piątek, 23 czerwca 2017

Wolę być samotnym wilkiem niż płaszczącym się psem.

IMIONA: SETH
NAZWISKO: COLEMAN
WIEK: 28
WYCHOWANY: PRZEZ WATAHĘ
STATUS SPOŁECZNY: KAWALER/BEZ STADA
ZAJĘCIE: BUDOWLANIEC
RASA: WILKOŁAK Z URODZENIA
APARYCJA: 189 CM ORAZ 90 KG
WŁOSY: PRZYDŁUGIE, CIEMNY BRĄZ
OCZY: NIEBIESKIE 
ZNAKI SZCZEGÓLNE: TATUAŻE
Nigdy nie lubił opowiadać o sobie. Jest wilkołakiem z urodzenia, ale wcale nie utożsamia się z tą bandą wysiedleńców, która kręci się po okolicy. On sam został wygnany przez swoje stado i od tamtej pory nie związał się z żadną inną grupą, wychodząc z założenia, że jako samotnik poradzi sobie o wiele lepiej. 

Stoczył wiele ciężkich walk o niezależność i będzie jej bronił bez względu na cenę. Swoje za uszami ma, a chociaż mnich z niego żaden, nie ugania się za partnerkami jak jakiś młodziak. Wciąż spłaca kredyt za mieszkanie. Żyje, ciesząc się każdą kolejną chwilą.

15 komentarzy:

  1. W przypadku Vency Milstead nie było tak, że kiedy już zdecydowała się odejść i zniknąć ze świata, to nagle naszło ją mnóstwo wątpliwości, że nie powinna, bo... W to miejsce powinna wstawić mnóstwo argumentów, które odradzały takie działania i zatrzymałyby ją przy życiu, ale nie miała co tam wstawić. Nie było też tak, że w momencie, w którym skoczyła, nagle żałowała swojego czynu i chciała koniecznie żyć. Nie, była konsekwentna w swoim pragnieniu.
    Niestety, kiedy się obudziła, nie była w raju, tylko w krzakach, nadal jeszcze mokra, okropnie podrapana i z trudem oddychająca. W oddali widziała światła z mostu i nie bardzo rozumiała, jakim cudem udało jej się przeżyć. Nie miała siły, by wstać, więc przesiedziała tam do rana, zastanawiając się, co ma ze sobą zrobić, bo i tak nie miała gdzie wracać. A jej plan, by odejść, też się nie powiódł.
    Koniec końców uznała, że Elodie jest jedyną osobą, która mogłaby jej pomóć, nawet jeśli nie miały wobec siebie żadnych zobowiązań, bo Victor nie żył już dwa lata, a jego dziewczyna mogła sobie ułożyć życie na nowo. Nie potrafiła odmówić, gdy Vency stanęła pod jej drzwiami w stanie daleko odbiegającym od normy. Czuła się wtedy koszmarnie, tak samo psychicznie, jak i fizycznie. A z upływem kolejnych dni wcale nie było lepiej. Nie miała pojęcia, co się z nią dzieje i nie potrafiła na niektóre pytania odpowiedzieć sama sobie, a co dopiero odpowiedzieć na te zadawane przez Elodie, a było ich mnóstwo. Udało jej się raz, jak na automacie, dostać do mieszkania matki i zabrać trochę swoich rzeczy, bo nie miała kompletnie nic. Telefon został zalany, ale karta działała, więc pożyczyła jakiś stary aparat od Elodie i w momencie, gdy zaczęły przychodzić wiadomości z numeru, którego nie znała, podzieliła się z tym z koleżanką. Dopiero wtedy opowiedziała wszystko, co się zdarzyło, choć pominęła kilka rzeczy przekręciła. Tak więc w tej opowieści wcale nie chciała skoczyć z mostu, rozmyśliła się w ostatniej chwili, ale przechodząc przez barierkę poślizgnęła się i spadła. Nie było to zgodne z prawdą, ale Elodie nie musiała o tym wiedzieć. Opowiedziała też o gwałcie, ale wzbraniała się przed zgłoszeniem tego gdziekolwiek, choć to akurat było głupie zachowanie, zwłaszcza, ze znała sprawcę. Ale obawiała się, ze nikt jej nie uwierzy, że on i tak się z tego wykpi, zwłaszcza, że wszystkie ślady i obrażenia już się prawie zagoiły. Ale czuła się koszmarnie, więc Elodie wysunęła tezę, że być może to ciąża. Pobiegła po test nawet mimo protestów Vency i racjonalnego stwierdzenia, że nie da się tego stwierdzić po upływie dziesięciu dni, a dolegliwości nie występują tak szybko. Poza tym, nie zgadzały się objawy. Nie potrafiła sobie z nimi poradzić i tylko te wiadomości pomagały, bo to rzeczywiście działało. Stosowała się do zaleceń, choć nie wiedziała, kto je wysyłała. Tego obawiała się najbardziej, ale Elodie obiecała, że dowie się, kto jest nadawcą, co dla niej nie było trudne, skoro jej ojciec był policjantem.
    Pojechała więc do rodziców, a Vency wybrała się do apteki po kolejną maść. Czuła się jeszcze gorzej, ale nie miała pojęcia, co takiego samopoczucie ma wspólnego z pełnią.
    Pech chciał, że tygodnia spotkała Petera. Koszmar się powtórzył, Vency wróciła do mieszkania Elodie w, łagodnie mówiąc, kiepskim stanie, a całe życie znów straciło sens. Wróciły myśli o tym, ze przecież i tak nie ma co ze sobą zrobić, nie będzie wiecznie siedziała na głowie koleżance, że zawaliła ostatnie zajęcia, bo wcale się na nich nie pojawiała, ze nikogo już nie ma i w gruncie rzeczy jest niepotrzebna. A pełnia wydawała jej się świetną porą na pozbawienie siebie życia. Tylko tym razem w inny sposób, bo poprzedni, jak już się przekonała, był zawodny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale wtedy Elodie wróciła z informacją dotyczącą miejsca pobytu nadawcy tych wszystkich esemesów. Vency nie wnikała, jak dokładnie zdobyła tę informację. Podziękowała i wyszła. Postanowiła wtedy, że to jest ostatnia rzecz, jaką zrobi. Załatwi to, spyta, kim jest ten człowiek, dlaczego wysyłał jej takie wiadomości i skąd wiedział, co jej jest i że to podziałał. Przez jakiś czas właśnie to pytanie, co jej jest, było najważniejsze. Teraz nie miało to już znaczenia, bo przecież i tak dla niej to był koniec.
      Po drodze połknęła całe pudełko tabletek. Wiedziała, że nie podziałają od razu, więc miała jeszcze trochę czasu, aby załatwić to, co chciała. Kiedyś po wyjściu z domu, w pobliżu zieleni, oczy od razu jej łzawiły. Teraz czuła zapach roślin o wiele intensywniej, ale po alergii nie było ani śladu. W głowie miała mętlik, bo czuła też zapachy z chińskiej restauracji znajdującej się kilkadziesiąt metrów dalej i słyszała, co mówi do siebie parka po drugiej stronie ulicy. Zdawało jej się, że traci głowę. I tak było w ostatnim czasie ciągle, choć akurat tego dnia wszystko zdawało się jeszcze bardziej intensywne.
      Kiedy dotarła na miejsce, zastanawiała się, co ma zrobić. Zadzwonić do drzwi i powiedzieć „cześć, jestem osobą, do której piszesz dziwaczne esemesy, możesz mi, do cholery, powiedzieć, co się ze mną dzieje? I skąd mnie znasz?”. Jak nic zostałaby wzięta za wariatkę, bo była pewna, że za drzwiami zobaczyłaby kompletnie obcą osobę. Nigdy nie miała zbyt dużo znajomych przecież.
      Usłyszała kroki, co już było chyba szczytem wszystkiego, bo mogłaby mówić, że słyszy, jak kot tupie po mieszkaniu. A Elodie akurat miała kot, którego Vency swego czasu uwielbiała, a on uwielbiał ją. Ale w ciągu ostatnich kilku dni tylko na nią fukał i nie dawał się pogłaskać. To też było dziwne, ale koty mają swoje widzimisię, więc nie wnikały.
      Kiedy rozejrzała się wokół, nikogo w pobliżu nie było, więc uznała, że te kroki były tylko wytworem jej wyobraźni. I stała tam tak pod drzwiami kamienicy, zastanawiając się, co zrobić i dlaczego jest taką idiotką, że przyszła tutaj sama i bez planu, aż usłyszała za plecami głos.
      Odwróciła się powoli, niepewna, bo w ostatnim czasie bała się nawet własnego cienia i panikowała, że za każdym rogiem czai się Peter. Ale to nie był głos Petera i to nie on ukazał się jej oczom, gdy się odwróciła. Widziała za to nieznajomego mężczyznę i intuicja podpowiadała jej, że powinna uciekać, bo mógłby zrobić to samo, co jej ex dwa razy, ale z drugiej strony, dlaczego zakładała oś takiego, bo nie każdy jest takim złym człowiekiem. Tylko że te przeżycia sprawiły, że Vency panicznie bała się wszystkich i obawiała się kolejnego ataku cały czas. Ostatnio nie pozwalała dotykać się nawet Elodie.
      Czy mógł w czymś pomóc? Chyba niekoniecznie. Nie mogła przecież poprosić, aby opowiedział obcej osobie o każdym, kto mieszka w tej kamienicy i może jeszcze podał jej numer telefonu każdej z tych osób.
      - Ja... – odezwała się cicho, nie bardzo wiedząc, co zrobić. Cofnęła się odruchowo. Najpierw jeden krok, potem drugi i chyba niewiele brakowało do tego, by się odwróciła i uciekła.- Szukam kogoś – wydusiła w końcu z siebie.

      Usuń
  2. Nic nie pamiętała, nie miała nawet pojęcia, jak się znalazła na brzegu, tak więc z całych sił chciała wierzyć w wersję, którą podała koleżance. Że wcale nie chciała tego zrobić, tylko się poślizgnęła, a później, skoro już spadła, to z całych sił walczyła, aby utrzymać się przy życiu. Najwyraźniej ze stresu i z wyczerpania kompletnie tego nie pamiętała. Naciągane, ale Vency aktualnie była w stanie wmówić sobie wszystko.
    To, że się cofnęła, to był odruch. Kolejny krok do tyłu oznaczał, że dotknęła plecami drzwi, co poniekąd zapędziło ją w pułapkę, choć w gruncie rzeczy... Dlaczego w ogóle zakładała, że coś się stanie? To był normalny człowiek, który sobie wyszedł na wieczorny spacer, teraz wracał do domu, a że stała pod drzwiami, to spytał, o co chodzi, bo na pewno znał wszystkich, którzy to mieszkają i ewidentnie było widać, że Vency jest obca. Na pewno nie chciał jej zrobić krzywdy, bo nie miał powodu i nie wszyscy tacy byli. Nie wyglądał, jakby dopiero co wyszedł z odsiadki, nie były łysy i z zakazaną mordą (ach te stereotypy), więc chyba nie powinna się aż tak bać. Ale przypatrywał się jej, jakby się znali. Albo po prostu jej się wydawało. Przecież go nie znała.
    Ale brwi i tak podjechały jej do góry, gdy usłyszała pytanie. Niezależnie od tonu, spanikowana Vency i tak odebrała to jako groźbę. Dla niej zabrzmiało to tak, jakby padło z ust karka mieszkającego pod jej matką. Zwoływał łysych kumpli, a potem pytali, jak się ktoś nawinął, czy ma jakiś problem albo czy szuka kłopotów. Bo oni chętnie mu te kłopoty zaserwują.
    Cóż, Vency miała ich w ostatnim czasie dużo, kolejnych nie potrzebowała.
    - Kogoś... Konkretnego – wyjąkała wystraszona. Chwilę wcześniej brzmiała jeszcze względnie normalnie, gdy mówiła, że kogoś szuka, ale teraz... Teraz przerażenie było słychać nawet w głosie.
    Próbowała zebrać w sobie całą tę swoją nikłą odwagę, która w niej została. Kiedyś nie miała aż takich oporów, nie bała się własnego cienia i nie oglądała co chwilę przez ramię. Ale wtedy jeszcze miała gdzie mieszkać, facet nie był kłamcą i gwałcicielem, no i Victor żył.
    Kolejne stwierdzenie sprawiło, że Vency wzmogła czujność. Co to oznaczało? Brzmiało tak, jakby jednak się znali. A przecież się nie znali!
    Nie przyszło jej wtedy do głowy, że to może być osoba, której szuka.
    - Nie powinnam? – spytała cicho, wyraźnie zdziwiona. Chciał otworzyć drzwi, ale się spod nich nie ruszyła.- Dlaczego? Chcę kogoś znaleźć, musiałam tu przyjść. Może mi powiesz, gdzie mieszka? Wtedy sobie pójdę. Ale nie mam zbyt dużo informacji, mam tylko numer telefonu i wiem, że mieszka tutaj... – wyrzuciła to z siebie szybko, prędko wypowiadając słowa. Równocześnie sięgnęła do kieszeni i wyjęła z niej stary telefon z klamką.- Mogę ci pokazać... – zaproponowała jeszcze, po czym zaczęła szukać owego numeru w pamięci telefonu, a kiedy go znalazła zamiast podstawić telefon mężczyźnie pod nos, żeby sobaczył numer (chyba bała się wyciągnąć rękę), bezwiednie wcisnęła przycisk rozpoczynający połączenie.- A może zadzwonię, jak odbierze, to zwyczajnie spytam, pod którym numerem mieszka... – zamruczała do siebie. Czemu nie zrobiła tego wcześniej? Czemu nie dzwoniła?
    Ach, no tak, pewnie dlatego, że za każdym razem włączała się poczta, bo telefon był wyłączony. Dwa razy nawet się nagrała, błagając, żeby powiedział, kim jest. Teraz też mogło się tak zdarzyć.

    OdpowiedzUsuń
  3. Gdyby się nie odezwał, tylko spokojnie otworzyłby drzwi i wszedł do środka, to zapewne Vency nie zwróciłaby na niego uwagi. Ucieszyłaby się jeszcze w duchu, że nie została zaczepiona. Spróbowałaby tylko złapać drzwi, zanim się zamkną, aby również wejść do środka, ale dalszego planu nie miała. Mogłaby chodzić od drzwi do drzwi, stać pod każdymi i dzwonić, nasłuchując, czy nie odzywa się jakiś telefon. Przekonała się właśnie, że tym razem poczta się nie włączyła. Natomiast to, że się nie odsunęła od drzwi, nie było aktem odwagi, tylko raczej wręcz odwrotnie. Przy drzwiach było względnie bezpiecznie, bo nikt nie zaatakuje jej od tyłu. Głupie myślenie.
    Pierwszej chwili, gdy już się zorientowała, że połączenie jest nawiązywane i automat nie mówi, aby nagrać wiadomość, a w tym samym momencie odezwał się telefon mężczyzny, uznała to za zbieg okoliczności. Zwłaszcza, że przecież by nie odbierał, gdyby dzwoniła akurat Vency, w końcu stała właśnie przed nim. Odebrał, a wypowiedziane zdanie usłyszała podwójnie. Padło z ust i równocześnie, spóźnione o ułamek sekundy, bo w przekazywaniu zawsze było opóźnienie, usłyszała je w telefonie. Dotarło do niej wtedy, że właśnie znalazła właściciela numeru i nadawcę wszystkich wiadomości. Oczy jej się rozszerzyły, trochę z powodu zaskoczenia, a trochę z powodu strachu. Wyglądała teraz trochę jak wystraszony jelonek Bambi. Ale nie ruszyła się, nie cofała znów (i tak nie miała gdzie) i nie odwróciła głowy.
    Jeszcze nie do końca zrozumiała, że osoba stojąca właśnie przed nią wysyłała jej te wszystkie esemesy o dziwnej treści i że teraz ma okazję spytać, co oznaczały i skąd wiedział, że będzie się czuła w taki sposób. I że to w ogóle pomoże. Stałą tak chwilę jak sparaliżowana, a drgnęła dopiero wtedy, gdy usłyszała głos i tym razem naprawdę nie brzmiało to miło. Ani trochę.
    Gdyby mogła, chętnie wtopiłaby się w tamte drzwi.
    - To ty – wyrwało jej się mało inteligentnie. Ale powiedziała to z wyrzutem.
    Więcej nie zdążyła. Nie zrozumiała, co znaczy, że nie zostało jej dużo czasu, ale jeśli chodziło mu ogólnie o życie, to nie miała nic przeciwko. I tak nie chciała przecież żyć. Chciała za to, by śmierć nastąpiła szybko i bezboleśnie, a nie żeby ją krzywdził. Chciała odskoczyć, ale nie zdążyła, poza tym i tak nie miała gdzie. Zapiszczała tylko, kiedy palce zacisnęły się na ramieniu. Mocno. Zabolało. Ale przez ostatnie dwa tygodnie czuła ciągły ból i nie zrobiło to na niej aż takiego wrażenia jak myśl, co mogłoby się stać za chwilę.
    - Puść mnie – zażądała piskliwym głosem, szarpiąc się, aby uwolnić rękę.- Nie dotykaj! – nie miała ochoty nigdzie iść, nie chciała teraz już nawet słyszeć wyjaśnień, a gdyby ją puścił, to jak nic by się czym prędzej zabrała i uciekła.- Nie dotykaj mnie! – powtórzyła, a że jedną rękę miała nadal wolną, to zaczęła uderzać mężczyznę po ramieniu, odpychać, jeszcze bardziej się szarpać, cokolwiek, aby tylko ją puścił, aby tylko się uwolnić. Ale Vency aktualnie nie miała zbyt dużo siły, aby to mogło w ogóle zaboleć jakoś specjalnie. A uścisk nie zelżał ani trochę.
    Strach w niej rósł, ale rosła też, o dziwo, złość.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten spokój, który odebrała jako lekceważenie, tylko bardziej ją zirytował. Podobnie było z Peterem. Też był spokojny, pewny siebie, że wszystko mu się uda, nie traktował protestów Vency poważnie i miał świadomość, że niezależnie od tego, jak mocno by protestowała, nawet z całych sił, i tak nie dałaby rady go powstrzymać. Nie był jakoś specjalnie wysoki, sportów nie lubił, ogólnie był o wiele mniejszy od tego faceta tutaj (jak go zaczęła w głowie określać), ale i tak zrobił swoje, a jedynymn efektem jej prób powstrzymania go był większy ból i mnóstwo obrażeń, łącznie z uczuciem rozrywania od środka. Za drugim razem było jeszcze gorzej, bo zdawało jej się, że ma o wiele więcej iły ale równocześnie wszystko ją bolało i nie była w stanie tego wykorzystać. I choć stało się to ledwie kilka godzin wcześniej, Vency już nie czuła bólu z tym związanego. Zapewne dlatego, że bolało ją wszystko inne, a poza tym i tak chciała ze sobą skończyć, więc jakie znaczenie miał papier toaletowy wciśnięty między uda i zabarwiony na czerwono? Ból duszy był o wiele większy.
    Ten facet ciągnął ją w jedną stronę, Vency ciągnęła w drugą, co skojarzyło jej się z przeciąganiem liny (którą chyba była w tym momencie jej ręka) i gdyby bawili się w takie coś, to i tak by przegrała. Teraz też przegrywała. Natomiast każde "uspokój się", niezależnie od tego, w jakiej sytuacji padało i z czyich ust, zwykle działało odwrotnie. Rozjuszało upominaną osobę i sprawiało, że chciała zrobić na złość. Vency też się rozzłościła jeszcze bardziej i może dlatego rąbnęła go trochę mocniej niż robiła to dotychczas, ale nie sądziła, że taki będzie efekt. Tak więc teraz zaczęła jeszcze krzyczeć. Albo raczej wrzeszczeć. Jakby liczyła na to, że ktoś ją usłyszy i przybiegnie z pomocą, choć w pobliżu nikogo nie było, co było zrozumiałe ze względu na porę i chyba po części miejsce również.
    Wierciła się, wierzgała nogami, rękami teraz już tłukła po plecach, ale to nie działało. Nic nie działało. Nie rozumiała tej sytuacji, nie wiedziała, o co mu chodzi, a wypowiadane zdania nie miały sensu i myślała, że to nawet nie jej dotyczą. Jedyną myślą było to, że chce ją gdzieś zaciągnąć, a potem wykorzystać, tak jak Peter kilka godzin wcześniej. Po co innego miałby ją gdziekolwiek nieść i zachowywać się w tak dziwny sposób?
    Na kartonach wylądowała z krótkim okrzykiem na ustach, po czym umilkła. Nigdy nie lubiła takich zaułków, pełnych śmieci, syfu i śmierdzących z daleka. Zawsze mijała je czym prędzej, żeby nie wdychać zapachu, a teraz czuła go jeszcze intensywniej niż zwykle. Było jej niedobrze i miała ochotę wymiotować. Nie potrzebowała więc instrukcji, i tak zaczęła głęboko oddychać, aby pozbyć się tego nieprzyjemnego uczucia. Nie pomagało. W zapewnienie, że nic jej nie zrobi, nie uwierzyła. A leżąc była łatwym celem, więc chciała czym prędzej wstać. Gramoliła się chwilę, aż w końcu jej się udało stanąć na własnych nogach, ale i tak była zgięta w pół, bo teraz już miała wrażenie, że ktoś jej łamie kości, każdą po kolei.
    - Kim... Ty... Jesteś... – wydyszała tylko z trudem, ale „i co mi zrobiłeś?” już nie zdążyła, bo opadła na kolana, krzycząc przy tym. Podparła się rękami, głowę schowała między ramionami i oddychała głęboko, wedle polecenia. I zdawało się, że odrobinę pomaga. Odrobinę. Przez kilka sekund. A potem było już tylko gorzej.

    OdpowiedzUsuń
  5. Rzeczywiście, nie tego dotyczyło pytanie, ale dowiedziała się przynajmniej, jakim cudem się nie utopiła, tylko obudziła kilka godzin później w krzakach. I co, miała teraz podziękować za uratowanie życia? Przecież nie chciała żyć. Powinna się wkurzyć, zrugać go z góry na dół, ze się wtrącił, a przez to Vency żyje dalej i musi teraz znosić to cierpienie. I że musiała przeżyć jeszcze kilka okropności w ciągu ostatnich dwóch tygodni, ostatnia miała miejsce ledwie kilka godzin wcześniej. Odpowiedź nie wyjaśniała jednak dziwnych dolegliwości i tego, co się z nią teraz działo. I dlaczego w ogóle do niej pisał, skąd wiedział, co się z nią dzieje, skoro się nie znali.
    Co nie powinno długo potrwać? To pytanie pojawiło się w jej głowie, ale nie była w stanie czegokolwiek powiedzieć? Te torsje, okropny ból w dosłownie każdej części ciała, czy to, że miała wrażenie, że umiera? Skok do wody był łatwiejszy. Nie bolał aż tak i nic nie pamiętała z niego. Nie rozumiała też, z czym ma sobie dać radę. I w gruncie rzeczy nie była w stanie teraz logicznie myśleć. Próbowała jeszcze przez chwilę oddychać głęboko i miarowo, ale po chwili i tak już głośno dyszała. Jeszcze ostatni raz uniosła głowę, by spojrzeć na człowieka, który był kolejną osobą na liście tych, których nienawidziła, ale szybko musiała ją opuścić z powrotem.
    Miała wrażenie, że ktoś jej łamie wszystkie kości, każdą po kolei. Że ciało jej się rozrywa, choć to przecież nie było możliwe. Zrobiło jej się ciemno przed oczami, nie miała pojęcia, ile ta agonia już trwa, ale jeśli ostatecznie miałaby umrzeć... To mogła przeżyć i to.
    Szkoda tylko, że to się nie stało. Ból zniknął, a Vency otworzyła oczy, ale widok był tym razem nieostry i w całkowicie innych barwach, jakby ubrała jakieś kolorowe okulary.

    OdpowiedzUsuń
  6. Tak, wystarczyłoby nie wściubiać nosa. Bo za jakiś czas Vency miała sobie uświadomić, czym się stała i zapewne będzie wtedy wściekła, będzie rozżalona, będzie miała mnóstwo pretensji, a na koniec będzie rozpaczać i stwierdzi, ze tego nie chce. Zażądałaby, aby to odkręcił, nawet jeśli nie było to możliwe. Albo po prostu żeby zrobił coś, żeby to się nie wydarzyło. Ale czasu nie dało się cofnąć.
    Ale może przynajmniej by się wyżyła w tej swojej złości na to wszystko, kopiąc co popadnie, krzycząc i bijąc na oślep. Ale pewnie nie dałby z siebie zrobić worka treningowego, co zapewne tylko by ją bardziej rozjuszyło.
    Teraz nie wiedziała, co się dzieje. Dochodziła do siebie przez kilka chwil, nie mogąc zrozumieć, dlaczego widzi w tak dziwny sposób. Potem instynktownie uniosła nos i wciągnęła powietrze. Skrzywiłaby się, gdyby była człowiekiem, bo już wcześniej woń z kubłów wydała jej się odrażająca. I wtedy do niej dotarło, że wcale nie jest sobą. Choć właściwsze byłoby stwierdzenie „nie jest człowiekiem”, bo sobą nadal była. Gdzieś tam w głowie była Vency. Tylko że nie klęczała na ziemi, nie miała dwóch nóg i nie podpierała się rękami, bo zamiast tego miała cztery łapy i sierść. I to było niewiarygodne, choć niewiarygodne to mało powiedziane. Rzeczywiście, spróbowała się poruszyć, ale łapy jej się poplątały, nie zsynchronizowały, bo cztery to nie to samo co dwie. Mało nie zaryła pyskiem w beton, ale w końcu złapała równowagę i spojrzała na majaczącą w odległości kilku kroków postać. To, co mówił, brzmiało tak, jakby byłą pod wodą. Sens słów do niej nie dotarł.
    On mi to zrobił. On sprawił, że bolało
    Tylko to jej się tłukło w myślach. Wprawdzie Peter też sprawił, że bolało, ale jego nie było pod ręką, na nim nie mogła się odegrać.
    Zjeżyła się od razu, bezwiednie wyszczerzyła kły i zaczęła warczeć.

    OdpowiedzUsuń
  7. Pewnie, że nic jej nie będzie! Przynajmniej nie fizycznie. Ale życie posypie się jeszcze bardziej, jakby już nie było wystarczająco w rozsypce. Aczkolwiek Vency się nie skarżyła. I nie prosiła o pomoc. Przeżyła swoje, podjęła taką, a nie inną decyzję i nikogo w to nie angażowała. Ale ktoś się musiał wtrącić, oczywiście, więc chyba miała prawo do tego, by mieć pretensje. Bo w ten sposób rozwalił jej życie jeszcze bardziej.
    Nic dziwnego, że była zła. Od dwóch tygodni miała już nie żyć. Nikt nawet nie znalazłby ciała. A nie dość, że żyła, to jeszcze… Jeszcze się zmieniła w takie coś. Chyba nie do końca to nawet do niej docierało, przecież to było możliwe tylko w książkach i filmach, nie w prawdziwym życiu. Zwłaszcza, że nie widziała siebie. Gdyby zobaczyła swoje odbicie choćby w kałuży, wiedziałaby, że jest teraz wilkołakiem o rdzawej sierści, że jest może trochę większa niż owczarek niemiecki, ale najprawdopodobniej, wśród innych wilkołaków, byłaby zwyczajnie mała. Jedyne, co zostało jej z poprzedniego wyglądu, to oczy. Nie zmieniły koloru. Ale nie widziała całej siebie, widziała jedynie własne łapy i, cóż, nie miały starannie pomalowanych na czerwono paznokci, a pamiętny pierścionek, który nosiła zawsze, pewnie leżał teraz gdzieś pomiędzy strzępkami ubrań. Pazury były ostre i Vency podświadomie wiedziała, że kiedy ich użyje, może kogoś mocno zranić.
    Trzymała się już pewnie, nie chwiała się, tylko powoli, krok po kroczku, zbliżała się do mężczyzny. Nie myślała już jak człowiek, myślała bardziej jak zwierzę, instynktownie, a nie analizując wszystko. Złość w niej wygrywała, więc chciała ją pokazać. A zwierzęca porywczość sprawiała, że chciała zaatakować. Bardziej obnażyła kły, warczała teraz groźniej, a do skoku brakowało bardzo niewiele. Nawet jeśli sama nie wiedziała, co właściwie chciałaby zrobić. Przecież nie zabić. Ale samo nastraszenie nie wystarczyło, nie wydawał się wystraszony. Ale chciała, żeby się cofał, żeby uciekał, bo to oznaczałoby, że choć raz ma przewagę. A potem może go trochę pogryzie… Nawet jeśli był taki sam i niewiele to da. Nic prócz satysfakcji dla niej.

    OdpowiedzUsuń
  8. Mnóstwo było rzeczy, które zrobił, a przez które Vency była zła. Zaczynając właśnie od tego, że nie pozwolił jej umrzeć przez to, że tak koszmarnie czuła się w ciągu ostatnich tygodni i że nie wiedziała, co się dzieje, a mieszał jeszcze bardziej, wysyłając wiadomości, kończąc na ugryzieniu, przez które stała się tym, czy właśnie była. W tej formie jednak nie do końca rozumiała powody swojej złości. Pewne było, że kiedy wróci do postaci człowieka, złość nie minie i wtedy dopiero będzie mogła to z siebie wyrzucić. Teraz była wściekłym zwierzęciem, bo… Bo była wściekła i już. Te bardziej człowiecze myśli do niej nie docierały. Normalnie też nigdy nie podskakiwałaby do kogoś większego od siebie, bo wiedziała, jak mogłoby się to skończyć, natomiast teraz wszelkie racjonalne odruchy zniknęły, przepełniała ją tylko ta furia. Reagowała intuicyjnie, zwierzęco i o wiele mocniej niż kiedykolwiek wcześniej.
    Wcześniej nie potrafiła się nawet porządnie rozzłościć.
    W gruncie rzeczy nie miała bladego pojęcia, co tak właściwie chce zrobić. Zaślepiła ją chęć ataku, liczyło się tylko to, więc po zbliżeniu się o jeszcze kilka kroków w końcu zaatakowała, skoczyła, warcząc przy tym i mając zamiar chyba tak po prostu gryźć na oślep. Na początek celowała w szyję.

    OdpowiedzUsuń
  9. ​Rzeczywistość była taka, że gdyby nie ten instynkt, to Vency nigdy w życiu nikogo by nie zaatakowała. Mogła to robić jedynie słownie, gdy ktoś ją zirytował, a nagadać potrafiła. Choć nawet to wydawało się teraz niewiarygodne, bo kiedy widziało się jej wystraszoną twarz nawet by do głowy nie przyszło, że mogłaby być złośliwa i ironiczna. Na pewno nie była w stanie nikogo skrzywdzić celowo, pierwszy raz kogokolwiek uderzyła, drapała i gryzła w trakcie gwałtu, a zawziętość, z jaką to robiła, zaskoczyła nawet ją samą, choć ostatecznie to nie podziałało i to, co miało się stać, stało się, burząc jej wewnętrzny spokój. W momencie, kiedy przemieniła się w wilkołaka, wszystkie emocje z ostatnich tygodni chyba się skumulowały. W jej złości i chęci odegrania się nie chodziło tylko o wyłowienie z rzeki wbrew jej woli, ale o całą resztę również. W końcu samo uratowanie jej od śmierci, nawet jeśli tej śmierci pragnęła, nie było niczym złym. Inne rzeczy, które ktoś jej zrobił, już były złe. Wszystko razem wywołało w niej ogromną agresję wycelowaną w najbliżej znajdującą się osobę. Zaatakowałaby każdego, kto znalazłby się teraz na miejscu tego mężczyzny, nawet jeśli byłaby to osoba całkowicie niewinna, która jej ani trochę nie podpadła.
    Czuła się teraz pewnie, bo nie była sobą. Czyli małą Vency, która nie może otworzyć butelki z wodą i nie dosięga keczupu w supermarkecie, bo akurat stoi na wyższej półce. Teraz miała kły, miała pazury, była groźniejsza, a jej przeciwnikiem był tylko człowiek. Tak jej się zdawało, bo skąd mogła wiedzieć, że nawet w postaci człowieka miał dużo więcej siły niż normalni ludzie?
    Tak naprawdę nie wiedziała, na jaki efekt liczy, atakując, ale na pewno nie spodziewała się takiej obrony. Zaskomlała jedynie w momencie uderzenia o ceglaną ścianę, zaskoczona takim obrotem sprawy. I rzeczywiście, rąbnęła weń futrzaną głową i zwaliła się na ziemię, a po braku ruchu można było wnioskować, że nie ma zamiaru wstać, bo aktualnie jej myśli są chwilowo w innym świecie z racji tego, że zwyczajnie straciła przytomność.
    Trochę czasu na pewno upłynęło, gdy Vency leżała w formie wilka, aż księżyc odrobinę się przesunął. Futro w końcu zaczęły znikać, zmieniając się w gołą skórę, z czterech łap zrobiły się dwie nogi i koniec końców pod ścianą nie leżał już wilk, tylko człowiek. Nadal bez świadomości.
    Gdyby widziała samą siebie, zapewne powiedziałaby, że wygląda żałośnie. Każdy lekarz, który zobaczyłby leżące teraz pod ścianą drobne ciało, złapałby się za głowę. Zatrważająca ilość zadrapań, otarć i krwawych sińców była tym wyraźniejsza, bo Vency miała wyjątkowo jasną skórę. Równocześnie wszystkie te uszkodzenia zostały zrobione w tak umiejętny sposób, że kiedy się ubrała, nic nie było widać. Pomijając jedną pręgę na szyi, ale to przecież zasłoniła apaszką, żeby nikt nie zadawał jej zbędnych pytań. Teraz jednak nie miała na sobie ani apaszki, ani ubrań, bo te leżały rozdarte kawałek dalej w miejscu, w którym się przemieniła. Ewidentnie było widać, że coś jej się stało, ale oczywiście nikomu nie powiedziała, nie zgłosiła tego, nie poszła do lekarza, nie zrobiła nic, ukrywając upokarzające doświadczenia. Chciałaby, aby to się nie wydało, ale teraz nie mogła już nic zrobić.

    OdpowiedzUsuń
  10. Dla Vency było to najlepsze rozwiązanie sytuacji, jakie mogło jej się przytrafić. Przespała wszystko, jeśli można to było nazwać snem. Nic ją wtedy nie bolało, strach nie gnębił od środka i nie zadawała też tysiąca przerażonych pytań z „co się ze mną dzieje?” na czele. Wyjaśnienie, co właśnie się z nią stało, na pewno nie byłoby tym, które chciała usłyszeć. Ale należało jej się, bo tak drastyczna zmiana jej życia nie była łatwa do przyjęcia. Prawdopodobne było, że z początku nie będzie chciała w to uwierzyć, tylko uzna, że to jakiś głupi sen, że Peter nafaszerował ją jakimiś proszkami, po których miała odlot, potem zrobił swoje i porzucił ją gdzieś w tym okropnym stanie, a reszta była tylko snem. I że dobrze jej się trafiło chociaż raz w życiu, że ktoś ją znalazł, pewnie przypadkiem i trochę się nią zajął. Za to ostatnie na pewno byłaby wdzięczna. O dziwo.
    Kiedy się ocknęła, okazało się, że nic ją nie boli. A przynajmniej nie tak, jak to zapamiętała z poprzedniego wieczoru. Było jej ciepło, błogo, wygodnie, aż nie chciało się wstawać ani nawet otwierać oczu. I wszystko naprawdę zdawało się snem. Może po prostu ostatnie kilka tygodniu było tylko wytworem jej wyobraźni i jest teraz w domu, w swoim łóżku, na dziesiątą ma wykład i jedyną skazą na jej w miarę dobrym życiu jest pijana matka za ścianą. Dopiero po chwili dotarło do niej, że nie ma pojęcia, gdzie się znajduje, a lekkie poruszenie nogami (chciała wstać) wywołało niewyobrażalny ból w kroczu i podbrzuszu. Vency jęknęła żałośnie, ale nie zamierzała odpuścić. Nadal w planie miała wstanie, ale udało jej się tylko podnieść głowę, dzięki czemu dostrzegła postać siedzącą w fotelu. Kilka wspomnień z nocy pojawiło się w jej głowie, wzbudziły coś pokroju paniki, przez którą chciała czym prędzej uciec z tego nieznanego jej miejsca, ale zamiast wstać jak cywilizowany człowiek, zsunęła się ciężko z kanapy na podłogę, robiąc tym trochę hałasu. Choć tyle dobrego, że koc zsunął się pierwszy i upadek nie był aż tak bolesny. Ale nic nie równało się w tym momencie z bólem, który odczuwała. Mogła tylko wsunąć dłoń między uda, jakby to mogło pomóc i przycisnąć twarz do koca, żeby ukryć wykrzywioną twarz i napływające do oczu łzy. Na palcach poczuła krew. Całkiem sporo krwi.
    A mogła się nie ruszać. Ale skąd miała wiedzieć, że jakikolwiek ruch otworzy uszkodzenia akurat w tamtym miejscu? Przecież nic innego ją już nie bolało.

    OdpowiedzUsuń
  11. Poprzedni wieczór wracał do Vency fragmentami. Pamiętała już krótką rozmowę pod drzwiami, ten felerny telefon, potem krótką szarpaninę, którą przegrała i siłą rzeczy została zaciągnięta w tamten zaułek. Pamiętała też, jak bardzo ją wtedy wszystko bolało i że nie wiedziała, co się z nią dzieje. Czuła jeszcze, jak wściekła była wtedy, jaka agresja się z niej wylewała, a potem... Potem była dziura. I obudziła się dopiero teraz. Przez chwilę naprawdę czuła się błogo, ale teraz znów było źle i Vency nie wiedziała, co ze sobą zrobić.
    Instynktownie wszystko wokół siebie traktowała jak zagrożenie, więc zbliżająca się osoba, kimkolwiek by była, również wzbudzała w niej strach. Ale mniejszy niż dotychczas. Nie miała pojęcia, czego chce w tym momencie bardziej. Uciec i nie pozwolić, by Seth jej dotknął, a żeby to osiągnąć, chciała się teraz odsunąć i najlepiej wcisnąć plecami w kanapę, choć to było niemożliwe i jakikolwiek ruch jedynie wzmagał jej ból, czy może poprosić o to, by coś zrobił, cokolwiek, byle tylko przestało boleć. Ale sprawienie tego, by przestało, jak za pstryknięciem palcem również nie było możliwe.
    Nie była w stanie odpowiedzieć, bo nie mogła wyartykułować żadnego sensownego słowa. Miała wrażenie, że się dusi, łzy ciekły same, a Vency nadal jedynie wciskała twarz w koc, oddychając ciężko. Nakazała sobie spokój, próbowała zapanować nad oddechem i choć ból nie mijał, to przynajmniej nie ruszała się już tak kompulsywnie i nie wierzgała nogami.
    Vency już wiedziała, co tak właściwie jej jest. Nie było mowy o żadnym poronieniu, ale owszem, można było o czymś takim pomyśleć, gdy widziało się ją też z zakrwawioną dłonią wciśniętą między uda. Chodziło jednak o coś innego, ale nie była w stanie się do tego przyznać, wyjaśnienie nie przeszłoby jej przez gardło. Prośba o pomoc również nie. Naprawdę, część niej pragnęła zacząć błagać o to, by coś zrobił, ale większa część jej na to nie pozwalała. Wmawiała sobie, że ból w końcu zelżeje, a wtedy będzie gotować, by wstać i uciec. Choć chyba powinna podziękować za wszystko? Tego też nie była w stanie zrobić.
    - Nieee – wyjęczała w końcu w odpowiedzi.- Zostaw mnie – wydusiła z siebie jeszcze.- Zostaw. Nic mi nie jest.
    Wyraźnie było widać, że coś jednak jest, ale Veny mówiłaby nawet, że jest cudowna pogoda nawet wtedy, gdyby trwało właśnie tornado.

    OdpowiedzUsuń
  12. „Nic ci nie zrobię” nie działało. Wywoływało odwrotny efekt i zamiast uspokoić, zwykle wzmagało panikę. A każde „spokojnie” irytowało. A Vency nie chciała się uspokoić, bo nie chciała, aby jej dotykał. Nie chciała, aby ktokolwiek jej dotykał, nawet ktoś znajomy, tak więc ktoś, kogo praktycznie nie znała, kompletnie nie wchodził w grę. Podświadomie obawiała się, że może nastąpić coś podobnego do tego, co już jej się przydarzyło. Nawet jeśli nie było ku temu żadnych sygnałów, to i tak się tego bała. Przecież wtedy też nic tego nie sygnalizowało. Zresztą, nie chodziło nawet dokładnie o tamto, chodziło o robienie czegoś wbrew jej woli poprzez wykorzystanie fizycznej przewagi. Teraz była w gorszym stanie niż wcześniej i jak wtedy się broniła, tak teraz nie dałaby już rady.
    Ale tabletkę wzięła, o dziwo. Miała gdzieś, co to jest. Nawet jeśli miały to być jakieś psychotropy albo cokolwiek innego, najchętniej po prostu z powrotem by odleciała. Wiedziała, że z czasem ból minie, zwłaszcza po tabletkach. Poprzednim razem zrobiła to samo. Bolało tak, że niemiejże nie mogła się ruszyć, zaraz po tamtym zdarzeniu leżała chyba dwie godziny bez ruchu, a potem zmusiła się do tego, by wstać. Jakimś cudem dotarła do domu praktycznie chwiejąc się na nogach, połknęła pół blistra tabletek przeciwbólowych i poszła spać, podświadomie chyba mając nadzieję, że się nigdy więcej nie obudzi. Ale się obudziła po trzech godzinach, a Elodie przekazała jej wtedy informację na temat osoby, której Vency szukała. Nie bolało już tak bardzo, więc napchała jedynie papieru w majtki, by jakoś zatamować krwawienie i poszła na poszukiwania. No i znalazła osobę, której szukała. Nadal nie rozumiała, czego od niej chciał, czemu teraz był obok, dlaczego w ogóle była w tym mieszkaniu. Ale to wszystko było podejrzane, wiec miała prawo obawiać się różnych rzeczy.
    Tak naprawdę wzięła może ze dwa łyki wody, a resztą rozlała, gdy próbowała odstawić naczynie na stolik. Prychnęła trochę kpiąco na hasło „nie ruszaj się”, co świadczyło o tym, że trochę z tej normalnej Vency już wraca. Jakby miała zamiar gdziekolwiek teraz iść! Skoro nie mogła nawet usiąść. Nie mówiąc o chodzeniu. Zaraz po tym prychnięciu na twarzy Vency samoistnie pojawiło się przerażenie.
    - Nie – wyrwało jej się cicho, niemalże szeptem.- Nie – powtórzyła gorączkowo, już głośniej.- Nie, nie, nie, zostaw, nie dotykaj mnie – głos zrobił się wyższy, niemal piskliwy.
    Mocno protestowała jedynie werbalnie. Kiedy próbowała zaprzeć się rękami, wyszło to słabo i żałośnie. W innych okolicznościach na pewno mocno by się szarpała, teraz brakowało jej do tego energii. Ostatecznie jednak nic jej się przecież nie stało, ale nie zmieniało to faktu, że była teraz negatywnie nastawiona do jakiegokolwiek dotyku.
    Letnia woda wywołała odrobinę ulgi. Vency nieopatrznie zanurzyła się w całości, bo nie zareagowała odpowiednio szybko. Ale prędko wynurzyła głowę i oparła się plecami, aby było w miarę stabilnie. Woda zabarwiła się od krwi, a materiał koszulki, którą miała na sobie, nadął się nad powierzchnią. Nadal bolało, choć zdawało się, że teraz już mniej.
    Co miała zrobić? Albo co powiedzieć? Mogła jedynie sięgnąć ręką i spróbować się dotknąć w miejscu, w którym tak bardzo bolało, ale... Ale zewnętrzne rany są łatwe do opatrzenia. Wewnętrzne nie. I nie chodziło tu o rysy na psychice, choć one również były poważne.
    - Nie parz na mnie – odezwała się w końcu schrypniętym głosem. Koszulka w połowie się nadęła, w połowie przykleiła do ciała, ograniczając swobodę przez to, że była zdecydowanie zbyt duża, wiec Vecy chciała ją z siebie zdjąć. Ale ruchy miała niemrawe i słabe.- Nie chcę, żebyś patrzył – dodała. Tak właściwie to ona sama nie chciałaby na siebie patrzeć. Było jej wstyd. Tak bardzo wstyd. Nie powinno, bo przecież była ofiarą, ale ten wstyd się pojawił i sprawiał, że nie chciała się nawet przyznać do tego, co jej się przytrafiło.

    OdpowiedzUsuń
  13. Mogłaby jedynie przyjąć pomoc z pozbyciem się koszulki, ale nigdy w życiu sama by o to nie poprosiła. To był banał, ale i tak o tym nie wspomniała, choć gdyby sam z siebie pomógł jej zdjąć ją z siebie, to nie protestowałaby. Nagością już się nie przejmowała, bo i tak było jej tak okropnie wstyd, że nie miało znaczenia, czy teraz ją widział w całości, bo i tak widział wcześniej.
    Dzień wcześniej bez wahania zanurzyłaby się w wodzie, mając zamiar to wykorzystać i chyba rzeczywiście doprowadzić do tego, że woda w końcu wleje jej się do płuc i straci oddech. Teraz, owszem, przemknęło jej to przez głowę, ale w innym kontekście. Teraz już nie chciała umierać. Nie w tym momencie. Może wróci to do niej za tydzień, może za miesiąc... Ale nie tego dnia.
    Nie wiedziała, co ma zrobić ze słowami, które padły. Nie tymi dotyczącymi praktycznych kwestii, bo na wzmiankę o pralce i ubraniach nie musiała reagować. Chodziło o resztę, bo w jakiś sposób te słowa były mądre, w jakiś sposób też brzmiały bardzo nierzeczywiście i nie pasowały do osoby, która je wypowiedziała, a w jakiś sposób też sprawiły, że poczuła się gorzej. Nie wiedziała, co ma powiedzieć i czy w ogóle się odzywać, więc z początku jedynie przygryzła bezwiednie dolną wargę, zerkając na sufit.
    - Nie mam komu tego udowadniać – powiedziała tylko.
    Kiedy drzwi się zamknęły, Vency do końca uporała się z koszulką i wyrzuciła ją za krawędź wanny, na podłogę. Opukała ciało, zmywając resztki ziół i z zaskoczeniem zauważyła, że niektóre obrażenia, czy to zadrapania, czy siniaki, trochę się zmniejszyły albo nawet całkowicie zniknęły. Jeśli o to chodziło, to nic ją nie bolało. Natomiast ból w kroczu znacząco zelżał, co zapewne było efektem tabletki i rozluźnienia dzięki ciepłej wodzie. Próbowała się dotknąć i wybadać, co właściwie jest nie tak, ale kiedy próbowała, to wtedy bolało. Była jedynie pewna, że bez szwów się nie obejdzie, bo przecież nie mogła wiedzieć jeszcze, że teraz organizm będzie jej się regenerował o wiele szybciej.
    Długo jej zeszło. Leżała i leżała, głowę odchyliła lekko do tyłu, by patrzeć w sufit. Tak jej było wygodnie i całkiem błogo. Nie chciała wychodzić z wody, choć ta już dawno wystygła, a na początku przecież wcale nie była gorąca. W końcu Vency zwyczajnie zasnęła i choć nie planowała zanurzać głowy, to nieświadomie zsunęła się po ściance wanny, wpadając tym samym do wody.

    OdpowiedzUsuń