Sądząc po tym jak płynnie grał, musiał trenować parę lat. - A szkoda. - powiedziała smutnym tonem, udając, że zaakceptowała stan rzeczy. - Myślałam, że zmierzysz się ze mną, ale skoro grasz niewiele... -  Westchnęła i spojrzała na twarz Caleba. Melissa miała tą przewagę, że Nocny Łowca nie wiedział jakie ma umiejętności. Miała nadzieję, że połknie haczyk i przyjmie wyzwanie. Chciała zobaczyć Caleba w roli gosposi, w klasycznym ubraniu domowym z różowym fartuchem i mąką na rękach. Musiałby spełnić jej warunek, gdyby przegrał, czego Melissa była niemal pewna. - Założę się, że gram o niebo lepiej od ciebie. - Uśmiechnęła się do niego wyzywająco. Dawno z nikim o nic nie rywalizowała, chyba, że dość niedawno o patyka z Danem, aby mogła go nim dźgać.
                Jeśli umiała grać, musiała zauważyć, że nie był początkujący. Nie pokazał praktycznie nic ze swoich umiejętności, ponieważ ten utwór nie był zbyt trudny, ale nawet w takich momentach, widać manierę, której uczą się pianiści przez lata. Jej udawany smutny głos go rozbawił, ale kąciki ust zaledwie mu drgnęły. Chyba tylko Neal zauważyłby to. Mel jeszcze nie znała go na tyle, a aż tak spostrzegawcza nie była. - Tak mi przykro, księżniczko, że cię zawiodłem - mruknął, mrużąc oczy i nachylając się w jej stronę. Pachniała krwią, ziemią, nocą i czymś czego nie umiał określić, ale pomyślał o domu. Gdyby zbliżył się jeszcze odrobinę, dotknąłby nosem jej ucha. - Ja nie przegrywam - wyszeptał z przebiegłym uśmiechem igrającym na jego ustach. Myślała, że zna jego umiejętności. Myliła się. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się wyzywająco. Caleb przechylił nieznacznie głowę, przyglądając jej się uważnie. Mogła mu dorównywać, ale raczej była gorsza od niego. Ćwiczył zbyt ciężko, by z nią przegrać. Chciał być najlepszy dla swojej mamy. - Co bym z tego miał?
                Zauważyła jego ruch, gdy zaczął się do niej nachylać. Nie odsunęła się, nigdy się nie odsuwała, zawsze to ona odpychała jakąś osobę od siebie. Poczuła jego oddech na swojej skórze i jego zapach, który skupiał na sobie przez chwilę jej myśli. Oczami wyobraźni mogła ujrzeć jego uśmiech. Już miała go od siebie odepchnąć, gdy sam się odsunął. - Zależy od tego co byś chciał mieć. - Uniosła brew. - Mały zakład, konkretne warunki, - Mel z natury znajdywała sposoby, aby spełnić jakiś warunek, ale bez całkowitego wykonywania go. Gdy ktoś powiedział, że chciałby się z nią spotkać, przyszła i po chwili poszła. Spotkanie było, ale nikt nie mówił o rozmowie. - bez marudzenia przy spełnianiu wymogów. - powiedziała i spojrzała na Caleba wyczekująco. Sama grała od małego, uczyła ją matka, która była urodzonym pianistą, a Mel z łatwością rozpoznawała nuty i uczyła się symfonii. Z łatwością pokonałaby Nocnego Łowcę. Wiedziała o tym doskonale, ale dała mu cień szansy na wygraną. W końcu nie chciała uchodzić za zbyt pewną siebie, jak Belleshade. Powinien zaprzyjaźnić się z Herondale'm, Caleb mógłby dołączyć do Klubu Wzajemnej Adoracji.
                Nie odsunęła się, gdy się nachylił. Zaskoczyła go. Zazwyczaj dziewczyny albo się na niego rzucały, albo odsuwały się speszone. Nie było niczego pomiędzy. Odsunął się więc niewzruszony. Wysłuchał jej propozycji. Zakład? Z nią? Brzmiało ciekawie. Do gry przykładał się równie mocno, o ile nie bardziej, jak do treningów. Gdyby się zastanowić, nie umiał powiedzieć, czy lepiej walczy, czy gra. Obie te rzeczy były nieodłączną częścią jego życia. Uśmiechnął się przebiegle. - Kiedyś - zaczął, spoglądając na nią kątem oka, ponieważ już siedział przodem do instrumentu. - Upomnę się i będziesz musiała spełnić jedno moje życzenie bez marudzenia - oznajmił, nie wiedząc dokładnie, czego mógłby chcieć od niej w tej chwili. Lepiej było zachować swoje życzenie na później. - A ty czego chcesz, jeśli wygrasz? - spytał, po czym zaśmiał się krótko. Był pewny siebie. Jak zawsze z resztą. Nie mógł pozwolić sobie na przegraną. Zerknął jeszcze na nią przelotnie, po czym z pełną powagą wymalowaną na twarzy, zaczął grać utwór "Dla Elizy" Beethovena. Jego siostra go nienawidziła, więc grał go jej na złość. Nie mógłby się pomylić. Z początku utwór zaczynał się niepozornie, ale po chwili doszedł do trudniejszych partii. Czekał aż dziewczyna mu przerwie swoją grą. Mogła albo kontynuować, albo zacząć inny utwór. Nie omówili dokładnie szczegółów tej potyczki, ale jasnym było, że ten kto się pomyli, przegra.
                Te jego 'kiedyś' brzmiało zdecydowanie tajemniczo i Mel nie mogła przewidzieć co wtedy by zażądał, ale jak to ona, zgodziła się. Nie było chyba razu, żeby nie przystała na zakład, który zwykle wygrywała. Oczywiście sama proponowała wyzwania, gdy chciała wydobyć od kogoś coś konkretnego. - Będziesz robił przez miesiąc za gosposię domową. - Uśmiechnęła się w jego stronę. - No wiesz... Różowy fartuch, mąka na rękach, lśniący Instytut... - Lizz nie było i nie miał kto zadbać o odpowiedni personel. Ludzie się pozwalniali, bo nie sposób było dogodzić dwudziestu Nefilim. Melissa obróciła się przodem do instrumentu i skinęła Calebowi głową, aby zaczął grać. Spojrzała na jego dłonie. Gdy usłyszała pierwsze dźwięki była już pewna jaki utwór gra. "Dla Elizy" nie było jej ulubioną piosenką, bo w końcu nic nie zastąpi ,,Sweather Weather", ale była przyjemna dla uszu. W odpowiednim momencie zaczęła grać tą dość trudną część. Zdawało jej się, że pomyliła jeden dźwięk, bo dawno nie ćwiczyła tej melodii, ale pewnie tylko jej się zdawało. Caleb nie był na tyle doświadczony, aby wyłapać jeden, zły dźwięk, zwłaszcza, że nie był odczuwalny w utworze. Rozbrzmiały ostatnie dźwięki, a po chwili Melissa oznajmiała już, że jest remis. Caleb zagrał czysto i nie miała mu nic do zarzucenia.
                Nie zdziwił go jej pomysł. Oczekiwał czegoś, co miałoby go upokorzyć, ale przecież był Calebem Belleshadem i nie przegrywał. Od kilku lat wszystko mu się udawało i nie miał to być wyjątek. Nie mylił się, że mu się uda. Dziewczyna w pewnym momencie popełniła błąd. Wyłapał go, chociaż nie znał za dobrze nut do tej piosenki. Gdyby nie grał, od kiedy pamiętał, nie usłyszałby tego drobnego błędu. Zaskoczyło go to, że dziewczyna się pomyliła. Zwłaszcza po jej przechwalaniu się. Jeszcze bardziej zaskoczyło go jej przyznanie się do błędu. Ale jaki remis? Przecież to on wygrał. - Księżniczko, chyba ogłuchłaś od swojego fałszu - stwierdził, unosząc prawą brew. Zamrugał. - Przegrana jest przykra, ale trzeba umieć się do niej przyznawać.
                Pokręciła z rozbawieniem głową, obracając się do Caleba. - Nie Narcyzie. Oboje zagraliśmy swoją część dobrze. Zawody nierozstrzygnięte. - czy on jej właśnie wytykał błąd, którego prawie nie było? Wiara w siebie ponad wszystko. - Trzeba przyznawać się do przegranej? - uniosła brew z rozbawienia. Jeśli nie zgadza się na remis, Melissa postawiła na inną kartę.- Mam ci już naszykować różowy fartuch czy zaczniesz od jutra? - zagrała tę trudniejszą część, więc to jej przysługiwała wygrana. Łatwiej się w niej było pomylić, a to było tylko półtonu, bo palec powędrował na nie ten klawisz. Z kolei, gdyby Caleb zagrał utwór ,,Sweather Weather" sam by się pomylił. - Przyznaj to, Narcyzie, jestem od ciebie lepsza, ale nie przyjmujesz tego do świadomości. - Panu Wspaniałemu, który bezproblemowo rozstawił namiot w lesie czy zadbał o jedzenie, korona by z głowy nie spadła, gdyby powiedział ,,Wygrałaś" i pogodził się z porażką.
                Uniósł brwi z rozbawieniem. Prawie prychnął na jej słowa. - Takie małe, a takie bezczelne i niewychowane - skomentował jej zachowanie. - Nie nauczyli cię wywiązywać się z zakładów? Jeśli nie umiesz grać bezbłędnie, mogłaś się w to nie pakować - dodał, po czym wstał z rozmachem. Oparł się jedną dłonią o pianino i spojrzał wyzywająco na dziewczynę. - Mnie nauczono pewnych zasad. Na przykład dotrzymywania słowa - prawie krzyknął. Przełknął ślinę. Oddychał szybko i niemiarowo. Napłynęły do niego wspomnienia, które wypierał. Treningi z siostrą, nauki ojca, pomoc matki. Kochał ich, a oni odeszli i pozostawili po sobie tylko to, co mu wpoili. Jedna z tych rzeczy była sprawiedliwość. - Jestem od ciebie lepszy, ale nie przyznasz tego, bo jesteś bardziej zadufana w sobie niż ja! - Chciał wytknąć jej wszystko. Uniósł palec wskazujący i dźgnął ją w ramię. Brwi miał zmarszczone, a szczękę zaciśniętą. Melissa doprowadzała go do szału bardziej niż ktokolwiek inny.
                Mała? Była od niego tylko o pół głowy niższa, ale jej charakter nadrabiał stracone centymetry. - Masz jakąś paranoję na punkcie manier i dobrego wychowania? - Łypnęła na niego spode łba. Na każdym kroku wytykał jej nieodpowiednie zachowanie. Była Nefilim, wojownikiem, a nie francuską damą, która pije herbatkę nie dostawiając małego palca. - Wywiązuję się z zakładów i dotrzymuję słowa. -  Warknęła, też wstając. Caleb jej w ogóle nie znał. Nie wiedział co przecierpiała w swoim własnym domu, nie wiedział, że potrafiła być empatyczna i delikatna, nie wiedział, że brała udział w wojnie, z której przeżyła tylko trójka Nocnych Łowców. Do tej pory budziła się w nocy z krzykiem i zlana potem, bo dotychczas obwiniała się o śmierć Gabrielle. - Ja jestem bardziej zadufana niż ty? - Otworzyła usta ze zdziwienia i zacisnęła ręce w pięści. - To ty świata poza sobą nie widzisz! Zawsze musisz wszystko umieć i bohatersko brać na siebie ciosy! Jesteś skończonym idiotą! - Wrzasnęła, odchodząc od instrumentu. Nie chciała go w końcu zniszczyć. W pewnym momencie blondyn dźgnął ją palcem w ramię. Tego było już za wiele. Popchnęła go, a Caleb poleciał do tyłu na ścianę. Zacisnęła dłonie na jego koszulce, przyszpilając go do ściany. - Przestań zachowywać się jak pępek świata! Wiem jak brzmi "Dla Elizy" i nie popełniłam błędu, które i tak wytykasz mi na każdym kroku! - W tej chwili Melissa pragnęła znaleźć się na sali treningowej, aby mogła dać ujście złości, albo Yen powinna się zjawić, aby ją jakoś uspokoić. Caleb niesamowicie łatwo wytrącał ją z równowagi.
                Nie rozumiał takich dziewczyn. Jak na razie tylko Jasmine i Melissa były na tyle bezczelne i niewychowane. Nie miał świra na punkcie manier, ale odrobina ich by im nie zaszkodziła. Doszukiwał się ich zachowania w imionach, które nijak do nich pasowały i w sumie miały ze sobą coś wspólnego. - Zostałem dobrze wychowany - odpowiedział na jej zarzut. - Może szanowanie starszych według ciebie to też obsesja? - Co z tego, że była Nefilim. Wszyscy powinni znać choć odrobinę manier. - Gdyby tak było, skarbie, przyznałabyś mi racje - skomentował jej kolejną wypowiedź przesłodzonym głosem. Gdy zaczęła na niego krzyczeć, przewrócił oczami ze zrezygnowaniem i parsknął sarkastycznym śmiechem, przez co na moment stracił czujność. - Gdybym nie wziął na siebie tego ciosu, nie miałbym nikogo - zdążył stwierdzić, myśląc o Nealu, gdy nagle dziewczyna pchnęła go na ścianę, która była dwa kroki za blondynem. Mógł z łatwością zdjąć jej ręce ze swojej koszulki, ale ból pleców go na moment ogłuszył. Nie chciało mu się nawet. Ona nie popełniła błędu niby? A on go popełnił w graniu "Dla Elizy"? Gdyby nie fakt, że wybrał akurat tę piosenkę, nie zdenerwowałby się pewnie, mimo że dziewczyna zareagowała aż tak emocjonalnie. Albo tylko on ją wytrącał z równowagi, co mogło oznaczać wiele rzeczy, albo rzeczywiście potrzebowała się napić czegoś na uspokojenie. - Nic nie wiesz - wyszeptał, a przed oczami stanął mu obraz jego siostry. - Grałem ten utwór od kiedy pamiętam, ponieważ denerwował on moją siostrę. Nienawidziła go, a ja lubiłam ją wkurzać - gdy mówił, nie patrzył na dziewczynę, jednak nagle zerknął na nią, a na jego twarzy malował się ledwo widoczny smutek, który przeszywał go ze znacznie większą siłą, niż mógłby przyznać. - Grałem go nawet po jej śmierci w nadziei, że go usłyszy - to były ostatnie słowa, których nie wykrzyczał. Nagle złapał ją za nadgarstki, ignorując ból pleców i żeber. Odsunął ją od siebie, ale nie puścił jej, tylko z gniewem wpatrywał się w jej wielkie oczy. - Nie mogłem się pomylić, ponieważ to znaczyłoby, że zapomniałem. Nie mogę sobie na to pozwolić! - oddychał ciężko i jakimś cudem był nieco bliżej Melissy niż chwilę wcześniej. Między nimi zaczęło rosnąć napięcie, które zignorował.
                Przez chwilę zobaczyła cień bólu na jego twarzy. Jak mogła wcześniej nie zauważyć. Caleb był ranny, najwyraźniej po walce z demonami, a Mel bez najmniejszej uwagi kładła mu dłonie na ramiona i pchała go na ścianę. Cóż, takie rzeczy się zdarzały. Dobre tyle, że nie miała broni pod ręką, pamiętała jak kiedyś rzucała sztyletami w Joela, który wkrótce po tym przeniósł się do innego instytutu. Gdy zdążyła się zatracić w gniewie, co wykazała przy Calebie było tylko rąbkiem jej skumulowanej wściekłości i irytacji, uspokoić potrafiła ją tylko Yen i Len. Zignorowała chwilowy widok bólu, który zdążył przysłonić już nową maską na twarzy. Mógłby już przestać dręczyć jej sumienie, ale on za każdym razem musiał obnażyć przed Melissą nową twarz. Poluźniła chwyt, gdy zaczął mówić o siostrze. Już wiedziała do kogo należał pierścionek wiszący na jego szyi. Melissa nie przyznawała się do porażki czy do błędu, to nie leżało w jej naturze. Dziewczyna też mogła zacząć mówić, jak to prześladuje ją dziecięcy głosik, krzyczący jej imię, a ona patrzy jak sześciolatkę rozrywają w pół wilkołaki. O tym co ją spotkało wiedziała tylko Lizz i Yen i tak miało pozostać. Mel rzadko się nad sobą rozczulała czy pozwalała słuchać pustych słów pocieszenia od innych. Lepsze było zwykłe "Pozbieraj się", niż "Wszystko będzie w porządku". - Ty... - Nie dokończyła, bo Caleb chwycił jej nadgarstki. Nie starała się nawet wyrwać rąk, choć gniew jej nadal nie opuścił, po prostu stała i go słuchała. Pochwyciła jego gniewne spojrzenie. Czy już je wcześniej widziała? Przypomniała jej się sytuacja na dachu katedry, mimowolnie przeszły ją dreszcze. Nagle chłopak znalazł się bliżej niej. - I dzięki twojej historii, mam przyznać ci wygraną? - Czy opowieść o tym, jak stracił siostrę ją złagodziła czy poruszyła? Melissa nie ujęłaby tego w ten sposób, ale po części go rozumiała. Jeszcze bardziej zmniejszyła między nimi dystans i spojrzała mu prosto w zielone oczy. - Niedoczekanie twoje. - Wyszeptała z uśmiechem i starała się oswobodzić ręce z jego uścisku. Zamierzała opuścić to pomieszczenie, napięcie między nimi zbyt się podniosło.
                Był ranny, ale nie chciał, by zwróciła na to uwagę. Miał opatrzone plecy, a kawałki szkła już w nim nie tkwiły. Chyba jednak wolałby leżeć w szpitalnym skrzydle, niż kłócić się z dziewczyną. Denerwowała go, jak jeszcze nikt kiedykolwiek. Zastanawiał się, co było przyczyną tej złości. Chyba wciąż był nabuzowany po kłótni z Nealem, który zobaczył jego rany. Nie miał kiedy się pozbyć tego uczucia, palącego go od środka. Przez najbliższe dwa dni nie mógł ćwiczyć. Brakowało mu treningów, a wsparcie parabatai było zerowe, ponieważ cały czas narażał się dla innych. W tym momencie puściły jego opory, których naprawdę nie było wiele. Przydałaby mu się Dalia. Ona działała na niego kojąco. Zdecydowanie by się przydała właśnie w tej chwili. Miał ochotę uderzyć Melissę, ale była mimo wszystko dziewczyną. Strasznie bezczelna i arogancka, może nawet bardziej niż on, ale jednak dziewczyną, a płci pięknej się nie powinno bić. Jego gniew rósł z każdym jej słowem. Prychnął. Juz nie wiedział, jak ma zareagować poza tym, że zacieśnił chwyt na jej nadgarstkach. Była silna, ale on był nieco silniejszy i dawało mu to przewagę. - Czy ty naprawdę jesteś taka głupia? - prawie krzyknął jej w twarz, komentując jej słowa. Miał ochotę ją rzucić na ścianę, żeby ją zabolało. Nie zrobił tego. Gdy próbowała się oswobodzić, przyciągnął ją bliżej siebie, a ich twarze dzieliły milimetry. - Czasem jestem zbyt szczery. Nie wiem, po co to powiedziałem - wysyczał. - Ten utwór jest dla mnie czymś więcej, a ty wmawiasz mi, że popełniłem błąd. Jak bardzo zadufanym w sobie trzeba być? Jesteś tak wkurzająca, że doprowadzasz mnie do granic wytrzymałości - stwierdził, wpatrując się z gniewem i czymś jeszcze prosto w jej oczy. Zabrakło mu już słów. Chyba nie wiedział, co robi. Ból go otumanił, a emocje przyćmiły jego rozsądek. Nie wierzył, że to zrobił. To wina tego napięcia między nimi. Pocałował ją.
                Runa siły była mocno przereklamowana. Melissa była Nocną Łowczynią, ostro trenowała, a Znak powinien podwoić jej siłę, ale Caleb zacisnął mocniej uścisk i nie mogła wyrwać nadgarstków. Najwyraźniej nie działała w stosunku Nefilim płci męskiej. Chciała się odsunąć, ale Caleb przyciągnął ją bliżej siebie. - Szczery? - uniosła brew. To słowo nie pasowało do ukrywającego czytanie Caleba. Otworzyła szerzej oczy. - Ja jestem zadufana w sobie?- wkurzająca może była, ale nie zadufana, po prostu nie przyznawała się do błędów. - To ty cały czas ukrywasz się za swoimi maskami! - Posłała mu wrogie spojrzenie swoich ciemnych oczu. Miała ochotę wytknąć mu wszystko, co ją w nim irytowało, a było tego całkiem sporo, zaczynając na przyjmowaniu na siebie ciosów, a kończąc na jego magnetycznym spojrzeniu. Nastała między nimi cisza. Melissa już miała jakoś wyrwać ręce i wyjść z pomieszczenia, bo czuła jak na jej twarz wpływa rumieniec od tak długiego taksowania siebie wzrokiem. Nagle Caleb zrobił coś, czego by się nawet nie spodziewała. Ich usta się zetknęły. Z początku stała, zbyt oszołomiona. Czuła się jak tykająca bomba. Jej wszystkie emocje zlały się w jedno. Wściekłość wymieszała się z dezorientacją. Oddała pocałunek. Sama właściwie nie wiedziała czemu. Położyła ręce na jego klatce piersiowej i zamknęła oczy. Jej mięśnie się rozluźniły, nawet nie wiedziała kiedy je napięła. Po chwili jednak odzyskując zdrowy rozsądek, odepchnęła Caleba gwałtownie. Stała przez chwilę starając się złapać oddech, a na jej policzkach ukazał się rumieniec. Potem z całej siły uderzyła go prawym sierpowym w twarz. - Co to miało być?! - Pokręciła głową z dezaprobatą i wyminęła Caleba, kierując się w stronę wyjścia.
                Gniew, jaki go ogarnął był niesamowity. Jeszcze nigdy nie był w swoim życiu aż tak zły na kogoś. Nie wiedział, czy to wina samej dziewczyny, czy może to była kumulacja jego uczuć. W dodatku Neal znowu mu wytykał, że nie powinien narażać się dla innych tak często. Miał trochę racji. Jeśli Caleb dalej tak będzie się narażał, w końcu suma obrażeń będzie za duża do zniesienia. Ale w tym momencie to go nie obchodziło. Gdyby gniew był ciałem stałym, wypełniłby ten pokój, zgniatając wszystko i wszystkich. Na jej słowa tylko prychnął i zbliżył się jeszcze bardziej, jakby mógł ją zabić spojrzeniem. - Niektórzy tylko tak umieją żyć - stwierdził jeszcze, zanim ją pocałował. Oboje byli jak tykające bomby, które potrzebowały ujścia dla swoich emocji. Ale nie tylko dlatego ją pocałował. Caleb nigdy z takiego powodu nie pocałowałby dziewczyny. Zdziwił się nieco, gdy oddała pocałunek. Przez moment jeszcze trzymał jej nadgarstki, ale uchwyt zelżał na tyle, że dziewczyna mogła położyć swoje dłonie na jego klatce piersiowej. Po chwili jednak ocknęła się. A było już tak przyjemnie. Kiedy ujrzał jej rumieńce, uśmiechnął się z niedowierzaniem. Czy oni właśnie naprawdę się całowali? Caleb nie spodziewał się kompletnie tego, co nastąpiło. W jednej chwili się uśmiechał, w drugiej jej pięść była na jego twarzy. Zrobił krok w tył i uderzył ponownie plecami o ścianę. Położył dłoń na bolącym oku. Nawet nie zwrócił uwagi na to, że dziewczyna już wyszła. - Czemu w twarz? - mruknął do siebie ze zrezygnowaniem, po czym skierował się do skrzydła szpitalnego.