shadowhunters
Wszystko skończyło się szczęśliwie. Demoniczny kielich został zniszczony, Mroczni Nocni Łowcy pokonani, a nowe porozumienia zawarte. Na świecie zapanował pokój, a wszyscy uradowani opuścili Idrys wracając do swoich Instytutów. Głos w Twojej głowie zaśmiał się. Najlepiej by było, gdyby Demony nie ruszały się ze swojego wymiaru i nie atakowały, biednych, głupich Przyziemnych. My, Nocni Łowcy, stworzeni przez Anioła Razjela, mamy brać na swoje barki ciężar tego świata, zapobiegając wszelkim konfliktom i wojnom. Ulepszeni runami i nafaszerowani treningami, walczymy z demonami i Podziemnymi.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nate Crow. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nate Crow. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 maja 2016

"Just look at him. He should be illegal."

+16 
Uwaga, brukowy.
N a t h a n i e l  Nightcrawler  C r o w
| NEPHILIM |
- Even God makes mistakes (...)

| NOCNY ŁOWCA |
- (...) because he should rather be a demon!

| NA KARKU 23 LATA HARTU |
- How might this happen, Crow? With age, you're more and more foolish! 

| OSZALAŁ NA PUNKCIE DIANY LEVITTOUX |
- There is no you and me no longer. Now we are. 

| RÓWNOWAGA, SIŁA, SZYBKOŚĆ, ZRĘCZNOŚĆ, PARABATAI |
- Are you sure you're not a fuckin' vampire?

♦♦♦  C h a r a k t e r  ♦♦♦
- Puszczaj mnie, Ty cholerny... Dupek! Drań! Skurwiel! Pojebany zboczeniec!

Szablonowy bad boy. Ma w sobie zwierzęcy magnetyzm, podsycany jeszcze niezrównanym urokiem osobistym. Potrafi tak omamić potencjalną zdobycz, że ta nie ma nawet pojęcia, że właśnie jest przezeń zdobywana, a kiedy zdaje sobie z tego sprawę, nie czuje nawet ochoty, by się wycofać. Crow nigdy nie kryje się z tym, że jakieś dziewczę wpadło mu w oko, nigdy też nie traktuje takich pseudo związków poważnie. Są niczym więcej jak grą, która ma go zaspokoić i dać satysfakcję. Nawet szczególnie się przy tym nie stara, nie musi, bo i po co? Rzadko zdarza się, by sięgał po coś więcej niż płonące spojrzenie czy drapieżny uśmiech. Jego kusząca powierzchowność doprawiona paroma pochlebnymi uwagami z reguły wystarcza, tak jakby zdobywanie serc miał we krwi. Gdy jednak prostota nie zdaje egzaminu, potrafi być tak ułożony i szarmancki, jak nie mógłby być żaden wymarzony facet. Gdyby chciał, mógłby wywrzeć piorunujące wrażenie na najbardziej wymagających rodzicach, czego już raz w życiu dowiódł, tylko po to by udowodnić, że nie ma czegoś, czego nie mógłby mieć, jeśli tego właśnie zapragnie. Jeśli trzeba, jest również zdolny stworzyć iluzję miłości, która pęka niczym bańka "następnego dnia rano", gdy orientujesz się, że na poduszce obok pozostał po nim jedynie ten pociągający zapach. Z reguły bywa jednak dupkiem i oportunistą, bo tak jest prościej. Zacięty, nieustępliwy, apodyktyczny. Ślepo podążający za impulsem sadysta. Podnieca go ból, niezależnie od tego czy zostanie zadany jemu, czy też przez niego, przemoc natomiast nierzadko służy mu za rozrywkę. Cierpienie? Cool, najlepiej w zestawie z frytkami. Mógłby być Mrocznym, z którym często bywa utożsamiany - pożąda i nienawidzi. Na szczęście nie jest - troszczy się i dba. Anielska Runa chroni go przed zatraceniem i nie pozwala opowiedzieć się za złem, które niechybnie by wybrał, gdyby nie był Nephilim. Zdolność do przeżywania głębszych uczuć, choć skrzętnie przez niego tłamszona i kryta, wyłazi na wierzch w obecności Seta i Diany. Crow mimo głębokiej, braterskiej więzi jaka łączy go z jego parabatai i uczuć jakie zaczynają się w nim żarzyć wobec pięknej Francuzki nadal zdaje sobie sprawę, że im więcej czujesz, tym łatwiejszym jesteś celem. Wie też, że właśnie oni stanowią jego jedyne słabe punkty - innych dotychczas nikomu nie dane było poznać, bo Nathaniel całkiem zręcznie ubiera się w kreację ideału, tym samym nie dopuszczając absolutnie nikogo do swoich słabości i wad - łącznie z samym sobą. Nie istnieją dla niego, zatem nie istnieją też dla wroga. Ponadto cechuje go niesamowita pewność siebie i cholernie rozrośnięte ego. Jest dumny, zbyt dumny, wręcz całym sobą działa Ci na nerwy do tego stopnia, że nabierasz ochoty by na dzień dobry przypierdolić mu w tę pogardliwie uśmiechniętą gębę. Nie wie co to umiar, chętnie popada ze skrajności w skrajność. Z używką za pan brat - od seksu począwszy i na alkoholu kończąc. Warto napomknąć, że jest cierpliwy, kiedy mu się chce, bo jaki byłby z niego złodziej, gdyby nie potrafił czekać na odpowiedni moment? Częściej jednak daje się ponieść, lubi to, ten brak kontroli. Zdarza się, że doprowadzony do ostateczności dosłownie wybucha, jest wtedy nieposkromiony w swoim gniewie i agresji, nie do powstrzymania w amoku. Targają nim wtedy emocje tak silne, że zwykle potem nie pamięta, co tak właściwie zrobił i dlaczego. Do tej pory szewska pasja ogarnęła go zaledwie parę razy, można by je zliczyć na palcach jednej ręki, bowiem stara trzymać się w ryzach. Nie lubi żałować, bo będąc w połowie aniołem jest do tego zdolny, nawet jeśli Ty nigdy tego w nim nie dostrzeżesz. Czasem twierdzi, że anielskie pochodzenie jest dla niego udręką, że sumienie go krępuje, pozwala sobie myśleć, że Nocni Łowcy nie powinni posiadać sumienia - jak łatwe byłoby wtedy życie! Wizja końca tudzież cierpienia nie budzą w nim niepokoju. Jego jedyna fobia, to fobia... Przed starzeniem się. Nie wyobraża sobie siebie, starego i niedołężnego, uzależnionego od innych. To jedyna rzecz jakiej się obawia, bo jest odporny na ból i przygotowany na śmierć, dlatego bierze od życia garściami, by patrząc w czarną otchłań móc szczerze powiedzieć: "Kurwa, było zajebiście." Niektórzy mówią, że jego odwaga zakrawa o głupotę, ale puszcza to mimo uszu, tak jak wszystko co jest niewarte uwagi. Drapieżny i zezwierzęcony. Zepsuty do szpiku kości, chory w najgorszym możliwym tego słowa znaczeniu. Sam zatarł sobie prawidłowy podział między dobrem a złem, nie tracąc przy tym jednak zdolności klarownego myślenia, co czyni go szalenie niebezpiecznym. Co ciekawe, dobra strona odzywa się w nim tylko w momentach absolutnie krytycznych, pozwalając złej wieść prym na łamach jego jestestwa. Nazywany przez to "Bożą Pomyłką", mieści w sobie dwa wrogie obozy, które nieustannie toczą bój o jego duszę. Szala zwycięstwa przechyla się od czasu do czasu w stronę dobra, dzięki czemu nawet ten drań może być łagodny, spokojny i przepełniony bezwarunkowym ciepłem. Nie wierzysz, co nie? On jeszcze parę miesięcy temu też by nie uwierzył. Można również powiedzieć o nim niemal wszystko, ale nie się zarzuci mu słów bez pokrycia. Nate zawsze dotrzymuje obietnic - może dlatego tak rzadko je składa... Dominuje. Zawsze. A jeśli nie to zdominuje, nie ważne w jaki sposób. Najczęściej używa do tego po prostu brutalnej siły. Łącznie z potrzebą dominacji idzie również odpowiedzialność za innych, ale tylko okazjonalnie, zatem zaskoczeniem jest, gdy zdecyduje się zrobić coś dla czyjegoś dobra. Niektórzy mu mówią, że mógłby być dobrym przywódcą, on natomiast odpiera to salwą śmiechu, doskonale wiedząc że nawet jeśli na jego działaniach skorzysta ogół, zawsze chodzi o jego interes. Mniejszy, lub większy...

Ty to wszystko widzisz i wydaje Ci się, że go znasz, hahahaha. Nie matrw się. Crow za każdym razem udowodni Ci, że tak naprawdę w ogóle go nie znasz, bo to on z zamysłem serwuje Ci kolejne, skrzętnie dobrane pozory, pokazuje się w różnych maskach i zależnie od tego z kim przebywa może być łajdakiem, bohaterem, a nawet idiotą. Ten stan rzeczy utrzymuje się od tak dawna, że sam już nie wie kim rzeczywiście jest. Sam ledwie za sobą nadąża.

Free Image Hosting at FunkyIMG.com Free Image Hosting at FunkyIMG.com
♦♦♦  A p a r y c j a  ♦♦♦
♦♦♦  S p e c j a l n o ś c i ♦♦♦
♦♦♦ P o w i ą z a n i a ♦♦♦
♦♦♦  S a m o c h ó d ♦♦♦
                                                                                                                                                                                                                                 
Ale się naczekaliście, co? xD Ciekawe czy ktoś powstrzymał się od podglądania.
No to cześć! Z wielkim poślizgiem...

czwartek, 30 lipca 2015

(...) a zmęczenie da Ci siłę, by w końcu coś zmienić.

Nathaniel ciężko opadł na ławkę w sali treningowej. W łazience zdążył zaledwie schłodzić łeb pod bieżącą wodą. Zimne krople zbierały się w krańcach ciemnych włosów, strosząc bezładną szczecinę i opadając na nagie ramiona; kreśliły mokre ścieżki. Bił od niego żar zmęczenia, a zdawał sobie sprawę, że to dopiero początek. Potarł obity nadgarstek ze świadomością, że dziś będzie jeszcze musiał oprzeć na nim niejeden miecz, wydać dziesiątki cięć. Spoglądał, jak to się mówi, spod byka na rówieśników, którzy właśnie skończyli trening i rozchodzili się do swoich pokoi. Odetchnął głośno, zaplótł dłonie na gorącym karku i gnąc błyszczące od potu plecy wbił rozeźlone spojrzenie w podłogę. Nie mieli prawa odbierać mu czasu wolnego przed kolacją… Prawda? Należał mu się przecież jakiś odpoczynek. Gdzie ten cholerny nauczyciel, którego to zapowiedziała sama Głowa Instytutu? Dlaczego nie mógł kontynuować nauki razem z Setem i resztą? Indywidualny tok… Rzekomo go potrzebował, bo był za dobry by mieścić się w standardzie. Miał się wybić. Wyrobić własne ścieżki. Zostać prawdziwym Łowcą. Jak ojciec, który zakrawał niemal o legendę.

– Nathaniel… – usłyszał głos, który dał się nienawidzić już od pierwszego wypowiedzianego słowa. – Słysząc o Tobie, spodziewałem się zastać tutaj kogoś… Innego. 
Nie dało się nie zauważyć, że na ławce siedział nie kto inny, jak zmordowany wielogodzinnym hartowaniem, dziesięcioletni chłopak. Dotychczas zgarbiony, teraz wyprostował się, rzucając obcemu mężczyźnie zupełnie niechętne spojrzenie. Jego oczy były w tym świetle czarne jak smoła. Kogoś innego? On chyba stroił sobie żarty. Nate zbył uwagę grobowym milczeniem. Był wykończony. I tak trenował więcej niż inni, bo przecież nazwisko zobowiązuje.
– Jestem Peter. Od dziś… 
– Od dziś nie będę trenował z innymi. – przerwał jak zwykle bezczelnie brunet, czując w sercu nawarstwiającą się gorycz – A Ty będziesz mnie nauczał. Powiedz mi coś, czego nie wiem. Słysząc o mnie: kogo konkretnie się spodziewałeś? Herkulesa? – dorzucił z wyraźną kpiną, tak oschle i bezpośrednio, jakby w tym małym ciele siedział zgorzkniały starzec, a nie młody, pełen werwy duch. Było w nim coś zimnego, wręcz odstręczającego, coś czego nigdy nie chciałoby się doświadczyć ponownie od drugiego człowieka. Nefilim. Wszystko jedno.
– Wiem czego się nie spodziewałem - rozwydrzonego smarka. – odparł mężczyzna, szczerze zniechęcony takim wstępem. Obiecali mu doskonale zapowiadającego się młodego Łowcę, ostatniego dziedzica sławy potężnego rodu Nightcrawlerów, a nie jakiegoś niewyrobionego szczeniaka. – Wstawaj i chwytaj za miecz. 

Nie trzeba było powtarzać dwa razy. Nathaniel posłusznie wstał i wziął wcześniej oparty o ścianę miecz do ręki, choć szczególnie się z tym nie śpieszył. Poczuł jego ciężar na nadgarstku, w który jakieś pół godziny wcześniej głowicą przydzwonił mu Set. Oparł więc szpic o podłogę, by ukryć drżenie przeciążonej ręki. Spodziewał się instrukcji, jednak nieznajomy nie zamierzał z nim więcej rozmawiać. Podjął atak. Błyskawiczny i skuteczny. Dzieciak tak naprawdę nie zdążył zareagować, nie wiedział nawet co dokładnie się stało, bowiem sylwetka napastnika rozmyła się. W ułamku sekundy pokonała dzielące ich metry. Trafiony uderzył w ścianę, a potem z jękiem żelaza runął na podłogę. Miecz wypadł mu z ręki. Dałby sobie głowę uciąć, że jeszcze słyszy jak ostrze dzwoni obijając się o marmur. Nic podobnego. Po prostu przyłożył potylicą w beton. Pierwszym odruchem, mimo szoku, było ponowne chwycenie za broń. Oparł się na łokciu by od razu wstać, ale drętwe z przepracowania mięśnie pomału zaczynały odmawiać współpracy.
– Twój ojciec był doskonałym Łowcą i wielkim wojownikiem.  – mruknął Peter bez emocji.  – Na jego miejscu wstydziłbym się Ciebie. Trwonisz mój czas. 
Skurwysyn. Doskonale wiedział, gdzie ma bić. W Nathanielu coś się poruszyło i odbiło w jego spojrzeniu. Coś niewymownie złego. Niesamowite, jak niespożyte podkłady gniewu mógł nosić w sobie dziesięciolatek… Chłopiec przysunął miecz bliżej.
– Jeszcze nie mam run… – wycedził przez zęby, zaciskając dłoń na rękojeści. Dopiero teraz połączył fakty, to musiała być runa szybkości. Cios poniżej pasa. Atakować runą kogoś bez run to prawie jak kopać leżącego. 
– Demonowi też to powiesz? – ton był bezwzględny – Wstawaj, smarku!
Już ja Ci pokażę, przemknęło młodemu przez łeb. Ignorując sztywne mięśnie i palący nadgarstek pozbierał się z ziemi. Zachwiał się, więc podparł ciało mieczem, już chwilę potem stając w pozycji bojowej. W lekkim wykroku. Z otwartymi ramionami. Łokcie na zewnątrz. Klinga równo z linią mostka. Ten wysiłek uwidocznił uraz prawej ręki. Peter obszedł Nathaniela, mierząc go krytycznym spojrzeniem, jak sędzia rasowego psa na wystawie, co tylko zdezorientowało młodego Nefilim. Nagle wymierzył solidne uderzenie w nagie plecy, tak samo szybkie co poprzednie. Fala bólu zmusiła chłopaka do wyprostu, aczkolwiek tym razem milczał. Zbyt dumny na skargę. Nie był świadom tego, że wcześniej się pochylał.  
– Dlaczego pozwoliłeś mi zajść Cię od tyłu? Gdybym był demonem, byłbyś już martwy.
– Ale żyję. 
– Z tym podejściem już niedługo. Co z Twoim nadgarstkiem?
– Nic.

Kolejne zaskoczenie. Głowica, którą ułamek sekundy temu Peter trzymał w dłoni, uderzyła w bolący nadgarstek tak mocno, że Nate z obelżywym warknięciem wypuścił broń z ręki. Czy to był jakiś odpowiednik bicia linijką po łapach za kłamstwo? A ten facet? Jakim cudem wpuścili tu tego sadystę? Miał go uczyć, a nie katować!
– Musisz nauczyć się walczyć lewą ręką.  
– Dlaczego?
– Bo prawą zaraz Ci połamię. – nie zdążył na dobre zebrać się, by wypełnić swoje słowa. Wizja przewlekłego cierpienia była dobrą motywacją do obrony, a brunet zdążył zorientować się, że jego nowy mentor jest po prostu nieprzewidywalny i zdolny do wszystkiego. Nie chcąc ryzykować kolejnych urazów, wziął szybki wdech i sięgając po miecz, wykonał zadziwiająco wysokie kopnięcie z półobrotu. To wystarczyło, by wytrącić broń z ręki trenera. Stając znów twardo na nogach, Nathaniel przerzucił rękojeść do lewej dłoni i wysuwając w pełni sprawne ramię, zetknął szpic z grdyką Petera. Patrząc mu nieustępliwie w oczy, wystąpił o dwa kroki w bok po okręgu, by następnie ugiąć kolana i sięgnąć po leżący na ziemi miecz. Nie cofał przy tym własnego ostrza. Teraz dysponował dwoma.
– Nareszcie zachowałeś się jak na Nefilim przystało, Nathaniel. – nie można powiedzieć, że te słowa w jakikolwiek sposób podbudowały.
 – Poczułem się zagrożony. 
– Poczujesz się zagrożony jeszcze wiele razy i dlatego musisz umieć się bronić. 
– Bronię się doskonale. Właśnie Cię rozbroiłem. 

Peter uśmiechnął się pod nosem, po czym roztropnie cofnął o krok,  machnięciem ręki oznajmiając, że to koniec lekcji. Chłopak nie opuścił jednak gardy od razu. Był nieufny, a dodatkowo jego nauczyciel dał mu podstawy do tego, by mu nie ufać. To była jakaś paranoja… Mężczyzna przez chwilę skalował młodego spojrzeniem, starając się odgadnąć, o czym ów może teraz myśleć. Analizował jego czujną postawę, dochodząc do wniosku, że Głowa Instytutu nie rozminęła się z prawdą. Syn Richarda Nightcrawlera miał w sobie potencjał… Należało go jedynie wydobyć odpowiednim podejściem. Należało oszlifować ten surowy diament. 

– Być może nie przyniesiesz ojcu wstydu. Kochasz go? Kochasz swoją rodzinę? 
– Jasne, że tak. – odparł Nate, bez pomyślunku i pewnie, choć nie dało się ukryć, że nagła zmiana tematu solidnie zbiła go z tropu. Pomijając już to, że jego rodzina nie żyła od lat… Czy to jednak dawało mu powód, by ich nie kochać? 
 – Pamiętaj, że wolno Ci kochać jedynie zmarłych. Kochać żywych to słabość. 
– Moi rodzice się kochali… – mały Łowca zaoponował. Może go nie wychowano, ale miał wspomnienia. A w nich ojca, powtarzającego do znudzenia: „Musisz kochać rodzinę i bronić jej nawet za cenę życia, bo rodzina to wszystko co masz.” Więc… Teraz nie miał niczego? Poglądy ojca i trenera były zupełnie różne. Nie pokrywały się ze sobą i Nathaniel nie wiedział, za czym powinien się opowiedzieć. Peter zauważył tę chwilę wahania i natychmiast ją wykorzystał. 
– Kochali siebie, Ciebie i Twoją siostrę, a teraz nie żyją. Wiesz dlaczego?
– Ktoś spalił nasz dom. Rodzice próbowali ratować mnie i Felę. 
– Wiesz, kto?
– Nie… Ale się dowiem. A jak się dowiem to go zabiję. – jak absurdalnie musiało to zabrzmieć w ustach dziecka.
– To byli Mroczni. 
– Więc zabiję wszystkich Mrocznych. 

Mężczyzna zaśmiał się. Chłopak wyglądał na zdeterminowanego. 

– Wiesz chociaż, jak się za to zabrać?
– Jeszcze nie. Ale Ty mi powiesz. Od tego tu jesteś. 
– Mroczni nie czują. Jeśli chcesz się z nimi mierzyć, Tobie również nie wolno niczego czuć.
Brunet ściągnął brwi, patrząc na mężczyznę jak na przybysza z innej planety. 
– Nie jestem maszyną. 
– Chcesz zabić Mrocznych?
– Chcę…
– Więc będziesz maszyną. Maszyną do zabijania Mrocznych. I nie tylko. 
– To mi się podoba. – niemrawy uśmiech odsłonił rąbki kłów. Nefilim dopiero teraz pozwolił sobie opuścić broń. Właśnie zdał sobie sprawę, że wszystko zaczyna nabierać głębszego sensu. Nie mógł pozwolić by ofiara jego rodziny poszła na marne. Mroczny czy nie, czują czy nie, zabije ich tylu, ilu tylko będzie w stanie. Żeby to zrobić będzie musiał się szkolić. Bardzo intensywnie szkolić. Czas wolny przed kolacją stał się nagle śmiesznie małą sprawą, przestał mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie. Kupiło go zdanie: „Maszyną do zabijania Mrocznych.” Podał broń nauczycielowi.
– Naucz mnie walczyć lewą ręką. (…)

wtorek, 12 maja 2015

"Tu jest teraz Twoje miejsce, rozumiesz?"

Diana  &  Nate


By Szet
Tęskniła za nim cholernie, a każdy kolejny dzień zdawał się być jeszcze większą udręką niż poprzedni. Starała się w sobie zwalczyć to uczucie, wmawiając sobie, że wcale jej tak bardzo nie zależy. Że to minie i za parę dni będzie normalnie, tak jak zanim go poznała. Gówno prawda. Wcale nie było lepiej. Zależało jej i to jak na nikim do tej pory. Musiała to przed sobą przyznać. Musiała przyznać, że świat bez niego już nie był tak piękny, tajemny i pociągający. Jeśli miałaby spojrzeć prawdzie w oczy, to był najgorszy tydzień w jej życiu. Zgnębiona własnymi myślami, nie mogła ani jeść, ani spać. Nie mogła niczym się zająć, bo zwyczajnie nie potrafiła się skupić, myśli cały czas uciekały do niego, do tych wspólnie spędzonych chwil, który zdawały się wyryć w jej sercu swe piętno. W końcu wczoraj nie wytrzymała, najzwyczajniej w świecie poszła się upić. To miało przynieść ulgę. Nic z tego. Nie przyniosło, a do tego spotkała faceta, którego bez przerwy porównywała z Natem. Tego było już za wiele. Wiedziała co powinna zrobić, choć przyjdzie jej poświęcić własną dumę. Choć przecież wcale nie uginała się przed facetem, a przed trawiącym jej duszę uczuciem. Mimo wszystko dlaczego przychodziło to z takim trudem? Gdy wróciła do Instytutu była zbyt pijana by do niego przyjść, jednak umysł nieprzerwanie przetwarzał myśl, że powinna to zrobić. Z tym to postanowieniem w głowie, zasnęła jak dziecko, a wycieńczony organizm postanowił sobie odbić tych kilka bezsennych nocy. Obudziła się dopiero po południu. Z kacem i bólem głowy, które postanowiła zaleczyć dwoma tabletkami aspiryny. Ogarnęła się i odczekała, aż tabletki zaczną skutecznie działać. A kiedy tak się stało, ruszyła do pokoju Crow'a, zgodnie z tym co sobie obiecała. Nie wiedziała jeszcze co chce mu powiedzieć, ale w końcu wszystko było lepsze niż ten podły stan, na który skazana była przez ostatnie dni. Stając przed drzwiami zapukała, po czym bez wahania nacisnęła klamkę i weszła do środka. Odnajdując chłopaka spojrzeniem i zawiesiła na nim wzrok. - Hej. Możemy pogadać? - wypaliła, choć w tym momencie serce ukuła jej igła niepewności. A co jeśli wcale nie będzie chciał z nią rozmawiać? Jeśli bez niej jest mu lepiej i najzwyczajniej ją wyrzuci. Mimowolnie zagryzła wargę.
To już tydzień? Zagubił po drodze poczucie czasu. Choć Crow nie był szczególnie doświadczony w życiu uczuciowym, to jak każdy Łowca kogoś w życiu stracił, i to nie raz ani nie dwa, a to już solidny fundament by przetrwać coś tak bolesnego jak rozłąka z nią, by wiedzieć co zrobić. By zapomnieć. Niewątpliwie, by jakoś się trzymać, Nate musiał sobie wmówić że Diana dla niego umarła, a przede wszystkim - że nie wolno mu nosić po niej żałoby. To jednak nie zdawało egzaminu, nie potrafił wyrwać jej ze swojego obmierzłego serca, które teraz zalewało się krwią, tą najgorszą jaka płynęła w jego żyłach, tak jak wulkan zalewa się lawą. Jego krew jednak nie stygła, co to to nie. Skutecznie podgrzewał ją złością i agresją, napędzał zaś alkoholem. Mimo wszystko nie był głupi, wiedział jakie stężenie procentowe musi utrzymać w organizmie, by mógł jakkolwiek wrócić do życia, a przy tym nadal być zdolnym choćby i do zażartej walki, choćby teraz, choćby w tych drzwiach. Kiedy weszła do środka, rzucił jej spojrzenie przez ramię, to jakiego jeszcze u niego nie widziała. Nie pociągało swoją drapieżnością, było zezwierzęcone i po prostu chore, spojrzenie zwierzęcia które cierpi i nie może nikomu tego wyznać, bo nie potrafi mówić. Ten zły, psi błysk trwał ułamek sekundy i mówił, że brunet wypierdoli cię stąd, zanim zdążysz mrugnąć. Wszystko dlatego, że mógł tu gościć tylko Seta i Dianę, a żadnego z nich się aktualnie nie spodziewał. Ułamek sekundy którego potrzebował, by dopuścić do siebie fakt, że ona tu jest. Wtedy złe spojrzenie zastąpiła zimna znieczulica, rzeczowość i niezgłębiona pustka, jakby nie chciał by uczucia względem niej rozpalały mu źrenice, jeszcze nie teraz. Miał na sobie tylko szorty i czarne bandaże treningowe. Jeden z nich właśnie zacieśniał zębami na nadgarstku. No tak, Nate walczył wręcz. Mógł miażdżyć w ramionach nawet wampiry, więc biada znienawidzonym, którzy kiedykolwiek dostaną się w jego łapy. - Jasne, wejdź... - mruknął ochryple, dziwnie ciężkim tonem.
Widząc ten wrogi błysk w jego oczach, którym to poczęstował ją na wejściu, była niemal pewna, że każe jej stąd wypierdalać. Zawahała się. Nagle poczuła, że chyba wolałaby być teraz milion kilometrów stąd, byle tylko uniknąć tego spojrzenia. Uciekła spojrzeniem w stronę okna. Było za późno żeby się wycofać, a on się zgodził. Może zrobi z siebie jedynie idiotkę, ale trudno. Jeśli teraz jakoś tego nie załatwią, to wiedziała, że już więcej nie odważy się tu przyjść. Obojętność w jego oczach sprawiała jej niemal fizyczny ból i ani trochę nie zachęcała do wyznań. Ale Diana i tak nie miała już nic do stracenia. Zamknęła za sobą drzwi i rozejrzała się przez chwilę szukając sobie odpowiedniego miejsca. Pierwszy raz w życiu żałowała, że dała się ponieść emocjom i nawet nie przemyślała tego co chciałaby mu powiedzieć. W końcu wzięła głębszy oddech, jakby chcąc nim dodać sobie odwagi i skupiając niepewne spojrzenie na brunecie podeszła bliżej. Jednak nie za blisko, bo nie chciała, żeby w razie czego czuł się skrępowany jej obecnością, czy po prostu nieswojo. Oparła się o biurko stojące obok. Przez moment starała się zebrać myśli i ubrać je w jakąś ładną całość, ale jakkolwiek by nie próbowała zacząć, to nie było to.. W końcu sfrustrowana sytuacją wypuściła powietrze z płuc i oparła dłonie o kant blatu. Wbiła spojrzenie ciemnych oczu w chłopaka. - Nie wiem co mi zrobiłeś, ale albo zróbmy coś z tym, albo po prostu mnie dobij, bo dłużej tak nie potrafię  - powiedziała posyłając mu spojrzenie zbitego pas, choć to i tak było zdecydowanie za mało by określić, to jak czuła się przez ostatnie dni. Znów na chwile uciekła spojrzeniem w bok, by zaraz nieśmiało móc nim wrócić do chłopaka. - Brakuje mi ciebie - wyszeptała ledwie słyszalnie, jakby właśnie zdradzała swoją największa tajemnicę.
Crow skrępowany czyimś towarzystwem? A tym bardziej jej towarzystwem? O nie, to było jego terytorium i czuł się tu tak pewnie jak tylko pewnie można się czuć w miejscu, w którym jeszcze parę chwil temu już nic cię nie trzymało. To była właśnie jego przewaga nad nią - był u siebie, podczas gdy ona uciekała spojrzeniem po kątach. Nie wiedział dlaczego powitał ją tym chłodem, tak jak powitałby każdą inną która by tu weszła, z tym że każdą inną to by jeszcze wziął i wyniósł, bo nie w głowie mu były teraz romanse. Może chciał jej w ten sposób pokazać, jaki jest naprawdę, bo to z czym miała kontakt dotychczas to jego dobra, nieprzymuszona wola, chęć sprawiania jej przyjemności, rozpieszczania jej w każdy możliwy sposób. Możliwe, że chciał jej dać obiektywny obraz siebie, bo póki co to było jakby patrzyła na niego przez różowe okulary, które sam jej wkładał. Nie spuszczał z niej spokojnego, stonowanego spojrzenia i w niczym nie dało się poznać, że serce uderzyło mocniej kiedy zbliżyła się do niego. Nie potrafił też przetrawić obrazu Diany przeżartej niepewnością. Czego się obawiała, że ją stąd wyrzuci? Na jego wargach zabłysł drobny uśmieszek, zaraz stłumiony ordynarnym, może nieco zbyt mocnym zagryzieniem wargi, a potem oblizaniem jej. Natrętnie wodził za dziewczyną czarnymi oczyma, jakby nie potrafił teraz oderwać od niej wzroku. Oparła się o biurko, a on nawet nie zaplótł ramion na torsie, zamiast tego strzelił donośnie palcami, tak jak zawsze przed treningiem, w ramach dziwnej rozgrzewki. Niepokoił go fakt, że nie potrafił utrzymać przy niej tej obojętnej maski, którą nosił przy wszystkich. Czuł jak pęka i kruszy się z każdym jej kolejnym i niepewnym spojrzeniem. Przełknął ślinę, była jak zbity pies i to przez niego. Zadowolony jesteś z siebie, Crow? Do tego dążyłeś? Zróbmy coś z tym, a potem dobij mnie. Czuł jak serce uderza coraz mocniej, a on nie był w stanie zapanować nad jego porywem, tak po prawdzie to nawet próbował. Jego mur się sypał, nie potrafił się przed nią obronić, po prostu. Przenikała go do szpiku kości, przenikała jego duszę, a kurtyna za którą dotychczas spoczywało jego "ja" wreszcie się rozsunęła, jakby ktoś jednym szarpnięciem zerwał ją w dół. Jedno mrugnięcie powiek i to znów był ten sam Crow, gotów by się o nią troszczyć, by zrobić wszystko o co tylko go poprosi, bądź rozkaże. A ta gotowość wzmogła się w nim kiedy jej szept wypełnił ciszę. Brakuje mi Ciebie. Czy aby się nie przesłyszał? Niesamowite jak pod wpływem jej słów zmieniały się obrazy w jego oczach. Teraz lśniło w nich oddanie, po prostu oddanie. Wciągnął wolno powietrze w płuca, po czym podszedł do niej, by móc złapać ją za ramiona, a następnie obrócić ją do siebie i spojrzeć w jej piękne, choć zmęczone oczy z całym swoim przywiązaniem. Chyba chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział co, więc po prostu ujął jej twarz w dłonie i wpił się w nią. To nie był zwyczajny pocałunek, trudno też nazwać to zaproszeniem do łóżka. Całował ją tak, jakby nigdy przedtem nie kochał, tak jakby smak jej ust miał zasklepić wszystkie jego rany, tak jakby ten pocałunek miał być odkupieniem wszystkich ich win. W tym samym czasie zsunął dłonie na jej barki i talię, wkrótce opasając ją ramionami i przyciągając do siebie, a zrobił to płomiennie i zaborczo. Kiedy się od niej oderwał, jego oddech był niespokojny, głównie z przejęcia, jakie teraz nim narosło, spowodowane tym co rozpaliło mu serce i duszę na nowo, silniej niż kiedykolwiek. Jedną z dłoni położył na jej karku, znów skracając dystans między nimi do absolutnego minimum, znów łapiąc z nią intensywny kontakt wzorkowy. Zacieśnił splot ramion, uważając jednak by nie zrobić tego za mocno. - Tu jest teraz Twoje miejsce, rozumiesz? - gardłowy ton mimo że silny i nieustępliwy, prawie apodyktyczny w tych słowach, zawierał w sobie paradoksalną łagodność, taką którą tylko ona mogła odebrać tylko na swoich falach. Zarezerwowaną tylko i wyłącznie dla jej osoby, dla nikogo więcej.
Jej niepewność w dużej mierze wynikała również z tego, że najzwyczajniej w świecie czuła się zagubiona. Nigdy wcześniej nie znalazła się w takiej sytuacji. Nowe były dla niej zarówno targające nią uczucia, jak i sama tęsknota, którą za nim odczuwała. A do tego wszystkiego, jakby było jeszcze mało, dochodziły myśli, że być może on wcale nie czuje tego samego, o czym miałaby świadczyć owa obojętność. Emocjonalnie była teraz przed nim zupełnie odkryta, bo zmęczona walką z samą sobą, nie miała już siły nawet na zaciągnięcie owej kurtyny, za którą on schował swoje "ja". Widząc jednak znajomy błysk w jego oczach, w sercu zatliła jej się iskierka nadziei. Iskierka, która zaraz zmieniła się w płomień, który w radosnym skurczu objął jej serce i sprawił, że zabiło dużo mocniej, gdy tylko chłopak zbliżył się do niej. Kąciki ust lekko drgnęły ku górze, w delikatnym radosnym uśmiechu. Oczy nabierając miękkiego i łagodnego wyrazu już nie wydawały się być tak zmęczone jak jeszcze parę chwil wcześniej. Nie potrzebowali słów, bo gesty i ten pocałunek wystarczyły w zupełności. Dostosowała się do tempa, oddając mu się w zupełności i jednocześnie zatracając w nim. Ta chwila mogłaby trwać wiecznie, bo była niczym kojący balsam dla poszarpanego serca i duszy. Czuła bijące od niego ciepło i dobrze znany, zmysłowy zapach, i pragnęła chłonąć to każdym skrawkiem swojego ciała, bo przez kilka minionych dni, tak cholernie jej tego brakowało. Brakowało jej jego miękkich ust, gardłowej nuty i zwierzęcego błysku w czarnych oczach. Gdy się od niej oderwał niespokojnie łapała oddech, gdyż rozpędzone serce, pod wpływem niewielkiej dawki adrenaliny, ani myślało zwalniać. Przyjemne, satysfakcjonujące ciepło rozchodziło się po ciele, a ona najzwyczajniej czuła się szczęśliwa, bo miała go przy sobie. W tym momencie była skłonna zgodzić się dosłownie na wszystko. Mogłaby mu zaprzedać nawet własną duszę, gdyby tego od niej zażądał. - Oui - przytaknęła w odpowiedzi tym razem to ona wpatrywała się w niego z oddaniem. Oddaniem jakiego do tej pory żaden mężczyzna nie miał okazji w nich oglądać. Oderwała jedną z dłoni, które spoczywały na bokach chłopaka i w czułym geście przyłożyła ją do jego policzka. - Tylko Twoja - szepnęła wpatrując się z uwielbieniem w jego ciemne oczy. Te kilka dni rozłąki uświadomiły jej, że bez względu na to jak nazwą swój nie-związek, to ona i tak będzie pragnąć tylko jego. Inni mężczyźni nawet się nie umywali w porównaniu do Crowa, więc po co jej oni, skoro może mieć swojego "Pana Idealnego".
Dla niego poniekąd to też było nowe, to całe oddanie, wierność i uczucie. Prawda była taka, że Crow owszem, próbował wrócić do starych nawyków, ale nic mu z tego nie przyszło. Pozaczepiał dziewczyny z Instytutu, nawiedził parę znanych miejsc, gdzie oczywiście nie okrywano go dobrą sławą, a nawet raz postawił drinka jakiejś brunetce, ale na tym się skończyło. Tak bardzo nie miał ochoty pakować się w kolejny syf, tak bardzo to do niego niepodobne. Po wytknięciu dziewczynie jej wad - oczywiście tylko w swojej głowie, bo tak naprawdę miał gdzieś jej niedoskonałości - zupełnie machinalnie nałożył jej obraz na obraz Diany i wiele rzeczy mu się nie zgadzało. A potem, o zgrozo, po prostu wstał i wrócił do Instytutu, rezygnując z kolejnych wypraw na miasto. W niczym mu to nie służyło, zatem postanowił zająć się czymś pożytecznym, a mianowicie pracą, co w mniemaniu Crowa oznaczało treningi w dzień i podbijanie ulic nocą. Nie odbiło się to na nim jakoś szczególnie, jako że do tej pory również sypiał co drugi dzień + kiedy nadarzy się okazja, więc fizycznie nie był jakoś wyczerpany. Gorzej było niestety z jego psychiką, był tak zmęczony umysłowo że zaczął pić, ot, jakby to miało zagłuszyć myśli, rozluźnić umysł. Nawet teraz alkohol krążył w jego żyłach i gdyby nie to, że miał po prostu mocny łeb, byłby urżnięty. Tymczasem pochłonięte piwa pełniły wciąż funkcję leczniczą i sprawdzały się w niej całkiem nieźle, bo czuł się dobrze. Po prostu dobrze. A teraz poczuł się jeszcze lepiej, trzymając ją w ramionach, smakując jej, chłonąc jej byt całym sobą, każdym skrawkiem swojego jestestwa. Jej głos, zapach i dotyk to coś, do czego chciał wracać, coś czego chciał doświadczać codziennie niemal bez przerwy, zupełnie jakby był od niej uzależniony... Cholera, bo był! Niezależność w ich układzie od dawna była czymś umownym, bo choć jedno nie ograniczało drugiego, to jednak sami wytyczyli sobie reguły, a przynajmniej Crow to zrobił, po prostu jej ufając. Bo niby dlaczego miałby jej nie wystarczać? Spójrzmy prawdzie w oczy, robił wszystko by było jej z nim dobrze, i choć zaliczył parę wpadek, w tym tę pamiętną pod prysznicem, to nie było ani na kontynencie, ani na ziemi faceta, który uwielbiałby ją tak jak robił to Nate i żaden facet nie mógłby jej tyle zaoferować. Choć oboje należeli do siebie, bo tak czuli i tak chcieli, wciąż mogli być wolni i niezależni przed światem, z tym, że razem. Schylił się nieznacznie, łącząc ich czoła. Była taka piękna... I tylko jego. Poczuł się dokładnie tak jak kiedyś porównał mu to Daniel - jakby złapał pana Boga za nogi. W związku z tym na jego zazwyczaj nieprzyjemnej gębie zagościł po raz kolejny ten niesamowity uśmiech, nie pasujący zupełnie do cech które w sobie wyostrzył, by wykreować wizerunek pod którym ugnie się każdy, kogo sobie nie zamarzy. Upodabniający go do zwykłego, najszczęśliwszego na świecie faceta. - Tylko Twój... - odmruknął już zupełnie łagodnie na jej słowa, ukojony i odarty z wichrów przez ciepło jej dłoni. Sam również przesunął dłoń z karku na jej policzek, by gładzić go kciukiem, w czasie jak nieprzerwanie i niemal z zapartym tchem wpatrywał się w jej oczy. - Tęskniłem za Tobą. - wyszeptał głucho, po czym najzwyczajniej w świecie przesunął nosem po jej kości policzkowej, by zaraz móc wtulić go w jej szyję, jednocześnie upajając się jej słodką wonią. Znów objął ją oburącz. - Jak cholera. - dodał, choć bliskość jej ciała przytłumiła mu głos.
Bo było jej dobrze, było jej z nim cholernie dobrze. Uzależnił ją od siebie, a ona nawet nie do końca potrafiła określić kiedy to się stało. Ale to nie miało znaczenia, bo miała go teraz przy sobie i dla siebie, i ani myślała dzielić się z kimś tym skrawkiem prywatnego nieba. Serce znów uderzyło jej mocniej gdy zamknął ja w swoich objęciach. Uśmiechnęła się mimowolnie, kiedy wtulił się w jej szyję delikatnie łaskocząc gorącym oddechem. Dłonią, którą trzymała wcześniej na policzku chłopaka teraz przeczesała szczecinę jego czarnych włosów, by za chwilę musnąć je ustami. - Ja też - szepnęła w odpowiedzi na jego słowa, odpychając od siebie nieprzyjemne wspomnienia ostatnich dni. Jedno było pewne, nie chciała już nigdy więcej czuć się tak podle jak przez ten miniony tydzień. Bijące od niego relaksacyjne ciepło działało uspokajająco, przez co na chwilę przymknęła oczy upajając się zmysłowym zapachem wody po goleniu połączonym z naturalnym, seksownym zapachem jego skóry. - Chyba miałeś iść na trening, a ja Ci przeszkodziłam - wymruczała tuż przy jego uchu, zważywszy na jego specyficzny strój. Czy raczej jego brak. No bo po co koszulka, skoro jej brakiem, można dużo skuteczniej rozpraszać przeciwnika? Westchnęła cicho, bo mimo wypowiedzianych słów, ani myślała się od niego odsuwać. Wręcz przeciwnie zamierzała się nacieszyć tą bliskością ile wlezie.
Upajał się jej zapachem, tak dobrze znanym, kojącym w niewytłumaczalny sposób jego instynkty i burzliwy temperament. Był przy niej zdolny do łagodności o którą w życiu by się nie posądził i sam do końca nie wiedział skąd to się bierze, co ta dziewczyna ma w sobie, że jest w stanie w pewnym stopniu i nie do końca go ujarzmić. On również zamierzał czerpać z jej bliskości, więc złożył ciepły pocałunek u nasady szyi, by po chwili zawadzić nosem o płatek jej ucha. - Masz rację, miałem iść. Teraz nigdzie się nie wybieram. - wymruczał relaksacyjnym, niskim tonem, oswobodziwszy ją z objęć tylko po to, by złapać w szorstkie lecz ciepłe łapy obie jej dłonie i odchylając się nieznacznie, przypatrzył jej się ze swojego poziomu. Ściągnął lekko brwi. - Wyglądasz marnie. - no tak, zawsze szczery do bólu. - Powinnaś odpocząć. Mogę się położyć z Tobą, jeśli chcesz. - zaciągnął krańce ust w dobrze jej znany, charakterny uśmiech, mimo że w tej sytuacji miał na myśli całkiem grzeczne spanie. Jakby nie patrzeć jemu też się przyda. - Potem chciałbym ci kogoś przedstawić. Kogoś, kto na trzy noce w tygodniu będzie mnie od Ciebie odciągał. Dasz radę to przeżyć? - zmrużył żartobliwie jedną powiekę.
To działało w dwie strony, bo nie tylko Diana miała wpływ na Nate'a, ale również on na nią. W jakiś niewytłumaczalny sposób sprawiał, że przy nim stawała się spokojniejsza, bardziej stonowana i ogólnie przyjemniejsza w obyciu, i to nie tylko względem niego. Można pokusić się o stwierdzenie, że będąc z nim była po prostu lepszym człowiekiem. Gdy się odrobinę odsunął, oderwała się od niego niechętnie, ale słysząc, że nigdzie się nie wybiera uśmiechnęła się nieznacznie. Pod wpływem stwierdzenia jakoby nie wyglądała najlepiej wywróciła oczami. Rzeczywiście sypiała nie najlepiej przez ostatni tydzień, co do tej pory praktycznie jej się nie zdarzało, ale dzisiejsza noc nie była tak straszna jak poprzednie. Była osłabiona i prawdopodobnie schudła te kilka kilo, ale wbrew pozorom nie była wyczerpana jak mogłoby mu się zdawać. - Odpocząć? - uniosła brew ku górze, bo jakoś nie chciało jej się wierzyć, ze tak grzecznie się obok niej położy i zaśnie, szczególnie mając na uwadze tydzień postu, jak nie więcej. Wyswobodziła jedną z dłoni, po czym sięgnęła do jego drugiej ręki obracając ją wnętrzem do góry. - Pokaż łapki. Jeśli nigdzie się nie wybierasz, to to - w tym momencie zabrała się za odwijanie i zwijanie czarnego bandaża - nie będzie Ci potrzebne. - zmarszczyła brwi i zerknęła na niego, w momencie kiedy oznajmił, że jest "ktoś", kto będzie go od niej odciągał. Nie było niczym nowym, że Diana nie lubiła się dzielić, a już na pewno nie mężczyznami. Poczuła ukucie zazdrości. Choć to przymrużone żartobliwie oko zasiało w niej kolejne wątpliwości, czy aby Crow sobie po prostu z niej nie żartuje. - Wystarczył tydzień rozłąki, a ja już muszę się Tobą dzielić? No nie wiem, Crow... - wymruczała pod nosem marszcząc zabawnie nosek. Skończywszy odwijać jedną z dłoni, odłożyła bandaż na biurko i zabrała się za drugą.
- Oui, odpocząć. - mruknął nisko, niemal miękko. Nie sprzeciwił się nijak, gdy wedle uznania wyswobodziła dłoń z jego ciepłych objęć i zajęła odwijaniem bandaży, bowiem mógł teraz przypatrywać się do woli jej drobnej twarzy, pięknym oczom i ponętnym ustom. No cóż, Crow nieszczególnie stał się lepszym człowiekiem, wprowadzenie w nim zmian na tym polu było totalnie awykonalne i oboje powinni zdawać sobie z tego sprawę tak samo dobrze. Ważne jednak że stawał się lepszy przy niej i względem niej, a to już był sukces szyty na miarę Diany Levittoux, bo nikomu przed nią nie udało się tego osiągnąć. Budziła w nim cechy, zachowania i uczucia do tej pory kompletnie mu obce, jednak w żaden sposób nie obawiał się tego, już nie. Czuł w piersi palący żar, sięgający do czarnych, jeszcze parę chwil temu zupełnie nieprzeniknionych oczu i wiedział, że ów płomień rozświetla jego spojrzenie pokazując coś więcej niż tylko pustą fizyczną fascynację. Patrzył tak na nią od pewnego czasu, ale dopiero teraz nie próbował tego w żaden sposób stłumić. Tak jak ona wcześniej był przed nią zupełnie odsłonięty. Uśmiechnął się jednak z wrodzoną szelmą, niczym przyczajony zwierz, podciągając zwodniczo schyłek warg. Zmysłowo zniżył głos, wyciszył ton. - O tak. Będę zdradzał cię z nią trzy razy w tygodniu, a do tego nieźle na tym zarobię. - zmrużył tym razem obie powieki i odczekał chwilę aż dziewczyna upora się z drugą owijką, by następnie schylić się do niej i kładąc ciężkie dłonie na jej smukłych barkach zachęcić ją łagodnie do obrotu. - Spójrz w okno... - wymruczał do jej uszka ochrypłym barytonem. Gdy spełniła jego nakaz, brzmiący mimo wszystko jak uprzejma prośba, jej oczom ukazało się wielkie, drapieżne BMW, sylwetką do złudzenia przypominające dzikiego kota naprężonego do skoku. - Przedstawiam Ci moją kochankę, ma reine. - uśmiechnął się szerzej, po czym objął ją od tyłu, ciasno przylegając do jej pleców, w czasie jak czule podgryzał płatek jej ucha. Zamierzał się nacieszyć zanim pójdą spać, ot co. Zaplótł ręce na jej podbrzuszu, przysuwając ją sobie jeszcze bliżej. - Co więcej... - zaczął mrukliwym szeptem, urywając na moment, by uszczypnąć nieco boleśnie, z zamysłem, jej ucho, a potem przylgnąć doń rozpalonymi wargami i zassać się na nim rozkosznie. - Co więcej, będzie na tyle uprzejma, by zabrać nas w podróż do Europy, jeśli tylko wyrazisz taką chęć tudzież gotowość. - zaciągnął się jej wonią, po czym spuścił z siebie powietrze, dotykając swoim oddechem wrażliwej skórki za jej uchem. - Może uda mi się wreszcie zwiedzić Paryż... - wreszcie złożył pocałunek na jej szyi. - Albo Wenecję... - tym razem ucałował bark, by ostatecznie spocząć tam lekko drapiącym podbródkiem. Przyglądał jej się spod przymkniętych powiek, nie kryjąc niemal bezczelnego uśmiechu satysfakcji. - Hmm? - zamruczał niedźwiedzio, a była w tym również pewna pokusa. - Udzielisz nam błogosławieństwa?
Jak on śmiał ją tak bezczelnie urabiać? I do tego tak otwarcie mówić, że ma zamiar ją zdradzać. Przecież to zakrawało wręcz o manipulację i pewnie gdyby nie chodziło o jego własny samochód, byłoby nią. Grzecznie obróciła się do okna i spojrzała przez nie, a widząc samochód uśmiechnęła się z niekrytym podziwem. - Przechodzisz sam siebie. Jest piękna - skwitowała z pomrukiem zadowolenia, gdy chłopak objął ją przylegając do niej rozgrzanym ciałem. Przechyliła delikatnie głowę dając mu lepszy dostęp do ucha, jednocześnie leniwie przymykając powieki, a wachlarze długich rzęs rzuciły się cieniem na policzkach. Zaplecenie rąk na podbrzuszu sprawiło, że przez ciało dziewczyny przebiegł przyjemny dreszcz podniecenia. Wciągnęła więcej powietrza do płuc, nie odrywając spojrzenia od samochodu i próbując się skupić na wypowiadanych przez Nate'a słowach. Jeszcze parę takich zagrywek i wątpliwym się stanie, to czy rzeczywiście pójdą spać. Mimowolny, choć odrobinę zadziorny uśmiech zagościł na jej ustach. Swoim gorącym oddechem pobudliwie łaskotał jej delikatną skórę wprowadzając ją w stan przyjemnego podniecenia. - Hmm.. - tym razem to ona zamruczała rozkosznie. - Znów mnie kusisz - wymruczała rozchylając leniwie przymknięte powieki, po czym odrywając spojrzenie od okna i samochodu zgrabnie obróciła się przodem do chłopaka. Zarzuciła mu ręce na szyję, krzyżując je w przegubach na karku. W ciemnych, iskrzących się oczach można było dostrzec grzeszny płomień, tak skrzętnie rozpalony tymi drobnymi, choć zmysłowymi zabiegami. Sugestywnie zerknęła na usta bruneta i odruchowo oblizała swoje. - Czemu mamy ograniczać się tylko do Europy? - wróciła spojrzeniem do jego ciemnych oczu. - Zróbmy sobie małą wycieczkę. Ty, ja i Twoja kochanka, szlakiem największych wyścigów - wymruczała propozycję uśmiechając się przy tym łobuzersko. Wspięła się na palce i musnęła kącik ust chłopaka, ale nie zatrzymując się tam zbyt długo przetarła noskiem po jego policzku zatrzymując się już przy uchu. - Jak myślisz, czy Twoja kochanka zgodzi się na to? - zamruczała zmysłowo i na powrót przymknęła powieki upajając się jego zniewalającym zapachem. - Bo jeśli tak, to masz moje błogosławieństwo - dodała i musnęła wilgotnym językiem pulsująca na jego szyi żyłkę, tylko po to aby móc zaraz złożyć w tym miejscu delikatny pocałunek.

Gdyby nie chodziło o jego własny samochód, to by nawet nie pytał o zdanie, bo który normalny (co z tego, że Nate nie był do końca normalny) mężczyzna porusza ze swoją kobietą temat jakiejś przybocznej miłostki? A żeby to on jeszcze ów miłostki potrzebował… Ich relacja nie była wybrakowana pod żadnym względem, więc nie było się o co martwić. Ten stan trwał już na tyle długo, że Nathaniel pozwalał sobie sądzić, że w najbliższym czasie nic się w ich układzie nie zmieni, bo dlaczego miałoby, skoro udało im się trafić w dziesiątkę? Tak rzadki łut szczęścia, a przypadł w udziale uwodzicielowi i kokietce, mimo, że żadne z nich nigdy się o to nie prosiło. Najwidoczniej ten wszechobecny, najwyższy Majestat w Niebie wiedział lepiej. On zawsze wiedział lepiej, a przynajmniej takie siano wkładali im do głów od najmłodszych lat.
– Oczywiście, że jest piękna. – odparł jej słowom, tonem trywialnym i nie skalanym emocją, jakby stwierdziła rzecz tak oczywistą, że już większej oczywistości ten świat jeszcze nie dojrzał i nigdy nie dojrzy. Nie krył jednak grymasu satysfakcji, jaką sprawiła mu jej fascynacja samochodem. – Jakby nie patrzeć, jest MOJĄ kochanką i w jednej tysięcznej TWOIM substytutem... – dorzucił zaraz z rozbawieniem. Z lekkim zawodem przyjął fakt, że odwróciła się od okna, zawód ten stopniał jednak w chwili, gdy zamknęła w objęciach jego kark. Mruknął zadowolony, rzucając jej skrajnie nieprzyzwoity uśmiech, mający wyrażać jedynie to, że bawiąc się jej zmysłami, działał z czystą premedytacją i ani trochę tego nie żałuje. Zwłaszcza, że osiągnął cel, a widział to w pokusie gorejącej na dnie jej ciemnych, niemożliwie głębokich oczu. Mógłby w nich utonąć. Ale zaraz, zaraz. To był Nathaniel Crow. Wcale nie tak łatwo było go omotać, i choć Diana była wyjątkiem od wszelakich reguł (nawet tych rządzących jego wyodrębnionym bytem), nie zamierzał poddawać się jej pokornie, bez jakiejkolwiek walki. Nie zwykł toczyć bitew o przegrane sprawy, ale przegrana tej maści z panną Levittoux była najcudowniejszą porażką pod słońcem, same zmagania natomiast zajmowały w najwspanialszy sposób. Był chętny, aby mierzyć się z nią tak, daj Bóg, codziennie. Ściągnął więc lekko brwi w skupieniu, łapiąc jej sugestywne spojrzenie na jego usta. Pod jego wpływem przygryzł z zamysłem wargę, tak występnie jak tylko potrafił, najwyraźniej mocno podjarany jej ofertą. Właśnie! Po cholerę ograniczać się do Europy? Po co w ogóle się ograniczać? Mogła dojrzeć ten typowy dla niego, szalenie niebezpieczny blask w czarnych oczach. Nie miała pojęcia, jak wielkie pokłady gwałtownego zapału właśnie w nim obudziła, składając propozycję tego pokroju. Wręcz nie do odrzucenia. Nie odezwał się jednak ani słowem, wytężając zmysły, by móc w pełni czerpać z jej rozkosznych pieszczot. Pod koniec ciężko odetchnął, obrazując skalę jej oddziaływań na jego męską, nieposkromioną naturę. – Zgoda. – zamruczał bisurmańsko, jednocześnie dając znać, że w tej sytuacji jego kochanka nie ma nic do gadania. – A teraz pora spać. – pochwycił jej uda i śmiało podciągnął ją w górę, aby zaraz ująć pod zgrabny tyłek i okręcić się na pięcie. Po chwili siedział już na łóżku, z szerokim, wręcz dziecięcym uśmiechem zabierając się za rozpinanie guzików jej bluzki. Robiła mu to chyba specjalnie. Żeby przyjemność odsłaniania jej ciała trwała dłużej. Zerknął hultajsko w jej piękne oczy. – Przytulimy się mocno. Chyba, że wolisz okupować małżeński.

...po czym grzecznie zasnęli. END.

Uważaj, księżniczko. Jeszcze w nocy dopadną cię duchy.- polowanie na Wyklętego I

Melissa   Caleb   Neal   Diana   Jared   Natali  Nate   Matthew  Rebecca

Poprawiła plecak i odgarnęła gałąź, która prawdopodobnie uderzyła osobę za nią, bo usłyszała jęknięcie z bólu. Mruknęła ciche przepraszam i ostrożnie postawiła nogę na kamieniu. Las rósł jak chciał. Konary wystawały z każdej strony, czyhając tylko, aby złapać kogoś w swoje sidła, a na kamieniach łatwo było się poślizgnąć. Melissa westchnęła donośnie. Clave wysłało ich poza miasto, aby namierzyli bliżej nieokreślonego Wyklętego. Jak zwykle niebezpieczeństwo znajdowało się w obrębie Los Angeles, więc oni musieli się tym zająć. Błąkali się po lesie, z sensorami w rękach, aby wychwycić jakikolwiek ślad demonicznej energii, ale od paru godzin niczego nie znaleźli. Słońce powoli chyliło się ku widnokręgowi. – Może powinniśmy rozbić obóz? Dzisiaj i tak niczego nie znajdziemy. – Podsunęła. Wolała nie przemierzać nieznanego po ciemku. Niektórzy z pewnością byli już zmęczeni, a wolała być w pełni sił, gdy przyjdzie pora na atak. 
Nie wiedział, czemu zdecydował się na tę wyprawę. Nie znał praktycznie nikogo, a Melissa nie była osobą, którą chciałby widzieć non stop przez kilka dni po ich pierwszym spotkaniu, ale strasznie mu się nudziło. Miał dość zabijania tych samych potworów, które robiły cały czas to samo. Taka wyprawa w plener była miłą odmianą. Może dlatego też namawiał swojego przyjaciela, by z nim pojechał. Jako parabatai nie miał zbytniego wyboru. Szli przez las, a dookoła było niesamowicie cicho. Podobała mu się taka atmosfera. Nagle gałąź trafiła go w ramię, pozostawiając cienką ranę. Jęknął. - Uważaj, jak chodzisz - mruknął, nie zważając na przeprosiny dziewczyny. Zmarszczył brwi, spoglądając na Mel. Na jej propozycję uśmiechnął się nieznacznie i wzruszył ramionami. - My możemy nie znaleźć, ale trzeba uważać, by to coś nie znalazło nas.
Nie szła bezpośrednio za Melissą, to w końcu byłoby bez sensu. Ich zadaniem było przeczesać las w miarę szybko i dokładnie. Szła więc z boku w odległości kilkunastu metrów od dziewczyny. Nie było co ukrywać, że takie łażenie po lesie przez parę godzin, było potwornie nudne i do tego te przeklęte komary. Uderzyła się otwartą dłonią w szyje zabijając jednego i jednocześnie klnąc pod nosem. Doleciały do niej słowa Melissy. Rozbicie obozu było całkiem dobrym pomysłem, fajnie jednak byłoby znaleźć jakieś małe jeziorko, albo chociaż rzekę, bo o domku z bieżąca woda to pewnie nawet nie było co marzyć. Westchnęła ciężko.-Jestem zdecydowanie za - rzuciła do Mel, po czym zerknęła na Caleba. -A co? Boisz się o swoje dupsko Pięknisiu?
Szukanie jakiegoś wyklętego nie należało do jej ulubionego zajęcia. Zdecydowanie Becky wolała walczyć z demonami. No ale jak powiadają "Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma". Szła za blond włosym chłopakiem. Gdy dostał z gałęzi cicho zachichotała. Było to dość nie miłe, ale taka już była. Gdy usłyszała propozycje Mel powiedziała -Jak dla mnie spoko. Jakaś rozrywka znów nam się przyda-naprawdę podobał jej się ten pomysł, a zwłaszcza po ostatniej sytuacji z Samanthą Morgenstern. O ile nie wpadnie na pomysł by znów ich zaatakować.
Przytaknęła głową w akcie zgody. Wszyscy byli za rozbiciem obozu i w sumie im się nie dziwiła. Skoro Wyklęty siedział tu już od tygodnia, to niech sobie jeszcze trochę posiedzi. Jego umysł oszalał, nie będzie robił tych racjonalnych rzeczy, więc ucieczka nie wchodziła w grę. Prędzej by ich zaatakował. Nie mogli więc zwracać zbytnio na siebie uwagi, aby nie zostali zaocznie przez Podziemnego czy Przyziemnego. Clare jak zwykle było bardzo dokładne w określaniu podejrzanych. Melissa rozglądnęła się. Teren był tu nierówny, więc powinni pójść jeszcze parę metrów, aby rozstawić namioty. Jej spojrzenie padło na Caleba. Nie wiedziała kto za nią idzie myślała, że to Neal, bo osoba była dość cicho, ale gdyby wiedziała, że to był narcystyczny blondyn, skierowałaby gałąź wyżej, aby obić mu tę jego śliczną twarzyczkę. Postawiła plecak na ziemi, gdy dotarli do równego terenu. Drzewa tworzyły w tym miejscu kółko, ale drzewo na środku zostało wycięte, tak, że został tylko duży pień. Dało się też, usłyszeć szum wody, więc gdzieś musiało tu się znajdować źródło. Otworzyła plecak i wyciągnęła namiot. Następnie rzuciła go do Caleba. – Wykaż się Narcyzie. – Posłała mu drwiący uśmiech i zaczęła wyciągać inne, potrzebne rzeczy.
Już zdążył się dobrze zapoznać z rozległym lasem. Jego mózg szybko przyswajał informacje o nowych terenach, więc zdołał ogarnąć obszar, na którym się znajdywali od nie tak dawna. Cieszył się, że Neal jest obok, choć tego nie okazywał. Nawet gdy milczał, jego obecność działała na niego uspokajająco. Nawet gdy Melissa grała mu na nerwach, nie dał się wciągnąć w jej głupią grę. Z uśmiechem złapał złożony namiot i puścił jej oczko. - Skarbie, nie ma nic złego w tym, że sama nie potrafisz tego zrobić - zacmokał, kręcąc głową. - Wystarczyło poprosić - stwierdził po chwili, po czym zabrał się za rozkładanie namiotu. Robił to z taką wprawą, jakby regularnie jeździł na takie wyprawy. Po kilku minutach namiot był gotowy. Klasnął, po czym zatarł ręce i spojrzał z wyższością na dziewczynę. Uśmiechnął się do niej szeroko, jakby wygrał los na loterii.
Wiedząc, że Mel wybrała miejsce na obóz podeszła bliżej. Blondas zajmie się rozkładaniem namiotu, w końcu faceci chyba lepiej się na tym znają. A przynajmniej powinni. Diana za to w ogóle się nie znała na tego typu rzeczach, więc nawet nie zamierzała się wtrącać. Przeczesała dłonią włosy, po czym z wyraźną ulgą ściągnęła swój plecak. Rozejrzała się po okolicy, drzewa, drzewa i jeszcze więcej drzew. Cudownie. W oddali było słychać szum płynącej wody, pewnie jakiś strumień czy coś w tym stylu. Dobrze, że nie za blisko, bo nocą różne zwierzęta schodzą się do wody, aby móc spokojnie się napić. Widząc teraz zadowoloną minę Caleba przewróciła oczami, po czym rzuciła ni to do nich ni to w przestrzeń. -Idę po drewno -obróciła się na pięcie i ruszyła przed siebie w poszukiwaniu jakichś suchych gałęzi.
Gdy wszyscy zajmowali się czym się zajmowali. Właściwie go to nie obchodziło. Siedział na swoim plecaku wygrywając z ziemi trawę by zabić nudę. Co prawda nie zbyt pomagało, ale zawsze coś -Ej ja ten no idę się przejść, idzie ktoś?- zapytał rozkładając się pod zebranych.
Nali siedziała gdzieś na trawie wszyscy się gdzieś kręcili, Matt skubał chwasty, Mel robiła to co zawsze czyli nic, dokładnie jak wszyscy. Lizz nie ma od dawna, a jak jej nie ma to nikogo nie ma i wszyscy zawsze się nudzą. A to chyba żadna nowość.
Wyciągnęła już prawie wszystko i położyła na pniu, który robił za idealny stół. Jej plecak był niezwykle pojemny, ale o dziwo i nie wzięła ani jednej książki. (Przypadek? Nie sądzę.) Po prostu uznała, że nie będzie miała kiedy czytać. Prawdopodobnie i tak zabawią w lesie parę dni, bo Wyklęty nie jest taki łatwy do namierzenia. Zerknęła na Caleba, gdy skończył wykładać resztę rzeczy. Chętnie by mu ściągnęła ten jego triumfujący uśmiech z twarzy. Niezwykle ją to irytowało. Skąd mogła wiedzieć, że potrafi rozkładać namiot? – Dałam ci po prostu pole do popisu. – Odpowiedziała beznamiętnie, wzruszając ramionami. Zerknęła ku Dianie. – Teraz by się przydał drwal. – Rzuciła jej uśmiech. Słysząc pytanie Matta, spojrzała na niego skołowana. –  Chcesz zapuścić się w las, w którym czyha Wyklęty, po ciemku? Możesz pójść z Dianą po drewno. – Powiedziała i wzięła rzeczy, a następnie wniosła je do dużego namiotu.
Zerknął kątem oka na Melissę. Denerwowała go niesamowicie, ale nie zwracał tak naprawdę uwagi na nikogo innego, ale mogło to być dlatego, że nie znał nikogo innego poza Nealem, który cały czas milczał. Caleb puścił mu oczko, próbując go jakoś ośmielić. Usiadł obok niego i tylko na moment zwrócił się jeszcze do Melissy, która musiała zrobić jakiś komentarz. - Oczywiście, skarbie - stwierdził przesłodzonym głosem. - Wiem, że chciałaś napatrzeć się na moje mięśnie - dokończył, po czym wysłał jej całusa w powietrzu i już w następnej chwili spojrzał wypominająco na swojego parabatai.
Obejrzała się zerkając na Melissę. -Widzisz. Trzeba było przywieźć jakiegoś przystojnego drwala z tych gór - mruknęła unosząc lekko brew, ale kącik jej ust również powędrował ku górze w niejakim półuśmiechu. Zerknęła jeszcze przelotnie na Nali i Matta. -Nie potrzebuje obstawy. Matt, pewnie bardziej przyda się jakiejś znudzonej łowczyni, która nie wie co ma teraz ze sobą zrobić - dodała, po czym już nie zwracając na nich uwagi zapuściła się w las, żeby zebrać trochę chrustu.
Przez większość wędrówki trzymał się z tyłu, gdzieś za wszystkimi i milczał. Zastanawiał się właściwie dlaczego dał się namówić Calebowi na pójście na tą wyprawę. W końcu najlepiej by się czuł zostając w Instytucie, gdzie była teraz mniejsza liczba osób. W sumie zrobił to głównie dlatego, że chciał mieć na oku swojego parabatai. Nie tylko on robił jakieś głupie rzeczy, jego przyjacielowi też się to często zdarzało. Oparł się o pobliskie drzewo przyglądając temu jak Cal rozkłada namiot. - Już wolę znów siedzieć cicho, niż komentować to jak sobie znowu dogryzacie. - stwierdził odzywając się pierwszy raz na tej wyprawie, po czym przenosząc spojrzenie z Caleba na Melissę i na odwrót. Zacisnął usta w wąską kreskę, kiedy przyjaciel puścił mu oczko. Wcale go to jakoś wielce nie ruszyło, ani nie ośmieliło. Przyzwyczaił się już do takiego jego zachowania i było to dla niego zupełnie normalne.
Nali wstała ze swojego miejsca i otrzepała, a następnie podeszła do Matt'a. Usiadła obok chłopaka i zaczęła skubać z nim trawę -o czym tak ciągle myślisz?- zapytała.
Przewróciła oczami z nieukrywaną irytacją w odpowiedzi na słowa Caleba. On również musiał dorzucić swoje pięć groszy, nie mógł zostawić jej ostatniego słowa. Doznałby uszczerbku na swojej godności, czy jak? Zerknęła na Neala. – My po prostu prowadzimy zaciętą dyskusję. – Chwyciła plecak  i zaniosła go do środka. W ogromnym namiocie była już większość śpiworów, toreb i innych przedmiotów. Księżyc w pełni lawirował na niebie, a Melissa miała nadzieję, że Diana gdzieś po drodze się nie zgubi. Sama postanowiła się rozglądnąć, ale wolała zostać ,,Stróżem Ogniska”, które jeszcze nie zostało rozbite, ale zajęła się przygotowywaniem na nie miejsca. Ktoś chyba wziął ze sobą pianki i głowę pełną historii o duchach.
Szturchnął przyjaciela, słysząc jego słowa. Powinien być po jego stronie. Zdziwiły go słowa dziewczyny. Lewy kącik jego ust uniósł się, a brwi zmarszczyły. Był nieco zdumiony. Już któryś raz zgadali się w czymś. - Dokładnie - przyznał jej rację ze zdziwieniem i dość cicho, nie chcąc do końca, by to usłyszała. Melissa poszła na moment do namiotu, a on w tym czasie zaczął szukać czegoś w plecaku. Gdy wróciła, by przygotować miejsce na ognisko. Zaszeleścił, dwiema torebkami pełnymi pianek, które zabrał ze sobą. Tak na wszelki wypadek. - Nie jestem taki zły, co księżniczko? - spytał, podnosząc się i wyciągając do niej rękę z jedzeniem, by zobaczyła sama.
Po słowach Diany skubał sobie dalej trawkę nie wadząc nikomu aż do czasu gdy podeszła Nali i zapytała o czym myśli - Nie o czym, a o kim -odpowiedział. Była to pierwsza odpowiedź jaka nasunęła mu się na język. Niebo robiło się coraz to ciemniejsze więc postanowił pomóc Mel w rozpalaniu ogniska. Bo raczej siedzenie i nic nie robienie nie było tym czym chciał robić przez całą noc.
Wróciła z naręczem suchych patyków i gałęzi spojrzała po zgromadzonych, którym się nawet dupy nie chciało ruszyć. Trudno. Będą latać po drewno po ciemku, kij im w oko. Skoro Mel zrobiła trochę miejsca na ognisko, kucnęła obok i zajęła sie ustawianiem drewna w coś przypominające stożek, żeby łatwiej było go podpalić. -Ktoś ma jakiś papier, czy coś co będzie się łatwo palić? -Zagadnęła spoglądając na zgromadzonych. Przy okazji wstała, żeby podejść do swojego plecaka i wyciągnąć z niego zapalniczkę.
Nali została sama na trawie. Patrzyła się gdzieś i nigdzie. Wszyscy coś robili a ona siedziała i zastanawiała się nad sensem tego co ona tu robi i tego jakiego ma pecha w życiu.
- Ta, trochę bardzo ciętą. - mruknął cicho pod nosem bardziej sam do siebie niż do nich. Schował ręce do kieszeni bluzy wciąż obserwując Caleba i Mel. Skrzywił się nieznacznie, kiedy parabatai go szturchnął. Nie zawsze musiał być po jego stronie, w takich sytuacjach jak ta wolał pozostać bezstronny. - Pomóc ci w czymś? - zapytał przenosząc brązowe spojrzenie na Melissę. - Hm... Ciekawe czy są zatrute. - powiedział, gdy Cal wyjął swoje pianki.
Zerknęła na Matta i Natali. Mogliby się ruszyć i zrobić cokolwiek, a nie rozmawiać o miłostce chłopaka. Inicjały nadal widniały na jego twarzy, chociaż mniej zaognione niż wcześniej, bo Kai rzucił na niego jakieś zaklęcie pod wpływem Nicoletty. Trzeba było przyznać, że Sam zostawiła mu świetny prezent. Diana wróciła z patykami i ustawiła je w stożku. Nocni Łowcy nie potrzebowali zapalniczek, wystarczy, że mieli stele. Melissa wyciągnęła swoją z kieszeni i nakreśliła drobną runę na jednej z gałęzi. Natychmiast zaczęła płonąć, a ogień się rozprzestrzenił. Spojrzała na pianki. – Zawsze możesz próbować mnie otruć. – Zgodziła się z Nealem. - Zamiast jabłka, wyciągasz pianki, a na dodatek starasz się być miły. Podejrzane… - Zerknęła na niego, a potem udała się do namiotu po latarkę.
Skoro Mel postanowiła podpalić ognisko przy pomocy steli, Dianie nie pozostało nic innego jak po prostu wzruszyć ramionami i przyciągnąć plecak bliżej ogniska. Usiadła na powalonym konarze i wyciągnęła z plecaka kanapki. Rozpakowała jedna i zaczęła jeść. Na jutro nie miała prowiantu, zresztą w takiej temperaturze jedzenie zaczęłoby się psuć. Jeśli nie znajdą tego Wyklętego i będą musieli znów tu zanocować, to pewnie trzeba będzie coś upolować. Może jakiegoś zajączka, albo wiewiórkę. Hmm.. Do tego przydałby się łuk i ktoś, kto umie z niego strzelać. Rozejrzała się jeszcze raz po zgromadzonych, powoli przełykając kanapkę. Na chwile skupiła uwagę na Mel i Calebie zastanawiając się czy, aby na pewno chce dziś z nimi spać w namiocie. -Jak nie będziecie w nocy cicho to was zwiążę i zaknebluję - rzuciła do nich unosząc brew, trudno było wyczuć czy żartuje czy mówi serio.
Usłyszał kawałek rozmowy między Mel a Nealem. Właściwie to usłyszał słowo pianki i dalej już nie słuchał. Podszedł cicho do pianek i wziął kilka. Miał nadzieję, że nikt nie zauważy małego braku. Po czym udał się do namiotu podążając za Mel. -Czego szukasz i czy ci pomóc? -zapytał rozkładając się po ogromnym namiocie. Gdy szedł, przez przypadek potknął się o plecak i fuknął pod nosem -Kto normalny zostawia plecak na środku pokoju? -po chwili jednak zorientował się że to jego.
Nali szła powolnym krokiem do namiotu, gdzie większość osób przebywała, kiedy weszła do środka zobaczyła zezłoszczonego Matt'a i w tej chwili od razu wyszła. Poszła do w głąb las, mając nadzieję, że nikt jej w tym nie przeszkodzi. Nawet osoby jej bardzo bliskie. Nali usiadła na pierwszym lepszym korzeniu.
Wydawało mu się, że wyczuł coś niepokojącego, nie był do końca pewien co to było. Chciał to sprawdzić, dlatego zaraz po przejściu przez Portal oddzielił się od reszty. Na szczęście niczego nie znalazł, choć trzeba było przyznać, że miał problem z odnalezieniem reszty, przynajmniej dopóki nie zapłonęło ognisko. Przystanął skryty w ciemności, dostrzegając postać siedzącą na korzeniu. Była zwrócona do niego plecami. Uśmiechnął się parszywie pod nosem, miał dość nietęgi nastrój, dlatego do głowy przyszła mu kompletna głupota. Nastraszy tę postać. Musiała być nierozważna, skoro siedziała tu sama. Będzie mieć nauczkę. W ciszy zakradł się do jej pleców, schylił się do jej ucha i zanim poczuła jego oddech, zakleszczył ciężkie łapy na jej ramionach. - Bu!
Caleb westchnął. Przyłożył dłoń do czoła. - Czemu musicie mnie ranić, kiedy próbuję być miły? - wytarł wyimaginowaną łezkę. Spojrzał na swojego parabatai z wyrzutem. Czasem nienawidził jego obojętności. Mógłby dla odmiany stanąć po jego stronie. Melissa użyła steli, żeby wywołać ogień. Na jego twarz wkradł się półuśmiech. - To także mogłem zrobić za ciebie nie używając steli - stwierdził, po czym wziął jedną piankę i ostentacyjnie włożył ją sobie do ust, przeżuł i połknął. Wszystko to, by udowodnić, że jego zachowanie nie miało ukrytych motywów. - Są dobre. Czego chcecie? - zmarszczył brwi i sięgnął po kolejną piankę. - Nie martw się, nie przytyjesz raczej, księżniczko.
Nic się już nie odzywała. Zmięła jedynie foliowy woreczek w dłoni i wrzuciła do ogniska obserwując jak się kurczy i ciemnieje pod wpływem ciepła. Nie była w najlepszym humorze, trudno było stwierdzić, czy to efekt zmęczenia czy chodzi o coś innego. Wyjęła jeszcze telefon z kieszeni i zerknęła na wyświetlacz. Brak zasięgu. -Świetnie - mruknęła pod nosem i obmiotła nieprzychylnym spojrzeniem sklepienie nad ich głowami, na które składały się gałęzie zarówno liściastych jak i iglastych drzew. Do głowy przyszło jej, że mogłaby się przejść i znaleźć trochę wolnej przestrzeni, na której to może złapałaby zasięg, bo na spanie było zdecydowanie za wcześnie. -Zaraz wracam - mruknęła po chwili. Nie mówiła tego do nikogo konkretnego, w końcu i tak jej nie słuchali. Ot, rzucona w przestrzeń wiadomość. Podniosła się z powalonego konaru i ruszyła w ciemną przestrzeń przed sobą, przy okazji zerkając co jakiś czas na wyświetlacz telefonu.
Posłała uśmiech ku Nealowi, w tym samym czasie, gdy Caleb spojrzał na niego z wyrzutem. Nie miała wątpliwości, że bierze jakąś stronę. On po prostu wybrał tę słuszną. Ognisko było już przygotowane, ale Nocnych łowców po prostu ubyło. Rozglądnęła się z dezorientacją. Nali gdzieś zniknęła, Diana właśnie wędrowała w stronę lasu, jedynie Neal siedział pod drzewem, a Matt wyszedł z inicjatywą pomocy. Melissa przeniosła wzrok na blondyna, który zjadał pianki. – Skoro mam stelę, to czemu miałabym jej nie użyć? – Pokręciła głową z dezaprobatą. Nie musiał na każdym kroku udowadniać jaki to jest wspaniały i wszechstronny. – Awansowałam już na szlachtę? Jak miło. –Poszła do namiotu i zaczęła szukać latarki w swoim plecaku. W końcu co to za ognisko, bez historii o duchach? Potrafiła je opowiadać, ale wolała słuchać kogoś, kto to robił lepiej. Bardziej strasznie. – Latarki. – Oznajmiła krótko i odwróciła się do Matta, gdy przewrócił się o plecak. Chwyciła znaleziony przedmiot i pomogła chłopakowi wstać.
Caleb wywrócił oczami, gdy zobaczył, jak dziewczyna uśmiecha się do jego przyjaciela. Coś przewróciło mu się w żołądku. - skarbie, przecież nie rzucam żadnymi zarzutami w twoim kierunku - stwierdził z niewinnym uśmiechem i uniósł dłonie w obronnym geście. - Oczywiście, ma pani - jego głos był przesadnie słodki. Kiedy wróciła z latarkami, westchnął. Nienawidził historii o duchach. Nie było nawet trochę straszne, przez to co przeszedł w życiu jako nocny łowca. - Serio? - spytał zrezygnowanym tonem.
Razem z Matt'em wróciła do reszty z latarkami w dłoni. Tylko raz uczestniczyła w ognisku ze Strasznymi Historiami, a potem wręcz trzęsła nogami ze strachu. Gdy teraz odtwarza sobie w myślach tą "straszną" historię, to wydaje jej się wręcz zabawna, ale miała wtedy sześć lat, a jej dziadek był świetnym mówcą. - To tradycja. - Rzuciła w stronę Caleba i włączyła latarki. Przez chwilę skierowała światło na jego oczy, a potem je opuściła. - Jeśli nie chcesz, to nikt cię nie zmusza. - Wzruszyła ramionami i zerknęła w stronę ogniska. - Gdzie zginęły Natali i Diana? - Zmarszczyła brwi. Miała nadzieję, że Wyklęty ich tak szybko nie znalazł.
Zamknął momentalnie oczy, gdy światło latarek go oślepiło. Nie zdążył nawet nic odpowiedzieć. Z jego gardła wydobył się warkot. - Uważaj, księżniczko - syknął robiąc krok w jej stronę. Zmniejszył odległość między nimi do kilku centymetrów ignorując jej pytanie. - Jeszcze w nocy dopadną cię duchy.
Najpierw zaszeleściły liście w krzakach, a po kilku chwilach wyszła z nich Diana. Przeczesała dłonią włosy w wyrazie niejakiej frustracji. Nie złapała zasięgu, a nie chciała dalej iść po ciemku, żeby się nie zgubić. A jak wiadomo nocą w lesie o to bardzo łatwo. Westchnęła ciężko i podeszła do reszty. -Macie jeszcze te pianki? -zapytała spoglądając to na Caleba to na Mel. Chyba im w czymś przerwała, ale mówi się trudno.
Nali nadal siedziała na korzeniu ze zwichniętą kostką. Miała nadzieję, że ktoś łaskawie przyjdzie po nią, ale ta chwila nie nastąpiła. Dziewczyna po pewnym czasie była już zmęczona więc zasnęła na korzeniu oparta o pień grubego drzewa. Chciała tylko, aby demon nie przyszedł do niej. Przed snem ostatni raz chciała krzyknąć – RATUNKUU! - Krzyknęła ostatni raz ponieważ sen z nią wygrał. Śniło jej się że nie ma zwichniętej kostki i że siedzi sobie z wszystkimi przy ognisku.
Przeniosła spojrzenie na Caleba, gdy przemierzył odległość między nimi. - Duchy? Przed chwilą zdawałeś się w nie nie wierzyć. - Kąciki jej ust delikatnie powędrowały do góry. Melissa była Nefilim. Duchy w porównaniu do Demonów i innych istot ze Świata Cieni stanowiły bajkę, w którą ledwo wierzyły dzieci, bo od najmłodszych lat trenowały, aby być najlepszymi Nocnymi Łowcami. Oczywiście chodziły pogłoski, że istniały, ale ukazywały się tylko nielicznym, a od Mel po pewnym czasie nawet zwierzęta uciekały. Spojrzała w stronę hałasu, który wydała Diana. Zdawało jej się, że usłyszała coś jeszcze, ale uznała, że to po prostu leśne zwierzęta i to zignorowała. - Pewnie. - Powiedziała i chwyciła paczkę pianek, które leżały na pniu ogromnego drzewa i podała je Dianie. Katem oka zauważyła, że Neal zasnął oparty o drzewo. Trzeba by go czymś przykryć, bo zamarznie na kość, a wystarczało to, że wyglądał jak chodzący trup.
Przechylił głowę w bok i ze zdumieniem uniósł brwi. - Mam nadzieję, że tylko tak sobie gadasz, bo nie zrozumieć tak oczywistego sarkazmu, to nawet jak dla ciebie ogromny wyczyn - skwitował jej słowa. Na pytanie Diany tylko kiwnął głową. Mel wyręczyła go i nie musiał dziewczynie podawać pianek. Następnie jego wzrok skierował się na Neala. Pokręcił głową, ale w środku się uśmiechał. Zerknął kątem oka na Melissę, która go ignorowała. Zdjął więc swoją kurtkę i tak by nikt nie zauważył, podszedł do swojego parabatai i przykrył go. Nikt go nie znał więc i tak nie musiałby odpowiadać na pytania, co się stało z jego kurtką. Zmierzwił przyjacielowi jeszcze włosy i ostrożnie podszedł do ogniska. - Po co nam latarki, skoro mamy ognisko? Rozumiem, że atmosfera i te sprawy, ale to trochę bez sensu - stwierdził, krzyżując ręce na piersi.
Siedział sobie tak pogrążony w pół śnie, kiedy niespodziewanie ktoś przykrył go kurtka, musiał przyznać, że to było mile i oczywiście domyślał się, że to pewnie jego parabatai. On wcześniej nie pomyślał o tym, że może być mu zimno. - Miałeś nie tykać moich włosów Cal. - Mruknął cicho pod nosem nie otwierając oczu i westchnął głośno, gdy chłopak zmierzwił mu włosy. Wciąż w tej samej pozycji wrócił do spania.
Wzięła od Mel pianki. -Dzięki -rzuciła po czym zerknęła jeszcze na Caleba. Doszła do wniosku, że zabawna z tej dwójki będzie para, po czym wpakowała sobie piankę do ust. Podeszła do leżącego nieopodal ogniska konaru i usiadła na nim wyciągając nogi bliżej ognia. Znów spoglądała na Mel i Caleba, bo jak na razie to było jedyne źródło rozrywki, Kurcze przydałby się popcorn, no ale pianki tez były okay. Znów wsadziła sobie jedną do ust. -To może lepiej zacznijcie te opowieści, bo inaczej będziecie się kłócić o to do rana, a ja bym chciała jeszcze pospać - rzuciła zaraz po tym jak przełknęła piankę.
- Potraktuję to jako komplement. – Rzuciła do niego i usiadła na pniu. Zerknęła przez ramię za siebie, przez chwilę się zastanawiając czy nie nakreślić na ziemi jakiś run „zabezpieczających”, ale w końcu to był normalny las, więc nie spodziewała się tu nagle watahy wilkołaków, za którymi nie przepadała.– Jeśli masz zamiar narzekać tak cały wieczór, to zrób coś pożytecznego i pójdź na spacer. – Rzuciła w niego wyłączoną latarką, na szczęście miała dwie. Zerknęła na Dianę i westchnęła donośnie. – Ty też przeciwko mnie? – Zgasiła latarkę i zawiesiła spojrzenie na dziewczynie. - Łaski bez, idźcie spać. – Powiedziała po chwili i przewróciła oczami. Skoro nikt nie chciał słuchać opowieści, to nie. Niech się obżerają piankami czy idą spać. Melissa wstała i zaczęła zmierzać w stronę lasu, aby przeczesać teren.
Jared błąkał się po lesie, wyruszył razem z nocnymi łowcami, ale już na początku jakoś się od nich oddzielił. Nie przepadał za towarzystwem, ot co. Właśnie przemierzał jakieś niezbadane krzaczory z latarką w ręku, kiedy to usłyszał wołanie o pomoc. Zmarszczył nos w wyrazie niezadowolenia. Zajebiście, jeszcze mu tego Wyklętego laska wypłoszy, bo rozpoznał, że to kobiecy głos. Prychnął pod nosem i ruszył w kierunku krzyków. Kiedy dotarł na miejsce zastał śpiąca na konarze Nali. Omiótł ją światłem latarki. Jej noga była wykręcona w trochę nienaturalny sposób. Westchnął ciężko i rozejrzał się. Z daleka było widać mijający między drzewami płomień ogniska. Wywnioskował, że skoro ona tu śpi, to musi to być obozowisko reszty nocnych łowców. Wyłączył latarkę i schował ją do tylnej kieszeni spodni. Po czym podszedł do Nali i wziął ją śpiącą na ręce. Ruszył w stronę obozowiska, szedł powoli, starając się przy tym nie potknąć, bo wtedy to mogłoby być dopiero mało przyjemnie. W końcu dotarł do obozu, łypnął na nich jak to on mało przychylnym okiem, po czym posadził Nali obok śpiącego przy drzewie chłopaka. -Wasza zguba - mruknął prostując się.