shadowhunters
Wszystko skończyło się szczęśliwie. Demoniczny kielich został zniszczony, Mroczni Nocni Łowcy pokonani, a nowe porozumienia zawarte. Na świecie zapanował pokój, a wszyscy uradowani opuścili Idrys wracając do swoich Instytutów. Głos w Twojej głowie zaśmiał się. Najlepiej by było, gdyby Demony nie ruszały się ze swojego wymiaru i nie atakowały, biednych, głupich Przyziemnych. My, Nocni Łowcy, stworzeni przez Anioła Razjela, mamy brać na swoje barki ciężar tego świata, zapobiegając wszelkim konfliktom i wojnom. Ulepszeni runami i nafaszerowani treningami, walczymy z demonami i Podziemnymi.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 listopada 2015

what really is...

What really is life?
Przyszła na świat w szczęśliwej, kochającej się rodzinie; chodziła do prywatnej szkoły katolickiej, gdzie wychowano ją na ludzi, w miłości i w nabożeństwie; tak przynajmniej chciała żeby było. Urodziła się, wraz ze swoimi narodzinami od razu zsyłając na świat śmierć innego człowieka – matki. Wychowana została przez ojca – alkoholika, z roku na rok, coraz śmielszego w swojej gwałtowności. Jednego dnia potrafił czołgać się przed nią, błagać o jej miłość, o wybaczenie staremu pijakowi; drugiego uniemożliwiać jej wyjście do szkoły – do kumpli. Nigdy przyjaciół, ich nie miała. Miała tylko wianuszek otaczających ją ludzi. Ją – pozytywną. Ją – tak samo niedostępną prywatnie, jak interpersonalnie otwartą osobę. I tylko jedno się zgadzało. Wierzyła w Boga, ale już nie wierzy.
Przestała doświadczając trudów życia, dogorywając na zimnej posadzce w kuchni, po jednej z wielu, ale jedynej tak nieszczęśliwej, zakończonej feralnym wypadkiem kłótni. Widziała wszystko. Ziemię, piekło, oczyszczenie, światełko w tunelu, ale żadnej dobrotliwości. Ziemię – po której stąpała, brutalnie rzeczywistą. Piekło – co w sumie było jednym i tym samym. Oczyszczenie – bo życie przewijało jej się przed oczami. Żałuj za grzechy, Kyleigh – słyszała cichy głos w głowie, podpowiadający jej, że ktoś kto raz zabił człowieka, matkę na początek, zasługuje na pokutę. Jej przyszła szybko.
Było światełko w tunelu – odkupienie, tak zwane nowe życie. Tak samo, a może nawet bardziej popieprzone od poprzedniego. Bez miłosierdzia. Na niego nie było miejsca. Już nie wierzysz, Kyleigh. Pójdziesz do piekła – podpowiadała sobie, kilka lat później, żądna krwi, o głodzie odbierając życie niewinnym ludziom. Już w nim żyję – bo czy istniało gorsze piekło niż kto, na które spisał ją on – jej Stwórca? Ten sam, do którego miliła się przez naście miesięcy i ten sam, którego dłużej niż wielbiła – nienawidziła. Ten, który zwykł się zwać jej rycerzem – wybawicielem od nieszczęsnego losu córki alkoholika, a był zwykłym opatem – skazującym ją na nie-byt, a chorą wegetację. Był ponoć dobry, ponoć troskliwy, ponoć słodki, ponoć wspaniały i ponoć pomógł jej przejść przez te trudne lata. Ponoć. Bo tak sam mówił. A jemu nie wierzyła. Był tylko chorym, niewyjaśnionym, niekontrolowanym zauroczeniem. Więc uciekła od niego, dosłownie i w przenośni, paląc za sobą wszystkie mosty. Czy czasem, jak w jej przypadku – domy. Dobrej nocy, Xavier — życzyła mu wtedy zostawiając pożar rozniecony w jego pokoju. Miał być to sen, z którego nigdy się nie wybudzi. Ale obudził. Prosto do jej prywatnego koszmaru. Podążając za nią wszędzie. Z miasta do miasta. Państwa do państwa. Nawet na jebany, drugi kontynent.

Witaj w Mieście Aniołów, Desair.

Witaj w domu, Kyleigh.

Witaj w piekle, Lust.

What really is death?
Czerwona płachta pościeliła ziemię. Drobne ciało z szelestem opadło na pozorne posłanie, obsypane płatkami krwisto czerwonych róż. Leżała na ziemi. Ciało przy ciele. Zaspokojone pragnienie przy kojącym odurzeniu. Zdawałoby się, że jej policzek ledwie musnął podłoże, zatapiając się w cieple warstwy osłaniającej ją przed chłodem ciągnącym od gleby, a już zasnęła. Pogrążyła się w długim, głębokim śnie. Niepokój żarliwego pożądania i niemoc poddania się mu na ułamek sekundy opuściły jej ciało. Czuła rozluźniające się mięśnie, błogość rozchodzącą się po ciele. Wieczny sen. Przychodzącą po nią śmierć, zgarniającą ją do siebie zimnymi ramionami. Bolało, jak diabli bolało, przechodzenie na drugą stronę. NIe było światełka w tunelu. Była mgła, gęsta, ciężka, przez którą trudno było się przedrzeć. I był ból - ogromny, zabierający dech w piersiach, ściskający rozszarpane gardło. Strużki posoki spływały z jej świeżo rozerwanej aorty. Powoli świadomość przebijała się przez pierwszą falę odprężającego spokoju. Uniosła ociężałe powieki. Przez kurtynę rozmazanego obrazu dostrzegła bordową kałużę, która we śnie wydawała się smagającym delikatnie ciało jedwabiem. Nurzała się w cuchnącej brei, broczyła w niej, nie czując już przejmującego gorąca. Obścielający ją płaszcz jej własnej, teraz już zaschniętej, krwi już nie wydawał się tak malowniczy jak wcześniej. Spróbowała przełknąć ślinę, czując suchość w ustach, metaliczny smak na języku. Obrzydliwie nieznośny, niewyobrażalnie degustujący, budzący mdłości. Skuliła się w miejscu, czując zimno od lewego ramienia. Lodowatą skórę. Zimno przenoszące się z jednego ciała na drugie. Bała się spojrzeć w tamtą stronę. Wprost w oczy swojej ofiary. Jęknęła. Z bólu. Żałości. Ze zrezygnowania. Z bezsilności. Zimne dreszcze przeszyły jej ciało. A z miejsca, w którym się rozchodziły - w każdym, nawet najmniejszym nerwie - przeszywający ból, jakby ktoś przebijał jej skórę, mięśnie i kości, rozpalonymi do czerwoności szpilami. Szarpnęła się. Ludzka natura walczyła z przyswojeniem nowych potrzeb. Organizm prowadził zaciekłą walkę. Zamknęła oczy. Mocno. Ciasno ścisnęła powieki, próbując odnaleźć w mroku, na oślep, po omacku zagubioną zimną kosę. Chciała umrzeć. Istotnie, kiedy w końcu po kilku godzinach wyczerpującej ciało i ducha agonii, poczuła rozluźnienie - myślała, że taki był jej koniec. Przeżyła szesnaście niewinnych lat, żeby umrzeć nieczysto, na betonowej posadzce czyjejś piwnicy, wypluwając na siebie cudzą i własną krew. To chyba nie był jej dzień.

What really is hate?

— C'est vrai? Życzysz mi śmierci? — spytał.

Nie było nic nadzwyczajnego w tym, że długo nie mogła patrzeć z tak małej odległości na wykrzywioną w ironicznym uśmiechu Jego twarz. Za każdym razem kiedy widziała ten ostro zarysowany podbródek i usta zwiastujące gamę słów, jakie miały z nich spłynąć, bijąc ją w uszy swoją bezczelną bezpośredniością. Za każdym razem kiedy patrzyła w jego prowokująco utkwione w niej oczy i przejeżdżała zachłannie spojrzeniem po jego muskularnie zbudowanej sylwetce, nabierała pewności, że facet ten ma jakieś powiązania z diabłem i przyszedł tu by wrzucić ją w czeluści piekieł (a jak wiadomo, czort swego nie brał, nad czym ubolewała, bo pociągnąć go za sobą nie mogła). Nie pozostało jej wiec nic innego, jak odsunąć się raptownie i wlepiać w niego bestialskie spojrzenie, sama walcząc z żarem emocji, rozpalającym ją od środka. Walczyć z małym piekiełkiem wewnątrz niej, palącym umysł do stanu nieużywalności. Tak, wtedy właśnie nabierała przekonania, że chętnie popatrzyłaby jak pali się w tym piekle razem z nią.
— Kotku, słońce, kochanie ty moje, gnoju pierdolony — rzuciła w mało subtelnym tonie, używając słownictwa, które rzadko dało się z nią skojarzyć, a którym w tym momencie jej wargi ociekały w tak przekonującym wrażeniu, jakby na co dzień używała tak twardego języka. – Daj mi drewniany kołek nasączony werbeną, wskaż mi drogę do Twojego łóżka, a niech skonam, zapewnię Ci noc, jakiej do śmierci nie zapomnisz – warknęła utrzymując jednak dystans jaki między nimi narzuciła. Ach, gdyby chociaż w połowie wywoływał w niej takie pożądanie, jaką wywoływał w niej złość, byliby idealnym materiałem na kochanków. Ale ich relacje na ten moment opierały się na określonym schemacie. Ona nienawidziła go za to, że z każdą chwilą miała coraz więcej powodów by nienawidzić go mocniej, a on kochał miłością nieograniczoną to, jak bardzo wyprowadzał ją z równowagi jednym słowem, jednym gestem, każdym kolejnym coraz bardziej, rozniecając w niej wściekłość aż do czerwoności.

— Byłabyś świetną tancerką. Balet. Albo tango? Samba. Coś pobudzającego zmysły, nieświadomego seksapilu, niewinnej prowokacji i uwodzenia...

Nie widziała ani pożądania, ani tej nutki estetyki z jaką na nią patrzył. Widziała go takiego, jakiego wyobrażenie zaszło jej w pamięć. Bezwstydnego krwiopijcę czerpiącego chorą satysfakcję z wchodzenia jej w drogę, kiedy ponad wszystko potrzebowała tylko spokoju. Zawsze miała się za cierpliwą osobę, ale to co On z nią robił, w jaki sposób wybudzał w niej najczarniejsze zakamarki jej duszy.
— Xavier… - rzuciła zbyt łagodnie by nie miała głębszych planów co do niego. Uniosła na niego wzrok, patrząc mdło zielonymi tęczówkami prosto w jego oczy. Milczała, niemo przekazując mu ostrzeżenie w spojrzeniu. Sygnał zwiastujący, ze powoli przegina, a ona nie zna dokładnie granic swojej cierpliwości. To jednak nie starczyło by go uciszyć. Mówił dalej. Ciągnął w tym samym słodkim, niezmąconym żadnym niepokojem głosem. Tak stonowanym, że szczytowała w niej złość za tą jego pewność siebie, z jaką pokazywał, że to ona jest tu słabym ogniwem, a on nie ma najmniejszych powodów do poczuwania się zagrożonym jej towarzystwem. W jednym momencie znalazła się za nim, wykręcając mu ręce do tyłu, mało subtelnie, z pełną irytacją przyciągając go do siebie, żeby mogła pochylić się nad jego uchem:
— Zatańcz ze mną, kotku — szepnęła stawiając mu wyzwanie, najwyraźniej znudzona samymi pustymi groźbami. Nie wydawała się w tym momencie tak litościwa i cnotliwa, jak ją opisał. Ale to mogło łatwo się zmienić. Jak wszystko w niej, w jego obecności. Nie spodziewała się, że zmąci jej umysł w taki sposób, że sama zwątpi co chciała w tym tańcu robić, ale właśnie tak się stało. Jak pytała samą siebie, czy chciała jego śmierci, bez wahania odpowiadała, że tak, ale teraz kiedy on spytał o to głośno, zwątpiła. Szkoda byłoby tak majestatycznej gry ich dwojga, jaką ze sobą prowadzili już od kilku lat. I choć nie potrafiłaby się do tego przyznać – przede wszystkim żal by jej było ze świadomością, że już więcej nie poczuje tej fali palącego gorąca, która jako jedyna dawała jej sygnał, ze jeszcze nie jest martwa od środka. Nie jest zimną skorupą lodu. Coś jeszcze czuje. A skoro on był tego przyczyną – zabicie go byłoby dla niej ogromną stratą.

Taniec – powiedział, patrząc jej w te jasne, emanujące światłem oczy – to przede wszystkim zaufanie. Musisz być pewna, że Twój partner nie rzuci Tobą podczas piruetu o ścianę, ani że nie złamie Ci ręki w nieudolnej próbie pokazu gracji. Taniec to również ekspresja. Pożądanie, nienawiść, miłość, zauroczenie, sympatia, zaślepienie, smutek, rozpacz... Jeśli ktoś powiedział kiedyś, że taniec to zbitka kroków i figur, był większym głupcem niż Ty myśląc, że jedyne co Ci zostało to nienawiść.

Wszystko działo się tak szybko, że nie zdążyła zauważyć kiedy znalazła się w jego ramionach, w jakim tempie ten niewinny zwrot akcji przeobraził się w istną walkę o dominację i w jak gwałtowny, zupełnie nieprzewidziany, bestialski sposób została twardo przywrócona do rzeczywistości, w której odniosła całkowity fiask, może nie bez klasy, ale zupełnie za łatwo dając się przyćmić jego osobie. Przez chwilę była ona i dyktowane przez nią warunki, a później tylko on ciągający za sznurki i ona, jego lojalna marionetka, bezwiednie poruszająca się w rytm jego ruchów. I im pewniej próbowała się wyrwać z jego uścisku, tym ciaśniej on przyciągał ją do siebie, aż w końcu osiągnęli punkt krytyczny, w którym bliżej niego znaleźć się już nie mogła. Była już tak blisko, że wypaliła się w niej cała wściekłość i została tylko niema prośba o zatrzymanie jej w jego ramionach. Nie tylko schwycił jej ciało, udało mu się złapać też jej duszę i cierpiące teraz z roztargnienia psyche, walczące z niebezpiecznie zbliżającą ich ku sobie siłą. Niemalże jęknęła w duchu zdając sobie sprawę, że nie wie co jest jej odpowiedzią. Choć zewnętrznie była nieporuszona, stabilna, obojętna. Wewnętrznie wstrząsnął nią dreszcz. Wrogiej pasji? Ognistej nienawiści? Żarliwego zniesmaczenia? Gorliwej pomsty o uwolnienie jej z łańcuchów jego natarczywości? Pewnie tak. Był blisko, za blisko, jego szept odbił się echem w jej umyśle i zakorzenił się gdzieś blisko jej serca, otumaniając zmysły.

— Ufasz mi, Kyleigh?

Przypomniała sobie. Nienawiść miała słodko-kwaśny smak. Zapach lawendy, zniewalający, usypiający i uśmierzający ból istnienia, pieprzony weltschmerz bytu; wymieszany z wonnym zapachem traw i lasu, upajał przytomność. Tak pachniało głębokie rozgoryczenie. Nieprzytomne uzależnienie od wyższego uczucia. Niezdefiniowanego i zabijającego człowieka od środka, jednocześnie umarzającego cierpkie cierpienia. Lawenda i zapach lasu… nie spodziewała się, że Xavier mógłby pachnieć tak samo. A to olśnienie kosztowało ja więcej wysiłku niż szarpanie się w tańcu o wolność. Przymknęła oczy, uczucie, które rozrywało jej w tym momencie serce musiało mieć powiązanie z niestabilnością emocjonalną, jaką teraz odczuwała, na skutek jego nieposkromionej bezczelności pewnie.
— Ufam… — rzuciła poddając się obecnej sytuacji i rozluźniła jak dotąd spięte mięśnie, nie stawiając już oporu przed tańcem. Oparła się o niego plecami z żalem. Koniec gry. Przegrała. Bo świat by się skończył gdyby nie ufała swojej nienawiści.

— C'est la vraimment magie de Noël.
To właśnie jest magia nowego Narodzenia.

Jeden, dwa, trzy… coś zasysało ją od środka, wynaturzenie wręcz dawało o siebie znać w rzucającej ciałem żądzy. Cztery, pięć… Silne uczucie nią miotające nie potrafiło, a nawet nie mogło znaleźć dla siebie żadnego upustu. Sześć, siedem, osiem… Krew pulsowała jej w żyłach, jak po gorącym seksie, i wszystko jasne… dziewięć… była głodna, zastraszająco głodna. Dziesięć, jedenaście… zdejmując z siebie ubrania, myślała o tej wspaniałej uldze, jaką miała odczuć po spożyciu odrobiny chociaż krwi. Dwanaście… trzydzieści… metaliczny smak, rubinowy odcień prawdziwej rozkoszy, strużka błogiego zaspokojenia spływająca po karku przypadkowej ofiary. Trzydzieści jeden… odór śmierci, wonny zapach okiełznanego głodu. Trzydzieści dwa. Wyszedł… liczyła kroki. Zanurzyła się w wodzie, czując jak po jej ciele spływa płynne cierpienie, zmyta z niej cała nienawiść, rozgoryczenie, żal, chęć zemsty, chęć mordu, chęć… zsunęła się do dołu chowając głowę pod taflą wody. Pragnienie głodu dalej zostało. Wszystko. Aż po rozszarpującą ciało agonię i tęsknotę za… czymś. W tym przypadku świeżo wyssaną, upragnioną, krwią, prosto z żyły. Jęknęła w duchu, jak za każdym razem kiedy czegoś jej brakowało. Jak zawsze kiedy umierała z pożądania. A więc tak się bawią wampirki…

What really is love?
Głosząc fałsze powszechne, istnieje w naturze człowiek, który ma wszystko i wszystkich głęboko tam, gdzie kręgosłup moralny kończy lub rozpoczyna swoją drogę. Ona, jakby sama miała to określić, znalazła by na to bardziej szlachetne słowa: „Swój kręgosłup moralny pociągnęłam do grobu zawczasu – akurat mi się nudziło.” To byłoby jednak obmierzłym kłamstwem. Pogrzebała go, zakopała głęboko w sobie, nie tylko wrzuciła do spróchniałej, zapleśnianej trumny, ale i skazała na zapomnienie w kwaśnej, cierpkiej, brunatnej ziemi . Brutalnie zarżnęła, patrząc jak jego cuchnące, rozkładające się truchło zostaje pożarte przez wyższe uczucia. Szkodniki, pasożyty w jej ciele, przysysające się do jej serca i wyżerające soki jej życia. Pierdolone termity, zamiast próchna, zżerające ludzkie mięso, tkankę mięśniową, a z nią napęczniały od krwawiących wrzodów pulsujący, najaktywniejszy w organizmie mięsień. Dziś martwy. Bowiem ciężko w sobie obudzić obrosłe kurzem organy, oblepione pajęczyną, załatane szwami, bo kiedy raz wyrwie się nieudolnie wyryte łatki, brunatno krwista breja może spłynąć nie tylko po skamieniałym płacie, może się rozlać po poharatanym korpusie, znacząc krwawą rzeź. A kiedy raz smolista ciecz wypłynie ze stłamszonej piersi, a ranę po niej pochłonie pierdolona infekcja, raz zabite dechami serce, rozszarpane rozżarzonymi do czerwoności gwoździami, drugi raz już się nie zagoi. Obumrze, zostawiając w tle odór spalanego białka i zakrzepniętej posoki. DLATEGO właśnie, nie warto zrywać plastrów na powoli konającym organie. Jeśli jednak trafi się ktoś, kto nawet w niej poruszyłby pulsujące żyły i napompował odpowiedni punkt w odpowiedniej części na ciele, odpowiednio delikatnie zaróżawiając obumierającą tkankę… to jasny sygnał. Ona go kocha. Tylko dlatego – pamiętając Jego, widząc Jego, czując Jego, pragnąc Jego, słuchając utworu, przy którym tańczyli po raz pierwszy i ostatni – chce szukać Jego. Tylko dlatego, znajdując go – przykładając z czułością dłoń do jego policzka, patrząc kwilącym spojrzeniem w głębokie tęczówki oczu, chce błagać o wybaczenie. Najpierw niemo. Z wrażliwością doszukując się wybaczenia w jego spojrzeniu. Potem głośno prosząc o przebaczenie.
— Przepraszam Cię — rzuciła cicho, delikatnym, rozmiłowanym ruchem przejeżdżając dłonią po jego policzku — Przepraszam Cię, Xavier — powtórzyła obejmując jego twarz w dłoniach, nie spuszczając z niego rozżalonego, pełnego wyrzutów sumienia spojrzenia.

czwartek, 30 lipca 2015

(...) a zmęczenie da Ci siłę, by w końcu coś zmienić.

Nathaniel ciężko opadł na ławkę w sali treningowej. W łazience zdążył zaledwie schłodzić łeb pod bieżącą wodą. Zimne krople zbierały się w krańcach ciemnych włosów, strosząc bezładną szczecinę i opadając na nagie ramiona; kreśliły mokre ścieżki. Bił od niego żar zmęczenia, a zdawał sobie sprawę, że to dopiero początek. Potarł obity nadgarstek ze świadomością, że dziś będzie jeszcze musiał oprzeć na nim niejeden miecz, wydać dziesiątki cięć. Spoglądał, jak to się mówi, spod byka na rówieśników, którzy właśnie skończyli trening i rozchodzili się do swoich pokoi. Odetchnął głośno, zaplótł dłonie na gorącym karku i gnąc błyszczące od potu plecy wbił rozeźlone spojrzenie w podłogę. Nie mieli prawa odbierać mu czasu wolnego przed kolacją… Prawda? Należał mu się przecież jakiś odpoczynek. Gdzie ten cholerny nauczyciel, którego to zapowiedziała sama Głowa Instytutu? Dlaczego nie mógł kontynuować nauki razem z Setem i resztą? Indywidualny tok… Rzekomo go potrzebował, bo był za dobry by mieścić się w standardzie. Miał się wybić. Wyrobić własne ścieżki. Zostać prawdziwym Łowcą. Jak ojciec, który zakrawał niemal o legendę.

– Nathaniel… – usłyszał głos, który dał się nienawidzić już od pierwszego wypowiedzianego słowa. – Słysząc o Tobie, spodziewałem się zastać tutaj kogoś… Innego. 
Nie dało się nie zauważyć, że na ławce siedział nie kto inny, jak zmordowany wielogodzinnym hartowaniem, dziesięcioletni chłopak. Dotychczas zgarbiony, teraz wyprostował się, rzucając obcemu mężczyźnie zupełnie niechętne spojrzenie. Jego oczy były w tym świetle czarne jak smoła. Kogoś innego? On chyba stroił sobie żarty. Nate zbył uwagę grobowym milczeniem. Był wykończony. I tak trenował więcej niż inni, bo przecież nazwisko zobowiązuje.
– Jestem Peter. Od dziś… 
– Od dziś nie będę trenował z innymi. – przerwał jak zwykle bezczelnie brunet, czując w sercu nawarstwiającą się gorycz – A Ty będziesz mnie nauczał. Powiedz mi coś, czego nie wiem. Słysząc o mnie: kogo konkretnie się spodziewałeś? Herkulesa? – dorzucił z wyraźną kpiną, tak oschle i bezpośrednio, jakby w tym małym ciele siedział zgorzkniały starzec, a nie młody, pełen werwy duch. Było w nim coś zimnego, wręcz odstręczającego, coś czego nigdy nie chciałoby się doświadczyć ponownie od drugiego człowieka. Nefilim. Wszystko jedno.
– Wiem czego się nie spodziewałem - rozwydrzonego smarka. – odparł mężczyzna, szczerze zniechęcony takim wstępem. Obiecali mu doskonale zapowiadającego się młodego Łowcę, ostatniego dziedzica sławy potężnego rodu Nightcrawlerów, a nie jakiegoś niewyrobionego szczeniaka. – Wstawaj i chwytaj za miecz. 

Nie trzeba było powtarzać dwa razy. Nathaniel posłusznie wstał i wziął wcześniej oparty o ścianę miecz do ręki, choć szczególnie się z tym nie śpieszył. Poczuł jego ciężar na nadgarstku, w który jakieś pół godziny wcześniej głowicą przydzwonił mu Set. Oparł więc szpic o podłogę, by ukryć drżenie przeciążonej ręki. Spodziewał się instrukcji, jednak nieznajomy nie zamierzał z nim więcej rozmawiać. Podjął atak. Błyskawiczny i skuteczny. Dzieciak tak naprawdę nie zdążył zareagować, nie wiedział nawet co dokładnie się stało, bowiem sylwetka napastnika rozmyła się. W ułamku sekundy pokonała dzielące ich metry. Trafiony uderzył w ścianę, a potem z jękiem żelaza runął na podłogę. Miecz wypadł mu z ręki. Dałby sobie głowę uciąć, że jeszcze słyszy jak ostrze dzwoni obijając się o marmur. Nic podobnego. Po prostu przyłożył potylicą w beton. Pierwszym odruchem, mimo szoku, było ponowne chwycenie za broń. Oparł się na łokciu by od razu wstać, ale drętwe z przepracowania mięśnie pomału zaczynały odmawiać współpracy.
– Twój ojciec był doskonałym Łowcą i wielkim wojownikiem.  – mruknął Peter bez emocji.  – Na jego miejscu wstydziłbym się Ciebie. Trwonisz mój czas. 
Skurwysyn. Doskonale wiedział, gdzie ma bić. W Nathanielu coś się poruszyło i odbiło w jego spojrzeniu. Coś niewymownie złego. Niesamowite, jak niespożyte podkłady gniewu mógł nosić w sobie dziesięciolatek… Chłopiec przysunął miecz bliżej.
– Jeszcze nie mam run… – wycedził przez zęby, zaciskając dłoń na rękojeści. Dopiero teraz połączył fakty, to musiała być runa szybkości. Cios poniżej pasa. Atakować runą kogoś bez run to prawie jak kopać leżącego. 
– Demonowi też to powiesz? – ton był bezwzględny – Wstawaj, smarku!
Już ja Ci pokażę, przemknęło młodemu przez łeb. Ignorując sztywne mięśnie i palący nadgarstek pozbierał się z ziemi. Zachwiał się, więc podparł ciało mieczem, już chwilę potem stając w pozycji bojowej. W lekkim wykroku. Z otwartymi ramionami. Łokcie na zewnątrz. Klinga równo z linią mostka. Ten wysiłek uwidocznił uraz prawej ręki. Peter obszedł Nathaniela, mierząc go krytycznym spojrzeniem, jak sędzia rasowego psa na wystawie, co tylko zdezorientowało młodego Nefilim. Nagle wymierzył solidne uderzenie w nagie plecy, tak samo szybkie co poprzednie. Fala bólu zmusiła chłopaka do wyprostu, aczkolwiek tym razem milczał. Zbyt dumny na skargę. Nie był świadom tego, że wcześniej się pochylał.  
– Dlaczego pozwoliłeś mi zajść Cię od tyłu? Gdybym był demonem, byłbyś już martwy.
– Ale żyję. 
– Z tym podejściem już niedługo. Co z Twoim nadgarstkiem?
– Nic.

Kolejne zaskoczenie. Głowica, którą ułamek sekundy temu Peter trzymał w dłoni, uderzyła w bolący nadgarstek tak mocno, że Nate z obelżywym warknięciem wypuścił broń z ręki. Czy to był jakiś odpowiednik bicia linijką po łapach za kłamstwo? A ten facet? Jakim cudem wpuścili tu tego sadystę? Miał go uczyć, a nie katować!
– Musisz nauczyć się walczyć lewą ręką.  
– Dlaczego?
– Bo prawą zaraz Ci połamię. – nie zdążył na dobre zebrać się, by wypełnić swoje słowa. Wizja przewlekłego cierpienia była dobrą motywacją do obrony, a brunet zdążył zorientować się, że jego nowy mentor jest po prostu nieprzewidywalny i zdolny do wszystkiego. Nie chcąc ryzykować kolejnych urazów, wziął szybki wdech i sięgając po miecz, wykonał zadziwiająco wysokie kopnięcie z półobrotu. To wystarczyło, by wytrącić broń z ręki trenera. Stając znów twardo na nogach, Nathaniel przerzucił rękojeść do lewej dłoni i wysuwając w pełni sprawne ramię, zetknął szpic z grdyką Petera. Patrząc mu nieustępliwie w oczy, wystąpił o dwa kroki w bok po okręgu, by następnie ugiąć kolana i sięgnąć po leżący na ziemi miecz. Nie cofał przy tym własnego ostrza. Teraz dysponował dwoma.
– Nareszcie zachowałeś się jak na Nefilim przystało, Nathaniel. – nie można powiedzieć, że te słowa w jakikolwiek sposób podbudowały.
 – Poczułem się zagrożony. 
– Poczujesz się zagrożony jeszcze wiele razy i dlatego musisz umieć się bronić. 
– Bronię się doskonale. Właśnie Cię rozbroiłem. 

Peter uśmiechnął się pod nosem, po czym roztropnie cofnął o krok,  machnięciem ręki oznajmiając, że to koniec lekcji. Chłopak nie opuścił jednak gardy od razu. Był nieufny, a dodatkowo jego nauczyciel dał mu podstawy do tego, by mu nie ufać. To była jakaś paranoja… Mężczyzna przez chwilę skalował młodego spojrzeniem, starając się odgadnąć, o czym ów może teraz myśleć. Analizował jego czujną postawę, dochodząc do wniosku, że Głowa Instytutu nie rozminęła się z prawdą. Syn Richarda Nightcrawlera miał w sobie potencjał… Należało go jedynie wydobyć odpowiednim podejściem. Należało oszlifować ten surowy diament. 

– Być może nie przyniesiesz ojcu wstydu. Kochasz go? Kochasz swoją rodzinę? 
– Jasne, że tak. – odparł Nate, bez pomyślunku i pewnie, choć nie dało się ukryć, że nagła zmiana tematu solidnie zbiła go z tropu. Pomijając już to, że jego rodzina nie żyła od lat… Czy to jednak dawało mu powód, by ich nie kochać? 
 – Pamiętaj, że wolno Ci kochać jedynie zmarłych. Kochać żywych to słabość. 
– Moi rodzice się kochali… – mały Łowca zaoponował. Może go nie wychowano, ale miał wspomnienia. A w nich ojca, powtarzającego do znudzenia: „Musisz kochać rodzinę i bronić jej nawet za cenę życia, bo rodzina to wszystko co masz.” Więc… Teraz nie miał niczego? Poglądy ojca i trenera były zupełnie różne. Nie pokrywały się ze sobą i Nathaniel nie wiedział, za czym powinien się opowiedzieć. Peter zauważył tę chwilę wahania i natychmiast ją wykorzystał. 
– Kochali siebie, Ciebie i Twoją siostrę, a teraz nie żyją. Wiesz dlaczego?
– Ktoś spalił nasz dom. Rodzice próbowali ratować mnie i Felę. 
– Wiesz, kto?
– Nie… Ale się dowiem. A jak się dowiem to go zabiję. – jak absurdalnie musiało to zabrzmieć w ustach dziecka.
– To byli Mroczni. 
– Więc zabiję wszystkich Mrocznych. 

Mężczyzna zaśmiał się. Chłopak wyglądał na zdeterminowanego. 

– Wiesz chociaż, jak się za to zabrać?
– Jeszcze nie. Ale Ty mi powiesz. Od tego tu jesteś. 
– Mroczni nie czują. Jeśli chcesz się z nimi mierzyć, Tobie również nie wolno niczego czuć.
Brunet ściągnął brwi, patrząc na mężczyznę jak na przybysza z innej planety. 
– Nie jestem maszyną. 
– Chcesz zabić Mrocznych?
– Chcę…
– Więc będziesz maszyną. Maszyną do zabijania Mrocznych. I nie tylko. 
– To mi się podoba. – niemrawy uśmiech odsłonił rąbki kłów. Nefilim dopiero teraz pozwolił sobie opuścić broń. Właśnie zdał sobie sprawę, że wszystko zaczyna nabierać głębszego sensu. Nie mógł pozwolić by ofiara jego rodziny poszła na marne. Mroczny czy nie, czują czy nie, zabije ich tylu, ilu tylko będzie w stanie. Żeby to zrobić będzie musiał się szkolić. Bardzo intensywnie szkolić. Czas wolny przed kolacją stał się nagle śmiesznie małą sprawą, przestał mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie. Kupiło go zdanie: „Maszyną do zabijania Mrocznych.” Podał broń nauczycielowi.
– Naucz mnie walczyć lewą ręką. (…)

sobota, 4 lipca 2015

The training room


Przez wielkie okna na końcu sali wpadały ostatnie promienie słońca. Ale kiedy? Już zachód? To niemożliwe. Przysięgłaby, że jeszcze chwilę temu wychodziła na przerwę w południe. Słońce tego dnia miało pole do popisu, bo niebo nieskazitelnie czyste, nie odziało się w ani jedną chmurkę. Teraz wielka, ognista kula chowała się za horyzontem. 
Dziki wrzask przeszył nieruchome powietrze, odbijając się od wysokich ścian i kolumn w pomieszczeniu. Gdyby nie wyposażenie, wielkością sala treningowa przypominałaby bibliotekę. 
Drobna dziewczynka z rudowłosym kucykiem ustawiała się w pozycji obronnej. Rozstawiła nogi, ustabilizowała oddech i równowagę, następnie z emocją wysiłku na twarzy wyrzuciła sztylet, który przemierzył z niewiarygodną szybkością odległość z jej ręki aż do tarczy. 
Drżała, choć z nieukrywanym zadowoleniem trafiała kolejne cele. Obrót, przewrót, unik, rzut. Skłon w bok, tarcza z lewej, tarcza z prawej. W takiej sekwencji poruszała się do przodu, przemierzając salę, zbliżając się ku wielkim szybom, za którymi rozpościerał się zachód, pokrywający góry Idrisu różowo-fioletowym blaskiem. 
Taka mała istotka, a po kilku minutach toru znajdowała się już na końcu, przy podziurawionej wcześniej   blokadzie i pokonała ją, docierając do ostatniego celu. Plastikowy manekin z drewnianymi ochroniarzami, zwrócony głową bez twarzy ku krajobrazowi. Dziecko Nefilim bez skrupułów, bezszelestnie sięgnęła po krotki sztylet przy pasie i równie bez żadnego dźwięku poderżnęła gardło nieruchomemu celowi. 
- Lenny...? - cichy głos odezwał się z drugiego końca sali.
Ćwicząca odwróciła się gwałtownie do postaci stojącej w wielkich drzwiach, które dla 8 latki były niczym wrota. W oczach wciąż miała dogasające iskierki dzikości i adrenaliny. 
- Lenny. - powtórzyła postać i weszła do środka, zostawiając korytarz za sobą. Jej ciało oświetliło zachodzące słońce. Ta sama sylwetka, włosy jaśniejsze o odcień. Oczy bardziej niebieskie, ale nadal tak samo uśmiechające się usta. 
- Lenny. - po raz trzeci. - Musisz czasami wracać do domu. Siedzisz tutaj cały dzień. 
Jedna siostra bliźniaczka tylko przyglądała się drugiej w milczeniu. 
- Oh, no doooobrze. - wymruczała zrezygnowana Len, wywracając oczami, które przez chwilą stoczyły z Lil wytrzymałościową bitwę. 
Zebrała sztylety i swój własny, z podkową przy rękojeści, schowała do pochwy przy pasie. To było to samo ostrze, którym poderżnęła gardło kukle. 
- Możemy już iść? - Liliannie odpowiedziało skinięcie głowy. 
Z uśmiechem połączyły dłonie i tym razem Lenny była naprawdę szczęśliwa. Nie zadowolona, nie usatysfakcjonowana. Szczęśliwa. 

***

Kolejna noc. Kolejna nieprzespana noc. Gwiazdy mieniły się na bezchmurnym nocnym niebie, a salę treningową oświetlała wielka tarcza księżyca. Czasami zastanawiała się, dlaczego nie był krwawy jak czerwień, krwawy jak krew. 
Srebrny i złoty blask tańczył na jej rudych włosach, spiętych w kitkę. Była teraz wyższa i bardziej dziewczęca niż dziecięca, ale nie była to wielka różnica. Rozstawiła nogi dla równowagi, pocierając runę siły na nadgarstku. Nie była silna. Nie zasługiwała na to. 
W ułamku sekundy od tych myśli w tarczy na przeciwko pojawiło się wbite na całą długość ostrze. Serafickie ostrze, z zadartą w dół (lub do góry, jak kto woli) końcówką. Nie pomyliła się ani o centymetr. Czyste trafienie, prosto w środek. 
Następnie zajęła się manekinami, ustawionymi dookoła niej, w okręgu. Jedno plastikowe serce - jedna emocja. 
Jeden, ten pod filarem, naprzeciwko drzwi - wściekłość, która przychodzi pierwsza, silniejsza od złości. 
Drugi, pod oknami - bezsilność, która otwiera oczy na to, co musisz zrobić, ale odbiera Ci możliwość uczynienia czegokolwiek. 
Trzeci, w linii równej do drzwi - strach, który poprzedza przerażenie i jest jak deszcz, z którego wpada się pod rynnę. 
Czwarty, naprzeciwko okien - rozpacz, która nadchodzi zawsze po stracie, świadomość beznadziejności, która odbiera myśli i czas. 
I piąty, niedaleko stojaka z bronią - pragnienie zemsty, które często chce przybrać maskę zadośćuczynienia. 
- Lenny? - dziewczyna z dziką furią obróciła się w kierunku manekina numer trzy - strachu. W akcie samoobrony momentalnie wyciągnęła   zza pasa sztylet z podkową i posłała go prosto we framugę. Dla ostrzeżenia. 
W ciężkich, drewnianych drzwiach stała średniego wzrostu brunetka. Inteligentne oczy wpatrywały się w dyszącą Waylandównę. Wyczuły, że tym razem jest bardzo nie tak. Przybyła uniosła obie dłonie do góry, w geście pokojowych zamiarów. 
- Lenny. - powtórzyła, ostrożnie wyswobadzając broń rudej z drewna. - Rozumiem, że nie chcesz wracać do domu... 
- Nic nie rozumiesz! - przerwała jej donośnym głosem, który tonem mógłby uchodzić za krzyk. W sali zapadła cisza. Tępa, ciężka, spowalniająca krew w żyłach. 
- Ona zginęła przeze mnie! - wrzasnęła Lenny, chwytając ostatnie ostrze jakie jej zostało i z desperacją wbijając je w ziemię. Została w pozycji klęczącej, a upięte włosy łaskotały nie wiadomo od kiedy mokre policzki. - Przeze mnie rozumiesz to, Miley...!? 
Znowu cisza. 
- Moja Lil... - wyszeptała. 
Brunetka podeszła ostrożnie i bezszelestnie, bez najmniejszego skrzypnięcie desek. Cichy ślisk metalu dało się usłyszeć dopiero kiedy odkładała ostrze obok przyjaciółki. 
Bez słów objęła ją i pozwoliła by ta cisza nadal trwała. Ale lepiej było przetrwać ją razem. Szloch dało się usłyszeć, tylko, jeśli nie miało się chorej duszy, lecz chore serce. 


- Siedzisz tu kolejną noc.
- Możemy już iść?